(Tekst dla: "Nowy Kurier. Polish-Canadian Independent Courier", Ottawa, 1 – 15.07.2009)*

Przełom czerwca i lipca tego roku w Polsce obfituje w polityczne zamieszanie wokół telewizji publicznej. Od 3 lipca mamy sytuację formalnej dwuwładzy w TVP, gdy najpierw rada nadzorcza zawiesiła pełniącego obowiązki prezesa związanego z Ligą Polskich Rodzin i wybrała nowego związanego z Prawem i Sprawiedliwością, a równolegle minister skarbu z Platformy Obywatelskiej, aby temu przeciwdziałać zakończył kadencję tejże rady. Przy tej okazji uwiarygodniło to pogłoski, o ukrytym porozumieniu między obecnym premierem Donaldem Tuskiem, a byłym liderem LPR Romanem Giertychem w sprawie podziału władzy i wpływów w TVP. Dodajmy, że kilka dni wcześniej PO przegłosowała ostatecznie w parlamencie nową ustawę o radiofonii i telewizji, z której wbrew ustaleniom ze współrządzącym Polskim Stronnictwem Ludowym i opozycyjnym Sojuszem Lewicy Demokratycznej wyrzucono gwarancję minimalnej kwoty finansowania publicznego radia i telewizji, przy równoczesnej likwidacji opłacanego przez obywateli abonamentu radiowo-telewizyjnego. I media publiczne zawisły na haku bieżącej zależności finansowej od corocznej decyzji budżetowej parlamentu. A ponad rok temu premier Tusk dyskretnie zachęcił obywateli do niepłacenia obowiązującej wciąż opłaty abonamentowej, co zresztą obywatele w większości podchwycili. Ta chuligańska przepychanka polityczna będzie oczywiście trwała dalej ze szkodą dla państwa polskiego, gdyż sprawę dwuwładzy będzie teraz rozstrzygał sąd, a ustawa albo trafi do Trybunału Konstytucyjnego, albo nie podpisze jej prezydent, co otworzy nowy jej rozdział przepychanek w postaci odrzucania przez Sejm prezydenckiego veta. Jest to oczywiście dobry punkt wyjścia do analizy przyczyn niskiej jakości polskich elit politycznych. Ale ponieważ takich „dobrych punktów wyjścia” jest w Polsce co najmniej kilka w ciągu tygodnia, to chyba lepiej skorzystać z okazji dla analizy powodów tak zażartej walki o zarządzanie telewizją publiczną i to toczącą się przez wszystkie kolejne kadencje sejmowe od 1991 roku.
           

Jest oczywiste, że walka o zarządzanie telewizją publiczną, a w mniejszym stopniu publicznym radiem, to w Polsce walka o władzę polityczną. "Kto ma telewizję, ten ma władzę", jak mawiał w latach 80. nieżyjący już lider polskich komunistów Mieczysław Rakowski. Kolejne ekipy zarządzające z partyjnych nadań tymi publicznymi mediami od 20 blisko lat  bez większych skrupułów wykorzystują je do informacyjnego manipulowania opinią publiczną i uprawiania w większym czy mniejszym stopniu "propagandy", jak się mówiło za PRL-u, czy "pijaru" (od słowa "public relations") jak się mawia dziś. Manipulacja jest tak bezczelna, że co ciekawsze a niewygodne politycznie programy albo znikają z wizji, jak miesiąc temu znakomity kabaret "Szkoda gadać!" duetu Janusz Rewiński – Krzysztof Piasecki, czy ponad rok temu doskonałe wywiady reżysera Jerzego Zalewskiego "Pod prąd", albo można je oglądać w godzinach nieoglądalności około godziny 0.30 w nocy, jak obecnie "Antysalon Ziemkiewicza". Dodam, że generalnie jakość publicznej telewizji jest marna; od marnych filmów głównie amerykańskich puszczanych w godzinach największej oglądalności, po kiepskie szczególnie w sprawach międzynarodowych serwisy informacyjne. Za czasów rządów PiS lat 2005 – 2007 udało się zrobić niezłe radio publiczne, szczególnie "Trójkę", ale już kilka miesięcy temu pospiesznie i pokrętnie odwołano i szefa radia publicznego, i szefa jego "Trójki", po wcześniejszej bezprzykładnej i zmanipulowanej nagonce "Gazety Wyborczej" na tego ostatniego. I sytuacja, zwłaszcza w obliczu braku wpływów abonamentowych, wróci nie tyle chyba do normy, co do poniżej normy. Bowiem marna telewizja publiczna i publiczne radio elitom partyjnym i grupom panującym politycznie nie przeszkadza. Ba, biorąc pod uwagę zdecydowane i silne wsparcie dla PO i rządu prywatnych stacji telewizyjnych TVN i Polsat oraz radiowych, jak choćby radio "Zet" i "TOK FM", można podejrzewać, że dla odwzajemnienia mogą nawet miernocie publicznych mediów sprzyjać.
           

