/Grecja, Polska, euro a JOW-y

Grecja, Polska, euro a JOW-y

Na niedawnym szczycie Unii Europejskiej, z 13 na 14 lipca br., grecki premier Alexis Cipras został zmuszony do przyjęcia trzeciego już programu międzynarodowej pomocy finansowej, w wysokości 86 mld euro, na upokarzających państwo greckie warunkach określonych przez „trójkę”, czyli Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W obliczu groźby bankructwa i opuszczenia przez Grecję strefy euro, Cipras zgodził się na narzucenie jego państwu decyzji m.in. o podwyżce podatku VAT, obniżce emerytur i świadczeń społecznych czy podwyżce wieku emerytalnego. Ale przede wszystkim zgodził się na utworzenie upokarzającego funduszu powierniczego w wysokości 50 mld euro, który przejmie w zarząd greckie aktywa państwowe, takie jak porty, spółki energetyczne, wodociągi i banki. I następnie je sprywatyzuje czyli sprzeda w ręce obcego kapitału, bo oczywiście grecki tego nie wykupi.

I mimo negatywnej opinii Greków wyrażonej w ogólnokrajowym referendum, grecki parlament zaakceptował te upokarzające warunki. Mogło być gorzej, gdyż niemieckie gazety wspominały już dwa lata temu o konieczności sprzedaży greckich wysp. Choć wszystko jeszcze przed Grecją. Zwłaszcza, że nawet MFW w swych poufnych analizach nie zostawia cienia wątpliwości, iż te 86 mld euro nie wystarczy na długo.

Grecja rezygnując z własnej waluty wpadła w śmiertelną pułapkę ekonomiczną strefy euro. Jest to śmiertelna pułapka dla wszystkich słabszych, a mniej wydajnych i innowacyjnych gospodarek, takich również jak Portugalia, Hiszpania, a nawet Włochy. W warunkach wspólnego rynku Unii Europejskiej żaden kraj nie ma możliwości ochrony własnej gospodarki poprzez tradycyjne mechanizmy polityki handlu zagranicznego, jak choćby cła. Nie uchroni się przed zalewem tańszych i lepszych produktów z krajów silnych gospodarczo, bardziej wydajnych i innowacyjnych.

Jedynym instrumentem jest kurs własnej waluty, której podrożenie lub potanienie decyduje o relacjach cen towarów i usług importowanych do eksportowanych. Ale tą walutę trzeba mieć. A Grecja jej nie ma. I to jest przyczyną jej dramatycznej sytuacji zadłużenia sektora publicznego w wysokości już 315 mld euro, tj. 175% PKB i długu zagranicznego w wysokości 412 mld euro. To brak własnej waluty jest źródłem greckiego dramatu ekonomicznego.

Ścisłą zależność między bilansem handlu zagranicznego, a zadłużeniem publicznym pokazuje prawo, jak je nazwałem, tożsamości finansów narodowych, sformułowane z końcem lat 90. przez zmarłego 10 lat temu brytyjskiego ekonomistę Wynne’a Godley’a. Ta matematyczna tożsamość finansów gospodarki narodowej sprowadza się do prostego równania: bilans krajowego sektora prywatnego + bilans krajowego sektora publicznego + bilans sektora zagranicznego = 0.

Krajowy sektor prywatny to krajowe gospodarstwa domowe i krajowe firmy. Krajowy sektor publiczny to rząd i samorządy lokalne oraz regionalne. Sektor zagraniczny to reszta świata w postaci zagranicznych gospodarstw domowych, firm i rządów. Bilans każdego z sektorów to roczne zestawienie jego finansowych przychodów i wydatków. Jeden sektorowy deficyt równa się nadwyżce innego. To oznacza, że jeśli kraje południowoeuropejskie strefy euro z Grecją na czele, mają tak ogromne deficyty bilansów krajowego sektora publicznego, to muszą być one równoważone ogromnymi nadwyżkami w krajowym sektorze prywatnym lub/i w sektorze zagranicznym. Ponieważ krajowe sektory prywatne nie mają tak wielkich nadwyżek i są często, jak w wypadku Grecji, również mniej lub bardziej zadłużone, to nadwyżki muszą mieć sektory zagraniczne. I to one są głównym źródłem olbrzymich deficytów sektorów publicznych.

