/Dwadzieścia lat później

Dwadzieścia lat później

Dobiega powoli końca wspaniały rok nieustającego rocznicowego świętowania, pysznych uroczystości, wspominania dni klęski i chwały i ta podniosła atmosfera udziela się nawet tak zakamieniałym zgorzknialcom, wiecznie z wszystkiego niezadowolonym sceptykom i cynikom, jak, nie przymierzając, niżej podpisany. Marszałek Piłsudski twierdził, że wszystko co najlepsze to Polska ma na Kresach wybrałem się więc w górskie kresowe ostępy do Kletna, u stóp Śnieżnika, w przeuroczej Dolinie Kleśnicy, na spotkanie z grupą akademików z pokolenia moich wnuków, aby porozmawiać z nimi o tym niezwykłym okresie historii Polski w którym upłynęło, de facto, całe ich młode życie. Był to Studencki Obóz Polityczny pod hasłem "Dwadzieścia Lat Transformacji Ustrojowej" zorganizowany w dniach 22 – 27 września 2009 przez młodych woJOWników z Wrocławia, których macki sięgnęły jednak Torunia, Krakowa, a nawet – rzecz nieprawdopodobna: samej Warszawy! Albowiem mnie, mieszkańcowi zapadłej prowincji, Warszawa – dumna Stolica Polski – jawi się jak gigantyczny korek, przytłaczający i zatykający nasze życie publiczne i obywatelskie. Kiedyś, jeszcze w początkach Transformacji, przewidując taki rozwój wydarzeń, wysunęliśmy we Wrocławiu pomysł, żeby Warszawie przyznać niepodległość, ustanowić Ją samodzielnym państwem i odgrodzić zasiekami od reszty Kraju. Ma bowiem Warszawa wszystko, czego Jej do tego potrzeba: ma rząd, parlament, wszelkie władze, wszystkie publiczne i niepubliczne media oraz niepohamowany rozwój i my byśmy też tak chcieli!

Pomysł się, niestety, nie przyjął, dlatego Ruch JOW od lat organizuje "Marsze na Warszawę", żeby Jej przypomnieć, że my też! My też chcielibyśmy co nieco uszczknąć z pańskiego stołu, a przynajmniej, śladem naszych przodków z czasów I Rzeczypospolitej, uzyskać prawo posyłania do Warszawy naszych posłów, a nie żeby ich rolę odgrywali mianowańcy dzisiejszych, pookrągłostołowych możnowładców. Jak się okazało w trakcie obozu, podobnego zdania byli nie tylko zgryźliwi i niezadowoleni z dynamicznego, transformacyjnego rozwoju, odwiedzający pozastołeczni "starcy" (Wojciech Błasiak, Krzysztof Cena, Marian  Dzięcioł, Bogdan Ludkowski, Jan Pokrywka, posiwiały z zawiści nieszczęsny autor tego tekstu), nie tylko młodzi uczestnicy, ale nawet kontestacyjna ozdoba warszawskich mediów, sam red. Rafał Ziemkiewicz, który uczynił nam ten honor i, pomimo rozlicznych pilnych zajęć, wpadł na godzinkę do Kłodzka. Do Kłodzka, bo pomimo rozwoju (a może akurat dzięki niemu?) dojechać do Kotliny Kłodzkiej raczej trudno, a dojazdowa ulica miasta przypomina Wrocław w najgorszych godzinach szczytu. Dzisiaj jednak nawet młodzi akademicy dysponują czterokołowymi pojazdami, więc zebrali się w sobie, sprężyli, i pojechali, aby tam, u podnóża malowniczego kłodzkiego Rynku, przy remontowanej  miniaturce praskiego Mostu Karola, nad brzegiem nieobliczalnej Nysy Kłodzkiej, przy odrobinie stołecznego światła, rozjaśnić nieco meandry transformacji. Tak, to jest już prawdziwy postęp, prawie jak w Hollywood: samochód na lotnisko, autor na sygnale pędzi do Kłodzka, a po prelekcji odwozi Redaktora na kolejny samolot do Warszawy! Ameryka!

Cudowna pogoda, cudowna przyroda i zaangażowani, pełni zapału młodzi inteligenci, z którymi można poważnie porozmawiać o Polsce, o tym, co się tu podziało, o tym co nas czeka. Te rozmowy ciągną się czasem do małych godzin, nie ustają podczas spacerów i wędrówek po tych niezwykłych miejscach w jakie obfituje Ziemia Kłodzka. I nieodparte, męczące mnie uczucie deja vu.