Są oczywiście telewizje prywatne, wśród których największa oglądalność ma telewizja TVN Mariusza Waltera wraz z kanałami tematycznymi TVN 24, TVN CNBC Biznes, Discovery Historia TVN, TVN Turbo, TVN Style i największym polskim portalem internetowym Onet.pl. Sam M. Walter jest człowiekiem, którego kariera biznesowo-medialna ma stricte peerelowskie korzenie, a poparcie udzielane wybranym grupom politycznym, jak wcześniej SLD i Unia Wolności, a teraz PO, przy bezwzględnym zwalczaniu grup uznanych za wrogie, jak PiS, jest bezceremonialne. Drugą co do oglądalności jest telewizja Polsat Zygmunta Solorza wschodząca w skład grupy kapitałowej Polsat, która jest właścicielem również kanałów telewizyjnych Polsat 2, TV 4, Polsat Cafe, Polsat Extra Sport, Superstacja, TV Biznes i TV News. Sam główny właściciel to posiadacz 7 paszportów za czasów PRL-u, ongiś powiązany z jego cywilnymi służbami specjalnymi. I nie trzeba specjalnie wnikliwie analizować programów Polsatu, by się zorientować o tym, kogo popiera, a kogo bardziej już dyskretnie niż TVN zwalcza.
           

Jest jeszcze telewizja "Trwam" redemptorysty księdza Tadeusza Rydzyka oraz jego Radio "Maryja" wraz z gazetą "Nasz Dziennik". To fenomen warty odrębnego omówienia. Media ks. T. Rydzyka docierają głównie do ludzi starszych zamieszkujących polską prowincję – sławne "moherowe berety", jak kpił z tych ludzi Donald Tusk. Media te były na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat bezwzględnie zwalczane i marginalizowane. Stanowiły one bowiem istotny wyłom informacyjny w systemie medialnym Polski, podejmując tematy i dostarczając informacje przemilczane czy zakłamywane przez pozostałe media elektroniczne, tak publiczne, jak i prywatne.
           

W tej konfiguracji więc zapewniając sobie zarządzanie publicznymi mediami elektronicznymi grupy politycznie rządzące i panujące ostatnich 20 lat, przy wsparciu dwóch głównych telewizji prywatnych, miały zapewnione panowanie informacyjne, a w najgorszym wypadku pełną dominację informacyjną. Bez mediów publicznych same media prywatne takiego panowania nie zapewniają. Polacy czerpią informacje głównie z mediów elektronicznych. Tylko 8% dorosłych Polaków czyta codzienne gazety. Dodajmy przy tej okazji, że 80% nakładów polskiej prasy jest w rękach zagranicznego kapitału, głównie niemieckiego. W moim województwie śląskim niemiecki koncern prasowy Verlagsgruppe Passau najpierw w ramach rozwijającej się transformacji rynkowej kupił główną gazetę "Dziennik Zachodni", potem drugą kluczową "Trybunę Śląską", a następnie je połączył i tak została tylko jedna gazeta codzienna w całym regionie "Polska. Dziennik Zachodni". I polski Urząd Ochrony Konsumenta i Konkurencji nie widział w tym nic nierynkowego. 

