„Partia i Lenin – bliźnięta – bracia –
kogo bardziej matka – historia ceni?
Mówimy – Lenin, a w domyśle – partia, 
mówimy – partia, a w domyśle – Lenin”.

 

 

Gdzie my jesteśmy? Czyżby historia zawracała? O kim, o czym (niepotrzebne skreślić) myślała Elżbieta Jakubik mówiąc w TVN 24, że partia powinna być miłościwa i sprawiedliwa? Posłowie Ryszard Kalisz, jak i Janusz Palikot komentując w tej samej stacji niedawne wykluczenia i zawieszenia w PiS, puszczali oko do publiki i między wierszami komunikowali: u nas jest podobnie. Partia, partia uber alles. W partiach naszego systemu wyborczego, największym batem na swoich poddanych, żołnierzy, członków (niepotrzebne skreślić) jest palec wskazujący ich szefa, który umieszcza polityka na liście wyborczej, umożliwiając mu tym samym reelekcję. Ten sam palec może go z tej listy skreślić.

 

W polskich realiach, obywatel nie może sam stanąć do wyborów. We wszystkich ordynacjach, nawet na wójta, konieczne są partie lub komitety, mimo że konstytucja zobowiązuje do równości wyborczej. Gdzież tu równość obywatela z tymi ciałami! A przecież partie mają w nazwie a to obywatelska, a to sprawiedliwość, nie mówiąc już o demokratycznej. Sprawiedliwość to przede wszystkim równość a obywatelskość to prawa pojedynczego człowieka, choćby do tego, aby samemu ubiegać się o wybór, bez konieczności podpórki partii czy jakiegoś komitetu. A dopiero z tego wychodzi demokracja. Przymiotniki w nazwach naszych partii są bez pokrycia, gdyż partie nie czynią nic, aby zapewnić pojedynczemu obywatelowi realne, bierne prawo wyborcze – esencję demokracji. Efektem tego stanu jest fakt, że los każdego polityka zależy przede wszystkim od szefa jego partii, a nie od wyborców, bo partia to jej lider a lider to partia, nawet gdy naszym wodzom partyjnym słowo Lenin nie przechodzi tak gładko przez gardło jak bardowi rewolucji – Majakowskiemu.

 

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.