W czwartek, 6 października 2011, przeszedł przez centrum Warszawy pochód Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Szliśmy pod hasłem: Teraz JOW do Sejmu! Od Placu Defilad maszerowaliśmy do Pałacu Prezydenckiego, żeby przypomnieć Pierwszemu Obywatelowi o Jego uroczystym zobowiązaniu do przeprowadzenia referendum obywatelskiego, w którym jedno z czterech pytań brzmiało: Czy chcesz wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu?



Na to pytanie ponad 750 tysięcy respondentów odpowiedziało: TAK! Jakoś tak się ułożyło, że Bronisław Komorowski, wtedy jeszcze tylko poseł Platformy Obywatelskiej (organizującej tę akcję referendalną) i szef jej mazowieckiej struktury, a potem Marszałek Sejmu i wreszcie Prezydent Państwa jakoś, w nawale obowiązków, o tym zobowiązaniu zapomniał. Kiedy w tym roku Prezydent podpisał ustawę o JOW do Senatu (nota bene, tego samego Senatu, który w tej akcji podpisowej obiecywał zlikwidować!), uznaliśmy, że czas zapytać o tę najważniejszą sprawę: o JOW w wyborach do Sejmu.

 

Niestety, Pan Prezydent nie znalazł wolnej chwili na spotkanie z przedstawicielami Ruchu. Scedował to na swego doradcę ds. kontaktów z partiami i środowiskami politycznymi. Nie okazał nawet takiej kurtuazji, z jaką spotkaliśmy się dwa lata temu, gdy w imieniu Prezydenta RP – zdecydowanego przeciwnika JOW – przyjął nas Szef Kancelarii, minister Piotr Kownacki, który znalazł czas i na rozmowę, i na uprzejme przyjęcie, a nawet wyszedł na ulicę, żeby konferować z maszerującymi wojownikami!



 

Nasz Marsz nie był wielkim sukcesem. 2/3 jego uczestników, to woJOWnicy, którzy dotarli do Warszawy po morderczych podróżach z Wrocławia, Koszalina, Krakowa, Szczecina, Wałbrzycha, Lubina…, a tylko skromną 1/3 ci, którzy mieli najbliżej i najłatwiej, dla których wystarczyło wsiąść po prostu w tramwaj czy metro, a nawet, całkiem zwyczajnie podejść kilkaset metrów piechotą. Nasz spacer Alejami Jerozolimskimi, czy warszawskim odpowiednikiem rzymskiej Via Condotti, nie wywołał entuzjazmu i ochoty dołączenia się. Najbardziej przykre, jak i przy poprzednich okazjach, było nasze przejście pod murami najważniejszej polskiej uczelni wyższej, z której wyległy liczne grupy studentów. Do tej elity młodej polskiej inteligencji nie dotarło jeszcze zrozumienie znaczenia naszego postulatu ustrojowego, nadal z uśmieszkiem lekceważenia przygląda się gromadzie tych, starszych już przeważnie, dziwaków, którzy domagają się takich samych praw wyborczych, jakie mają studenci Wielkiej Brytanii, Kanady, USA, Australii, Francji czy Indii! W tym lekceważeniu nie odbiegają od swoich profesorów i nauczycieli akademickich, z których też ANI JEDEN nie zaszczycił swoim udziałem naszego Marszu!

 

Ta postawa tego Uniwersytetu Numer 1 w Polsce pozostaje, od lat, niezmienna. W 2003 roku, po I Marszu na Warszawę, pisałem do ówczesnego Rektora UW:

 

Wydawało nam się, Magnificencjo, że miejscem właściwym dla zakończenie tej oryginalnej

akcji są mury Uniwersytetu Warszawskiego. Wydawało nam się, że byłoby nietaktem z naszej strony, gdybyśmy, otwierając dyskusję fundamentalnej sprawy ustrojowej, ten Uniwersytet pominęli i zebrali się w innym miejscu. Dlatego zwróciliśmy się do Władz Rektorskich z propozycją odbycia konferencji kończącej marsz właśnie w Auli Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Ze zdumieniem i niewiarą przyjąłem informację, że Władze Uniwersytetu domagają się od nas wysokiej opłaty za udostępnienie nam sali i że ta opłata musi być uiszczona awansem! Pracując 40 lat na dużym, aczkolwiek, zdaję sobie sprawę, prowincjonalnym polskim uniwersytecie nie wyobrażałem sobie, że Władze Uniwersytetu mogą ingerować w sprawy tak banalne jak ustawienie stolika z materiałami informacyjnymi czy powieszenie transparentu!

