Dzień 1 listopada skłania do refleksji. Każdy może zasłużyć na wdzięczną pamięć. Do takich, którym należy się pomnik niewątpliwie należy James Madison, konstruktor polityki amerykańskiej, sprawdzającej się od ponad dwustu lat i pozostającej do dzisiaj niedoścignionym obywatelskim wzorem.

 

Nazwę Madison, mało kto kojarzy w Polsce inaczej niż z bokserską walką Gołoty w Madison Square Garden, ale dla nowożytnej demokracji nazwisko Jamesa Madisona jest tym, kim był dla ekonomii Adam Smith (współczesny zresztą Madisonowi), autor metafory o niewidzialnej ręce rynku w gospodarce kapitalistycznej. Madison, to dwukrotny prezydent USA (1809 – 1817) i przede wszystkim Ojciec Konstytucji Amerykańskiej, zrodzonej tak naprawdę w genialnej głowie tego wybitnego męża stanu, który patronuje halom, ulicom, szkołom, atomowym okrętom podwodnym ect., ect. Stolicą stanu Wisconsin jest miasto Madison.

 

Myśl polityczna Jamesa Madisona, legła u podstawy tworzącego się wówczas w Ameryce nowoczesnego, demokratycznego państwa. Madison wyznaczył ramy jego funkcjonowania, określane później jako madisonian model. Oparty jest na fundamentalnej zasadzie check & balance (kontroluj i równoważ), polegającej na hamowaniu oraz równoważeniu władzy. Gdyby ludzie byli aniołami, żadne rządy nie byłyby potrzebne, pisał w sławnych esejach Federalist Papers. W republice, ustroju polegającym na rządach wybieralnych reprezentantów, konieczna jest skuteczna kontrola obywateli nad polityką, aby ta przynosiła pożytek ludziom. Władza wykonawcza musi być permanentnie szachowana przez ustawodawczą i odwrotnie. Nie może być tak, jak to obserwujemy u nas, że rząd i jej partia (egzekutywa) decyduje de facto kto ma zostać personalnie posłem (legislatywą). To jest anty check & balance, w którym Sejm przyklepuje to, co rząd zmajstruje. Nikt nikogo skutecznie nie sprawdza i nie kontroluje. Amerykanie, realizując madisonowski model polityki, wybierają wszędzie, gdzie wydawane są publiczne pieniądze. O desygnowaniu swoich reprezentantów do rządzenia decydują nie partie, a bezpośrednio obywatele, którzy w wyborach oddają głosy nie tylko na prezydenta, kongresmenów, senatorów, radnych czy gubernatorów, ale i prokuratorów, szefów lokalnej policji, czy rady miejscowych szkół. Z takich doświadczeń, bierze się społeczeństwo obywatelskie a nie z tego, że władza na górze wie lepiej czego potrzebują doły, ilu radnych, jak ich wybierać, ile im płacić.

 

Niestety, nam w Polsce jeszcze daleko do amerykańskiego modelu demokracji. Polska jest rządzoną wypadkową sił kilku głównych sitw czy mafii, bo z partiami w sensie amerykańskim nie mają one wiele wspólnego. Wybory zaś stanowią plebiscyt, którego uczestnicy powierzyć mogą jednej z tych sitw prawo do łupienia kraju przez następną kadencję. Łupem zaś partiokracja uczyniła praktycznie wszystko, do posady szefa miejskiego basenu, a bodaj czy już nie babci szaletowej. Desygnowani przez partie radni czy posłowie, lub jak kto woli, wybrani dzięki partyjnemu systemowi wyborczemu, zapominają o jednym, że mają służyć ludziom, a nie partii. Byt polityczny określa im świadomość, jakby powiedział to dziadek Marks. Działają tak jakby nie rozumieli, że z permanentnej kontroli władzy i autentycznej konkurencji o zdobycie uznania w oczach wyborców, bierze się pomyślność i bogactwo kraju i obywateli. Na drugim końcu jest po prostu bieda.

 

I tu kłania się cały czas James Madison, którego dzieło w 1863 r. Abraham Lincoln podsumował najlepszą definicją demokracji stwierdzając: Rząd ludu, przez lud i dla ludu, nie zniknie z powierzchni ziemi (government of the people, by the people, for the people, shall not perish from the earth).

 


Mariusz Wis – Fundacja im. J. Madisona Centrum Rozwoju Demokracji

 

*Tekst ukazał się 3 listopada 2011 r. w warszawskiej gazecie "POŁUDNIE" (150 000 nakładu).


Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.