Gazety i czasopisma odgrywają natomiast kluczową rolę w kształtowaniu opinii publicznej w Polsce nie przez swoje masowe czytelnictwo lecz tzw. opiniotwórczość, czyli tworzenie i interpretowanie obrazów życia społecznego – od politycznego po kulturowe. Te obrazy i ich interpretacja są podstawą komunikacji masowej tworzącej opinię publiczną, głównie za pośrednictwem mediów elektronicznych – od telewizji po portale internetowe. Każdy program najważniejszych kanałów telewizyjnych zaczyna się od prasowych newsów, a kończy wieczorem na przeglądzie kilku najważniejszych tytułów prasowych. Do najbardziej opiniotwórczych i najczęściej cytowanych oraz komentowanych tytułów ogólnopolskich należy nade wszystko "Gazeta Wyborcza", "Rzeczpospolita" i "Dziennik Polska Europa Świat", choć największą poczytność ma tabloidalny "Fakt", a dużą również tabloidalny "Superekspres". Ważną rolę opiniotwórczą mają również tygodniki, wśród których największą poczytność ma "Polityka", a za nią katolicki "Gość Niedzielny", "Newsweek Polska" i "Wprost". Tyle, że do tekstów katolickiego "Gościa Niedzielnego", nie wspominając o "Naszym Dzienniku" ks. T. Rydzyka, media elektroniczne nigdy się nie odwołują, a dziennikarze tych gazet nie są zapraszani do audycji telewizyjnych i radiowych, w przeciwieństwie do pozostałych wymienionych dzienników i tygodników.

W kształtowaniu polskiej opinii publicznej nie do przecenienia jest też rola samych dziennikarzy, spośród  których dość wąską grupę wylansowano w ciągu ostatnich kilkunastu lat wręcz na autorytety medialne. Ich dobór nie był i nie jest oczywiście przypadkowy. Są dobierani tylko spośród tych, którzy prezentują poglądy afirmujące czy wręcz apologetyzujące rzeczywistość współczesnej Polski, a przy tym sprawni manipulatorsko i pozbawieni skrupułów etycznych. W tym roku doszło już do takiej bezczelności, że gdy nagrodę dziennikarza 2008 roku otrzymał po raz pierwszy autentyczny mistrz rzemiosła dziennikarskiego Bogdan Rymanowski z TVN 24, "Gazeta Wyborcza" piórem zastępcy redaktora naczelnego zapłonęła oburzeniem i próbowała zdyskredytować ten wybór. Za gwiazdy dziennikarskie zaś, którym powierza się autorskie programy publicystyczne w godzinach najlepszej i dobrej oglądalności, i które zaprasza się do studia na debaty lub do roli ekspertów, uchodzą ludzie jawnie tendencyjni i manipulatorscy, a pozbawieni skrupułów zawodowych. Dopiero w okresie rządów PiS, i to tylko w sposób mocno ograniczony, rozszerzono krąg ideowy i polityczny dziennikarzy występujących w elektronicznych mediach publicznych. Wcześniej wybór był wręcz zamknięty w symbolicznym czworokącie "ideowo-politycznym" – Jacek Żakowski "Gazeta Wyborcza", Janina Paradowska "Polityka", Monika Olejnik TVN i Piotr Najsztub "Przekrój" a wcześniej "Gazeta Wyborcza". Dodajmy, że znacząca część środowiska dziennikarskiego jest przy tym, nawet jak na polskie warunki, mocno sprostytuowana zawodowo. Z góry wie, których tematów się nie porusza, komu należy przyłożyć, a kogo pochwalić i za co. A o tym jakie dno zawodowe osiąga się w dziennikarstwie polskim, można się przekonać oglądając codzienne "Szkło kontaktowe" w TVN, gdzie nawet ośmieszanie głowy własnego państwa nie należy do rzadkości.