Tak się bowiem składa, że w tej samej Kotlinie, w tym samym otoczeniu bajecznego krajobrazu, przy podobnie pięknej pogodzie, 20 la temu kończyłem cykl podziemnych seminariów, w towarzystwie równie pełnych zapału, dzielnych i zaangażowanych młodych ludzi. I temat tamtych obozów bliźniaczo podobny. Nie było jeszcze wtedy Redaktora Ziemkiewicza, ale byli inni, równie wspaniali: Czesław Bielecki vel Maciej Poleski, Jacek Maziarski, Aleksander Hall, a z lokalnych gwiazd Jan Waszkiewicz, Władysław Sidorowicz, Krzysztof Turkowski, Wiesław Wodecki, Wojciech Myślecki – starcza pamięć nie obejmie wszystkich. Za "obozowisko" służyła nam wtedy głównie chata Janusza Romaniszyna, prawdziwego Doktora Judyma z Lądka Zdroju. Towarzyszył nam niesamowity, niezwykły, nie do podrobienia katolicki ks. Stefan Witczak – "Kruszyna". Uczył nas, co może pojedynczy człowiek. "Kruszyna" 130 kg, cukrzyca, Bóg wie co jeszcze) został  odkomenderowany na samodzielną placówkę, obejmującą wiernych rozmieszczonych w dwóch ciągach topograficznych i cztery kościoły rozrzucone na odległość ok. 20 kilometrów od siebie: Bielice, Nowy Gierałtów, Stary Gierałtów, Bolesławów. Kościoły zrujnowane, parafianie ubodzy. Te kościoły "Kruszyna" swoimi rękami podnosił z ziemi, był dla nich wszystkim: architektem, budowniczym, murarzem, cieślą. Ciął, rąbał, stawiał, przybijał, podpierał. Nigdy nie zapomnę jazdy po górach otwartym jeepem – wojennym willisem, za którego kierownicą siedział "Kruszyna"! Nie miał gosposi, plebanii, jadł byle co, spał byle gdzie. Ludzie go uwielbiali, a on ich kochał. Pamiętam jak Wiesiek Wodecki, gdyśmy tak stali w zimę, w nieopalonym kościele, wypełnionym wzniesionymi przez Kruszynę rusztowaniami, zapytał go po mszy św.: "Jak to jest, że Księdzu się chce to wszystko robić?" "Bo ja jeszcze wierzę w Boga!" – padła odpowiedź.

Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Wstyd powiedzieć: miałem dobrą rękę! Nie myliłem się mówiąc im, że to oni będą urządzali Polskę. Jeździli tam ze mną przyszli ministrowie, wojewodowie, prezydenci, prezesi, posłowie i senatorowie. Czas zatarł ślad. Większość z nich pewnie nie rozpozna mnie na ulicy, a jeśli nawet, to szybko spojrzy w inną stronę. Takie są bezlitosne konsekwencje transformacji.

Zaprosiłem grupę woJOWników na wizję lokalną starych miejsc i ludzi. Kotlina Kłodzka rzeczywiście staje się pomału popularnym regionem turystycznym. Przyjechali nowi ludzie, z pieniędzmi, pokupowali tereny i domy, powstały pensjonaty, hoteliki, z "chłopców z tamtych lat" niewiele pozostało. Porozjeżdżali się gdzieś, poznikali, spotykam paru, którzy wybrali emigrację wewnętrzną – polityka dzisiaj już ich niespecjalnie interesuje. Nie zaprasza już chata Judyma – Romaniszyna, kościoły odnowione, ale zamknięte.

Podjeżdżamy pod kościół w Nowym Gierałtowie. "Kruszyna" już dawno nas opuścił, na dziedzińcu kościelnym jego nagrobek, a nawet swoista "galeria" fotografii czarno-białych, przybitych do paru desek, a na nich "Kruszyna" w cywilu i w stroju urzędowym. Zdjęcia, wystawione na deszcze i wiatry robią na nas niezwykłe wrażenie. Obok nowa plebania, elegancka, gotowa do ewangelizowania przyszłych pokoleń. Kiedy podjeżdżamy i szukamy miejsca do zaparkowania, otwarta do tej pory brama na nasz widok zamyka się automatycznie. Tak, to już nowe czasy. Transformacja.

Wracamy pełni zapału i animuszu, aby sprostać nowym wyzwaniom.