„Jest to więc widoczne – konkluduje amerykański ekonomista L. Randall Wray – że jeśli jeden sektor zmierza w kierunku posiadania nadwyżki bilansowej, to co najmniej jeden z dwu pozostałych sektorów musi posiadać deficyt bilansowy. W warunkach zróżnicowania papierów wartościowych, aby jeden sektor akumulował bogactwo finansowe netto, co najmniej jeden z dwu pozostałych musi powiększać swe zadłużenie o taką samą kwotę. Jest niemożliwe, aby wszystkie sektory akumulowały bogactwo finansowe netto przez wytwarzanie nadwyżki bilansowej. Możemy to przeformułować w inny jeszcze dylemat: jeśli, któryś z trzech sektorów tworzy nadwyżkę, to co najmniej jeden z dwu pozostałych musi wpadać w deficyt”.

Olbrzymie nadwyżki bilansu sektora zagranicznego Grecji i pozostałych krajów południowoeuropejskich strefy euro, to nade wszystko nadwyżki jednego tylko kraju, który nazywa się Niemcy i który jest głównym beneficjentem wprowadzenia tej strefy. Niemcy stały się wielkim zwycięzcą ekonomicznym wspólnej waluty, ale i zwycięzcą politycznym, gdyż dała ona im możliwość politycznej hegemonii poprzez struktury UE.

Ścisły związek przyczynowo-skutkowy między wprowadzeniem wspólnej waluty a bilansem płatniczym, pokazuje bardzo silnie rachunek bieżących płatności Niemiec. Niemcy w 1996 roku miały niewielki deficyt handlu zagranicznego, co wyrażał deficyt rachunku bieżącego w wysokości około -0,3%, w 1998 roku -0,4%, a w 1999 roku -0,8% ich PKB. Gdy zaś wprowadzono w latach 1999-2000 wspólną walutę euro, już w 2001 osiągnęły zerowy bilans tego rachunku, a w następnych latach stale zwiększającą się kilku procentową nadwyżkę, która w 2008 roku osiągnęła aż 7,1%, zaś w 2011 roku 5,6% PKB. Z deficytu rachunku bieżącego w wysokości -32,0 mld dol. w 2000 roku, Niemcy przeszły do olbrzymiej nadwyżki +245,3 mld dol. w 2008 roku. „Od 1999 roku – twierdzi A. Baranes – wielkim zwycięzcą w UE były Niemcy. Po prostu patrząc na bilanse rachunku bieżącego, Niemcy przeszły z małych deficytów rachunku bieżącego od 1996 roku, gromadząc wielkie nadwyżki po roku 2001”.

Upraszczając można powiedzieć, że powodem gigantycznych długów publicznych Grecji i pozostałych krajów południowoeuropejskich strefy euro, są gigantyczne nadwyżki w bilansie handlu zagranicznego Niemiec, choć także Holandii, Belgii, Austrii i Finlandii. A ponieważ kraje zadłużone pożyczyły pieniądze głównie z prywatnych banków Niemiec i Francji, to silnie wspierana politycznie przez Niemcy i Francję akcja ratowania Grecji, jest tak naprawdę ratowaniem ich własnych banków co najmniej przed wysokimi stratami, a nawet bankructwem.

Ta skala zadłużenia Grecji i pozostałych krajów południowoeuropejskich uniemożliwia już ich realną spłatę, gdyż jak to spuentował amerykański ekonomista i historyk Michael Hudson – „Podstawowa zasada matematyczna, tak samo jak zasada polityczna, stale działa: długi, które nie mogą być spłacone, spłacone nie będą”.

Zdaniem amerykańskiego ekonomisty L. Randall’a Wray’a, podobnie jak i zdaniem innych przedstawicieli amerykańskiej „Nowoczesnej Teorii Pieniądza” („The Modern Money Theory”), w tym w szczególności ‚Teorii Państwowej Pieniądza” („The State Theory of Money”), związanych przede wszystkim z wydziałem ekonomii Uniwersytetu Missouri w Kansas City, poszczególne kraje strefy euro nie poradzą sobie z wyjściem z globalnego kryzysu finansowego, jeśli nie powrócą do swych suwerennych walut narodowych. Ale nawet w ramach konwencjonalnej teorii ekonomicznej, zbliżony wniosek wyciągnął w 2012 roku laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii Paul Krugman, odpowiadając na postawione sobie pytanie „Co dolega Europie?” – „Co więc dolega Europie? Prawda jest taka, że jest to problem głównie monetarny. (…) Gdyby kraje peryferyjne miały własne waluty, powinny i mogłyby użyć deprecjacji do szybkiego przywrócenia konkurencyjności”.