Moja główna teza analizy polskiego systemu medialnego brzmi: najważniejszy mechanizm manipulacji polską opinią publiczna jest oparty na regułach agentury wpływu i zasadach jej działania opisanych przez byłego oficera radzieckiego wywiadu Władimira Wołkowa (W. Wołkow, Montaż, Warszawa 1990), choć w mniej wyrafinowanych formach stosowanych przez liczące się wywiady świata w postaci cover action. Agentura wpływu to poszczególne wpływowe osoby uznawane za autorytety, a także instytucje, media i organizacje a nawet partie polityczne, których celem jest oddziaływanie na opinię publiczną społeczeństwa czy poszczególne grupy i środowiska społeczne dla formowanie ich opinii zgodnie z interesem ośrodka prowadzącego. Ośrodek prowadzący to poszczególne państwa i ich służby specjalne. Agentura ta powiązana niewidzialnie dla otoczenia z ośrodkiem prowadzącym, a pośrednio między sobą, wytwarza obrazy świata i jego interpretacje jako własne, niezależne i niezawisłe kreacje, stwarzając poczucie autentyzmu i obiektywizmu. Dodam, że w moim przekonaniu jej pierwszym i najważniejszym celem jest dowodzenie, iż agentury wpływu podobnie, jak i diabeł nie istnieją, dlatego też jak zauważyłem na polskich przykładach agentura wpływu z reguły posługuje się zarzutem "spiskowej wizji historii" wobec każdego, kto zauważa nieprzypadkowość jej kreacji. Trzecim elementem tej struktury manipulacji są "pudła rezonansowe" w postaci poszczególnych osób typu dziennikarze czy politycy oraz media i instytucje rozpowszechniania informacji. Ich rola polega na rezonowaniu informacyjnym wytworzonych obrazów i interpretacji, bez wiedzy o ich źródłowym pochodzeniu i intencjach. Motywy tego nagłaśniania to zarówno chęć różnorodnych profitów, jak i zwykłą poprawność publiczna czy próżność.

Opisując techniki i sposoby demontażu społeczeństwa w działalności agentury wpływu W. Wołkow ujął je w trzy reguły: Dźwigni, Trójkąta i Drutu. Reguła Dźwigni polega na tworzeniu jak największych odległości społecznych pomiędzy ośrodkiem prowadzącym, agentem wpływu i "pudłem rezonansowym", co wzmacnia skuteczność dzięki pośredniości. "Nigdy – pisał W. Wołkow – nie powinno się działać na własną rękę, zawsze przez pośrednika lub raczej przez cały łańcuch pośredników". Jest to skuteczność w rozpowszechnianiu tendencyjnych informacji, takich jak: "Nieprawda nie dająca się zweryfikować, mieszanka prawdy i fałszu, deformacja prawdy, zmiana kontekstu, zacieranie i jego odmiany: wybrane fakty, komentarz podtrzymywany, ilustracja, generalizacja, nierówne części, części równe". Zasada Trójkąta polega na walce z przeciwnikiem wyłącznie za pośrednictwem trzeciej strony i wyłącznie na trzecim neutralnym obszarze; "(…) żadnych działań bezpośrednich, zawsze pośrednictwo. Nigdy nie walczyć z przeciwnikiem na jego terenie, dobierać się do niego gdzie indziej, w innym kraju, innym kontekście społecznym, w innej dziedzinie intelektualnej niż ta, w obrębie której doszło do konfliktu. Doktryna ta zakłada trzech uczestników gry: nas, przeciwnika i, że tak powiem, materiał kontrastujący, oświetlający, odzwierciedlający nasz manewr". Reguła Drutu zaś polega na wielostronnej pośredniej destrukcji. "Obraz Drutu wziął się stąd, że, jak wiadomo, by złamać drut trzeba go wyginać w obie strony. W tym miejscu mamy do czynienia z samą istotą naszej sztuki wojennej. Agent d’influence to przeciwieństwo propagandysty, albo raczej propagandysta absolutny; nigdy nie jest za, zawsze przeciw, rozdając karty, zmiękczając, rozklejając, rozwiewając, niszcząc, otwierając wszystkie zamki". A podsumowując swe analizy W. Wołkow wysuwa taką konkluzję: "Uczono mnie, że najlepiej atakować wolność niszcząc myśl, ja jednak poszedłbym dalej: dobrze jest atakować język, jeśli chce się zniszczyć myśl. Pomimo bowiem strat jakie zadały jej mass media, myśl może w najgorszym razie schronić się w fortecy indywidualnej inteligencji. Język tymczasem, wspólny dla całej zbiorowości, nie ma gdzie się ukryć. Gdy jednak myśl nie będzie miała do dyspozycji giętkiego i precyzyjnego języka, zginie z braku powietrza. Trzeba więc za wszelką cenę dążyć do wywołania procesów gnilnych w języku, dzięki czemu zniszczymy to, co chcemy zniszczyć: myśl. Aby to osiągnąć, musimy opanować w sposób możliwie najpełniejszy środowiska twórcze grupujące pisarzy, a także środowiska związane z oświatą i nauczaniem".