 

Niestety, Magnificencjo, tak się właśnie stało. Nikt z przedstawicieli Władz Uczelni nie zechciał nas powitać, na sali nie zauważyłem ani jednego profesora Uniwersytetu Warszawskiego, natomiast strażnicy pokazali mi, na piśmie, surowe zakazy wystawienia stolika z materiałami na chodniku, zakazy postawienia nawet przenośnego transparentu informującego o konferencji. Widziałem zdumione twarze młodych ludzi, którzy z takim zapałem i ofiarnością przebyli tę, mimo wszystko uciążliwą i wyczerpującą trasę, i widziałem zaskoczenie na twarzach prezydentów i burmistrzów miast polskich, którzy w tej konferencji uczestniczyli.

 

Fakty te trudno zrozumieć i dlatego piszę do Pana Rektora, gdyż, contra spem spero, że może wszystko to było wynikiem jakiegoś fatalnego nieporozumienia? Ufam, że odpowiedź Jego Magnificencji te wątpliwości wyjaśni i pozwoli nam mieć nadzieję, że Uniwersytet Warszawski jest właściwym miejscem do dyskutowania ważnych dla Polski spraw i że ludzie, którzy wkładają wielki wysiłek w próby naprawy Rzeczypospolitej, mogą liczyć na przychylność, zrozumienie i właściwą atmosferę w jego murach.

 

Niestety, minęło 8 lat i obraz jest ten sam. Przez te wszystkie lata ani nauczyciele akademiccy tego Uniwersytetu, ani ich akademiccy uczniowie, nie wykazali żadnego zainteresowania postulatem, żeby w III RP Izbę Ustawodawczą wyłaniano tak, jak w najważniejszych krajach świata uchodzącego za demokratyczny. Nawet kiedy Platforma Obywatelska przeprowadziła tę akcję, którą premier Donald Tusk określił, jako największą akcję polityczną od 1989 roku, społeczność akademicka Uniwersytetu Warszawskiego wzruszyła ramionami: nie interesuje nas to! Konferencje JOW odbywały się na uniwersytetach Wrocławia, Krakowa, Szczecina, Kielc, Lublina, w Białostockiej Akademii Medycznej, wyższych szkołach Poznania, Krosna, Suchej Beskidzkiej, Jeleniej Góry, na ratuszach Poznania, Gdańska, Zielonej Góry, Szczecina, Ostrowa Wielkopolskiego, Grodziska Mazowieckiego – zamknięte przed nami pozostały najważniejsze uczelnie Miasta Stołecznego Warszawy.

 

Dzisiaj odbywają się wybory parlamentarne. Pierwszy raz w nowożytnej historii Polski senatorów wybieramy w jednomandatowych okręgach wyborczych. Ruch Obywatelski na rzecz JOW zwrócił się do kandydatów na stanowiska senatorskie z zaproszeniem do wsparcia naszego Marszu, do poparcia naszego postulatu ustrojowego! Z kandydatów do Senatu w Warszawie i okręgach okołowarszawskich, na zaproszenie nie odpowiedział nikt i ani jeden nie był łaskaw pokazać się na Marszu!

 

Wobec ogromnych trudności komunikacyjnych w dotarciu do Warszawy z odległych miejsc w Polsce liczyliśmy, że tym razem większy udział w naszej akcji weźmie Stolica Polski. Najbardziej popularny polski polityk internetowy, Janusz Korwin-Mikke, który ma ok. 70 tysięcy facebookowych fanów, wezwał swoich sympatyków, żeby poszli razem z nim na Marsz. Podobne wezwanie wystosował p. Marek Jurek, szef ambitnej partii politycznej. Do tego samego wezwała Mazowiecka Wspólnota Samorządowa, popularne portale internetowe „Nowy Ekran”, „Prawica.Net”, „Salon.24”. Portale te mają wiele tysięcy czytelników i fanów…

 

Czy to możliwe, że ta postawa Warszawy wynika stąd, że Warszawa wie coś, o czym nie wie prowincja, o czym nie wie Wrocław, Koszalin, Kłodzko, Białystok? Cóż by to mogło być?

