Hulk Hogan był najbardziej znanym zawodnikiem tzw. wrestlingu, czyli amerykańskiego przedstawienia, opartego na sztukach walki, ale całkowicie zainscenizowanego, udawanego. Podczas przestawienia wrestlingu zawodnicy nie walczą, a jedynie odgrywają sceny przed publicznością.

Jestem zwolennikiem jednomandatowych okręgów wyborczych, oraz wynikającego wprost z systemu JOW sposobu wyłaniania "kandydatów na kandydatów" jakim są prawybory. Jednak kiedy obserwuję tzw. "prawybory" jakie zafundowała nam Platforma Obywatelska trudno mi oprzeć się wrażeniu, że mamy oto przed sobą wrestling polityczny w najczystszym wydaniu.

Udawane starcie, gdzie wszystko co do najdrobniejszego szczegółu, zostało "ustawione" przez reżysera, ustalono odzywki, pytania, ale także hierarchię zawodników i wynik samego meczu. Od początku wiadomo było, że wygrać ma Bronek, a nie Radek, bo Radek ma mniejsze szanse w starciu z Kaczyńskim.

I oto po całych tygodniach przedstawienia zaprzątającego uwagę widzów, doszło wreszcie do "debaty" Bronka z Radkiem, w którym jak było do przewidzenia, Bronek pouczał młodszego kolegę, ex cathedra co wolno i co wypada. Oczywiście wszystko po koleżeńsku, ale stanowczo. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji kandydatem wyłonionym w prawyborach, zostanie Bronek, który już jako Bronisław zmierzy się ze znienawidzonym Lechem K.

Trzeba powiedzieć, ze wrestling polityczny zafundowany nam przez Platformę był przedsięwzięciem wprost genialnym. Po pierwsze zajął czas antenowy i skupił uwagę wyborców na długie tygodnie na kandydacie (kandydatach) Platformy. Pod tym względem konkurenci, zwłaszcza ci z PiS-u zostali daleko w tyle, bezradnie i nieudolnie próbując skomentować poczynania PO.

Po drugie „platformiane prawybory” dały Polakom spektakl imitujący normalność polityczną, o której naród nad Wisłą słyszy przy okazji prawyborów w USA. „A, to to są prawybory” powie sobie Kowalski i ucieszy się, że żyje w takiej samej demokracji jak amerykańska. Tymczasem „Prawybory w PO” tak się mają do prawdziwych prawyborów, jak wrestling do prawdziwej walki.

W prawdziwych prawyborach w Stanach Zjednoczonych, może wystartować każdy z polityków danej partii. Nie musi dostawać koncesji na ubieganie się o status oficjalnego kandydata. Wystarczy, że poprze go jakaś grupa partyjnych działaczy i zgromadzi odpowiednie fundusze. Tak wiec w amerykańskich prawyborach zazwyczaj startuje kilku wybijających się polityków danej partii i żeby zostać zwycięzcą, trzeba wykosić przeciwnika.

Po drugie walka w prawyborach w Ameryce, jest prawdziwa, nie ustawiana. Tam na prawdę kandydaci na kandydatów konkurują między sobą i nikt nie jest w stanie ustawić wyniku meczu. Trzeba wreszcie powiedzieć, że w Stanach system prawyborów w sposób naturalny wyrasta z systemu wyborczego bezwzględnie opartego o jednomandatowe okręgi wyborcze i zasadę "Winner Takes All" (zwycięzca bierze wszystko).

W takim systemie polityk zawdzięcza swój status przede wszystkim poparciu na dole, ma swoja bazę, swój okręg i z takim poparciem musi liczyć się kierownictwo partii, które zresztą jest bardziej komitetem koordynującym niż komitetem centralnym.

W Polsce nie ma takich partii i nie ma takich polityków. Polscy "politycy" zawdzięczają swoją pozycję zawsze szefowi partii, który ich wpisuje na odpowiednio wysokie miejsce na liście wyborczej. Kto to w ogóle jest jakiś Radek Sikorski? Kto to byłby, gdyby Tusk nie przygarnął go i nie wpisał na listę? I kto to będzie kiedy podpadnie liderowi i ten powie mu: „wypad”? Nikt. Nemo. Null. Skoro nie ma JOW – systemu zapewniającego pojawianie się polityków niezależnych od centrali partyjnej, to nie może być prawdziwych prawyborów.

Pomimo tych zastrzeżeń, wrestling zaprezentowany nam przez PO należy przyjąć z uznaniem. W końcu to coś nowego na naszej – pożal się Boże – politycznej scenie. A poza tym, może jeśli publiczności się spodoba, to w końcu kiedyś obejrzymy prawdziwą walkę.

Skomentuj