Gdy czytałem "Montaż" w 1990 roku odnosiłem wypowiedzi W. Wołkowa wyłącznie do zagranicznej agentury wpływu i obcych ośrodków prowadzących, typu radzieckie służby specjalne. Z biegiem lat polskiej transformacji coraz bardziej docierało do mnie, że to co on opisał dotyczy również krajowej agentury wpływu i krajowych ośrodków prowadzących. Skoordynowane akcje manipulacji polską opinią publiczną pozwalały wytwarzać przekonanie o oczywistości tworzonych obrazów świata i ich interpretacji. A z oczywistością się nie dyskutuje, chyba że jest się "oszołomem". Czym bowiem można wytłumaczyć bierne przyzwolenie blisko 40 milionowego narodu i jego warstw inteligenckich oraz elit intelektualnych, w tym naukowych, na przeprowadzenie i to na przestrzeni kilkunastu lat rozbioru gospodarczego narodowego przemysłu i bankowości w postaci ich sprzedaży zagranicznym firmom, w tym państwowym, a nazywanego prywatyzacją? Dzięki temu corocznie z Polski jest wytransferowywany obecnie kapitał oficjalnie o wielkości czterdziestu kilku miliardów złotych, a nieoficjalnie prawdopodobnie dwukrotnie większy. Ale o tym już nie przeczyta się po dziś dzień w polskiej prasie i nie usłyszy w polskich mediach. Można za to usłyszeć i przeczytać choćby o konieczności cięć w wysokości trzech miliardów złotych  wydatkach na uzbrojenie polskiej armii, w wyniku czego polskim producentom czołgów i transporterów opancerzonych już zajrzało w oczy bankructwo. A czym można wytłumaczyć choćby nawet to, że dorośli ludzie z wyższym wykształceniem rozważali na poważnie medialne oskarżenia rządu PiS o zagrożenie przez nie demokracji, a nawet o faszyzm, przy całym moim aprobującym zrozumieniu ich niechęci co do stylu i zastrzeżeń co do treści działań tego rządu?

"Widzi pan – pisał W. Wołkow – nie można być geniuszem na zamówienie, ale za to można nakierować geniuszy, pobudzać ich, jednym pomagać w rozwoju, tłamsić rozwój innych, inscenizować pogromy krytyczne lub przynajmniej milczenie recenzentów. Inaczej mówiąc przy pomocy sfory psów myśliwskich osiągnąć można to samo, czego nie jest się w stanie osiągnąć przez własną twórczość". I ten fragment chciałbym dedykować przede wszystkim p. Adamowi Michnikowi, choć jak sadzę zna go na pamięć.

A kto jest w takim razie krajowym ośrodkiem prowadzącym? O tym kolejnym razem.

Dąbrowa Górnicza, 5 lipca 2009

Skomentuj