 

Przez kilka miesięcy Londyn, a razem z nim całe Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, żył wielkim, historycznym referendum o ordynację wyborczą. Pytano Brytyjczyków, czy nie przeszkadza im to, czego tak bardzo boją się politycy polscy, systemu JOW o nazwie First Past The Post? 70% brytyjskich wyborców odpowiedziało: Nie, nie przeszkadza nam wcale! Chcemy, żeby tak było nadal!


Ta informacja została przed mieszkańcami Warszawy ukryta. Nie poświęciły jej żadnej uwagi wszystkie mieszczące się tutaj rozgłośnie telewizyjne i radiowe, nie pisały o tym stołeczne gazety! Naprawdę, bardzo tajemna ta wiedza, która by mogła wyjaśnić opisywaną tutaj postawę mieszkańców Stolicy.

 

Już wiele lat temu zrodził się we wrocławskich głowach pomysł: żeby nadać Warszawie niepodległość! Jest to przedsięwzięcie proste, bo wszystko co, do tego potrzebne już ma: premiera i rząd, i wszystkie ministerstwa, i wszystkie urzędy centralne. Da sobie radę! Może wtedy i reszta Polski zacznie żyć normalnie.


About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Dyskusja - 8 Komentarzy
  1. Wojtas b'Sportas

    15. Paź 2011,  godz. 22:32

    dziś (sobota,21:40) prof. Waldemar Chrostowski w TV Trwam (Polski Punkt Widzenia) poruszył m.in. problem ordynacji, bardzo wyważone spostrzeżenie n.t. istniejącej sceny politycznej będącej wynikiem posiadanego mechanizmu wyborczego i „drogi do nikąd”.

    Odpowiedz

  2. Jerzy Przystawa

    14. Paź 2011,  godz. 10:24

    Np. w Warszawie do Sejmu wszedł p. Jastrzębski, ktory uzyskał 3075 głosów. Tzn. 0,29% głosujących w tym okręgu i 0,20% uprawnionych do głosowania. A więc p. J otrzymał głos jednego na 500 wyborców w okręgu warszawskim. Oczywiście, to tylko przykład jeden z wielu.

    Odpowiedz

  3. Jan Sadowski

    13. Paź 2011,  godz. 21:46

    Mit to system głosowania na wielosobowe listy partyjne z których dostają się osoby z poparciem 6 tysięcy obywateli. Mit który niesie niesprecyzowaną i nie wiadomo jaką obietnicę. W polskim JOW potrzeba ponad 100 000 głosów żeby zwyciężyć. Obietnicą JOW jest m.in. stabilny rząd, większa odpowiedzialność i możliwość reform. W obecnych wyborach Donald Tusk zyskał grubo powyżej 100 tys. głosów. Gdyby w Sejmie były JOWy to większość posłów okazała by się bardziej autonomicznymi i racjonalnymi jednostkami na jego miarę, oraz na miarę pozostałych liderów, którzy zyskali taką liczbę głosów. W systemie proporcjonalnym poza niektórymi liderami nie ma osobowości, wszystko opiera się na mechaniźmie podporządkowania. Proporcjonalny system głosowania w ramach list partyjnych nie ma zalet w porównaniu do indywidualistycznych ordynacji.

    Odpowiedz

  4. sergiusz

    13. Paź 2011,  godz. 12:39

    Liczy nie kłamią, JOW to mit. Czas oprzytomnieć.

    Odpowiedz

  5. Jerzy Przystawa

    11. Paź 2011,  godz. 19:15

    Krzysztof Końca: dzieje się to, co przewidywaliśmy: wprowadzenie JOW do Senatu zostanie wykorzystane do kompromitowania idei JOW poprzez wrzask, że JOWy niczego nie zmienią, nie ma więc sensu ich wprowadzać. Ciekawe, ze pierwszy odzywa się podający się za „zwolennika JOW” Krzysztof Leski, z którym ścieraliśmy się wielokrotnie na Salonie 24. Na S24 nie udało mu się nas zakrzyczeć, więc poszedł na ONET, gdzie my nie mamy wejścia. Na tym polega „niezależne dziennikarstwo III RP”.

    Odpowiedz

Skomentuj