Istotą bowiem problemów krajów południowoeuropejskich z Grecją w roli głównej, nie są ich deficyty budżetowe, a deficyty rachunku bieżącego. Te zaś wynikają z różnic w poziomie konkurencyjności gospodarek krajów strefy euro. A w najgłębszej swej istocie rzeczywistym problemem są strukturalne różnice gospodarcze między krajami europejskiego centrum i europejskich peryferii i semiperyferii w długookresowej innowacyjności i konkurencyjności. Instrumenty polityki fiskalnej, obniżające zadłużenie sektora publicznego i umożliwiające spłatę długów denominowanych w euro, w postaci niskich deficytów budżetowych, a więc cięć wydatków publicznych, obniżania wynagrodzeń oraz świadczeń społecznych, a także podwyższania podatków i wyprzedaży gospodarczych aktywów państwowych, co już jest stosowane w odniesieniu do państw takich jak Grecja, uderzają wtórnie w popyt wewnętrzny, co obniża wzrost gospodarczy, a więc powtórnie uderza w budżet państwa w postaci zmniejszenia wpływów budżetowych. I wepchnie to Grecję w jeszcze większe i szybciej narastające długi sektora finansów publicznych.

Ale dramat ekonomiczny Grecji jest w istocie stricte polityczny. Jego przyczyną jest nieodpowiedzialność greckich elit politycznych, które zdecydowały się na przystąpienie do strefy euro i to jeszcze w sytuacji już wtedy wysokiego deficytu finansów publicznych. Jego przyczyną jest równocześnie niska jakość intelektualna i polityczna tych elit, które nie zdecydowały się na wystąpienie ze strefy euro, nic, ale to nic, nie rozumiejąc z tego, co się dzieje, a wolę swoich wyborców mając też za nic.

W tym samym czasie, gdy rozgrywa się grecki dramat, gdy brakuje pieniędzy na wypłaty w bankomatach i bankach, a Grecja jest zmuszana do przyjmowania upokarzających warunków „trójki”, w Polsce nasze elity polityczne nie tylko nie wyciągają z tego żadnych wniosków merytorycznych, ale publicznie głoszą konieczność przystąpienia do strefy euro. I to jeszcze w warunkach polskiego zadłużenia zagranicznego na poziomie 290 mld euro.

W dzień po upokarzające kapitulacji greckiego premiera Ciprasa w głównonurtowej, a strojącej się w szaty obiektywizmu i merytoryczności „Rzeczpospolitej”, ukazuje się obszerny i wyeksponowany artykuł czterokrotnego wicepremiera i ministra finansów, utytułowanego profesora nauk ekonomicznych Grzegorza Kołodki (G. Kołodko, „Euro: ani szybko, ani bezwarunkowo”, „Rz”, 15.07.2015). Konkluzja jest następująca: „Do sprawy wejścia Polski do euro i euro do Polski wrócimy dopiero na początku trzeciej dekady tego wieku, w latach 20. Teraz nie ma na to politycznych szans. Co również ważne, euro trzeba wprowadzać mając na to poparcie większości społeczeństwa. Najbliższe lata trzeba zatem wykorzystać, aby przekonać je, że jeśli będzie to zrobione dobrze, będzie to też służyło społeczeństwu”.

To co łączy Grecję i Polskę, to na szczęście jeszcze nie jest euro. To na razie jest nieodpowiedzialność elit politycznych oraz, delikatnie mówiąc, ich niska jakość intelektualna i polityczna. I jako obywatele mamy tylko kilka lat, by nas w grecki scenariusz te elity nie wepchnęły.

Ale to, co łączy Grecję i Polskę, to również niemożność pozbycia się tych elit i niemożność pozytywnej ich selekcji oraz ich bezpośredniego podporządkowania wyborcom. Bo Grecję i Polskę łączy ordynacja proporcjonalna, która to uniemożliwia.

Dlatego słowa G. Kołodki traktuję jako ostrzeżenie, iż mamy tylko kilka lat na wprowadzenie ordynacji większościowej w wyborach do Sejmu w postaci 460 jednomandatowych okręgów wyborczych i pozbycia się obecnych elit politycznych oraz rozpoczęcia demokratycznej i pozytywnej selekcji kompetentnych, uczciwych i patriotycznych elit politycznych, podporządkowanych bezpośrednio polskim wyborcom. W innym wypadku wepchną nas w kolejną, po emerytalnej, demograficznej i wychowawczo-edukacyjnej, matnię finansową, która zakończy się serią narodowych katastrof za jedną czy dwie dekady.

A referendum 6 września jest niepowtarzalną okazją, by każdy z nas mógł przyczynić się do zapobieżenia tym katastrofom. Paweł Kukiz znakomitym wynikiem wyborczym pod hasłem wprowadzenia 460 JOW, wybił wielką dziurę w murze systemu politycznego obecnej partyjnej oligarchii wyborczej. Ale mur się sam dalej nie rozpadnie. Każdy z nas musi wyjąć z niego własnoręcznie swoją cegłę.

20 lipca 2015