/Dlaczego jednomandatowe okręgi wyborcze? – cz.1

Dlaczego jednomandatowe okręgi wyborcze? – cz.1

 

Kluczowy dla ustroju demokratycznego problem, którą ordynację wyborczą przyjąć: proporcjonalną, jednomandatową czy mieszaną, wciąż budzi kontrowersje. Zdaje się też nie jest do końca zrozumiany. W komentarzach na temat wyborów parlamentarnych w 2012 r. w Ukrainie pojawiły się twierdzenia, iż wykazały one, że łatwiej jest fałszować wyniki wyborów w przypadku głosowania w okręgach jednomandatowych niż w ordynacji proporcjonalnej, tj. okręgach wielomandatowych.


Wystarczy zapoznać się ze znaną pracą Andrew Wilsona o wyborach w świecie postsowieckim, głównie w Rosji i Ukrainie, by wiedzieć, że – gdy brak jest odpowiednich form kontroli ich przebiegu, a kultura polityczna elit sprzyja oportunizmowi – obie metody wyboru są równie narażone na fałszerstwo.

 

W Polsce polityczno-kulturalny establishment stara się ukazać zwolenników JOW, jako ludzi prymitywnych, którzy w swej naiwności mniemają, że zmiana ordynacji wyborczej cokolwiek załatwi. Wybór ordynacji wyborczej jest jednym z dwóch najważniejszych wyborów konstytucyjnych, a zatem pogląd, że zmiana w tym zakresie nic nie zmieni jest nieuzasadniony. Można tylko dyskutować, czy będzie to z korzyścią dla Polski, ale to zupełnie inna kwestia. Nie spotkałem też wśród osób opowiadających się za JOW nikogo, kto uważałby, że stanowią one panaceum na wszystkie bolączki naszego kraju. Osoby te podzielają natomiast pogląd, że najważniejszych z nich nie da się usunąć w ramach obecnych rozstrzygnięć wyborczych. Z faktu, że zmiana ordynacji wyborczej ma charakter fundamentalny, wynika ewentualnie konieczność starannego jej przygotowania.


Nawet, gdy przeciwnicy JOW uznają, że nie jest to złe rozwiązanie, zaraz dodają, że społeczeństwo polskie do niego nie dojrzało. To nic nowego, także w epoce komunizmu jego zwolennicy uważali, że ustrój jest świetny, ale społeczeństwo do niego nie dorosło. Wypowiadający taki sąd zakładają milcząco, iż górują nad swoimi rodakami i rodaczkami pod względem rozumu i ogólnego obycia. Sposób, w jaki elity polityczno-intelektualne wywiązują się z obowiązków związanych z kierowaniem państwem i inspirowaniem społeczeństwa, rodzi wątpliwości, co do przesłanek tego przekonania. To one tworzą prawo marnej jakości, nieudolnie zarządzają budową autostrad i działaniem kolei, umożliwiają skandale w rodzaju Amber Gold. Koszt tej bylejakości ponosi społeczeństwo.


* * *


Przed wielu laty Stefan Kisielewski pisał, w jednym ze swych słynnych felietonów, o żyjącym ponoć niegdyś plemieniu, które nie było świadome związku przyczynowego między stosunkiem płciowym a poczęciem dziecka. Kpił w ten sposób z komunistycznych propagandzistów, nie chcących uznać, że przyczyny nękających ten ustrój trudności tkwią w samej jego naturze. Przypomina to obecną niechęć komentatorów polskiego życia politycznego, między przyjęciem po 1989 r. ordynacji proporcjonalnej w wyborach do Sejmu a degradacji państwa.


Wymieńmy kilka z najczęściej omawianych patologii w funkcjonowaniu polskim życiu politycznym:

  • zawłaszczenie państwa przez układy partyjne i partyjno-biznesowe;
  • miernota intelektualna osób zajmujących stanowiska publiczne;
  • sejm sprowadzony do roli maszynki do głosowania;
  • kryzys innych instytucji publicznych – administracji państwa, wymiaru sprawiedliwości, publicznych środków komunikowania;
  • blokada dróg kariery politycznej;
  • słabość władzy wykonawczej;
  • korupcja;
  • brak wizji, która mogłaby pobudzić i ukierunkować zbiorowy wysiłek, intelektualne i moralne skarlenie społeczeństwa, prowadzące do rozkładu etosu obywatelskiego.


Są to objawy kryzysu państwa. Kryje się za nimi intelektualna i moralna słabość elit, które swą pozycję dominacji zawdzięczają w poważnym stopniu ordynacji proporcjonalnej, jako metodzie rekrutacji.

 

 

 





About Antoni Z. Kamiński

profesor Instytutu Studiów Politycznych PAN; były szef Transparency International Poland; uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW