Poziom zadowolenia Polaków z naszych historycznych osiągnięć, jak o tym świadczą chociażby niezbyt udane obchody 20. Rocznicy Okrągłego Stołu, jest raczej niski. Nie jesteśmy zadowoleni ani z naszego miejsca w Unii Europejskiej, ani z naszego rządu, ani z Prezydenta, a o Sejmie to już w ogóle szkoda gadać! Stroskani Rodacy nieustannie poszukują więc jakiegoś cudownego środka, który by to wszystko naprawił jak należy. Dotyka to mnie w szczególny sposób, bo bez przerwy słyszę zarzut, że JOW to nie jest panaceum, co jest, niestety, poza dyskusją, gdyż ja proponuję jedynie jedną, prostą, zwykłą ustawę sejmową.

W dniu, w którym to piszę, w piątek, 17 kwietnia 2009, patriotyczne nasze serca budują się widokiem uśmiechniętego, szczęśliwego, prezydenta m. Łodzi, Jerzego Kropiwnickiego, który na czele innych radosnych Polaków i Polek, wnosi do Sejmu tony papieru zapisanego podpisami obywateli, domagających się narodowego referendum w sprawie  ogłoszenia Święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Podobnie szczęśliwą twarz miał, kilka lat temu, b. prezydent Wrocławia, gdy razem z Donaldem Tuskiem i Grzegorzem Schetyną niósł pudła z podpisami w sprawie innego referendum, w którym mowa była o JOW. Radość gościła na twarzy Kropiwnickiego, gdy kilka miesięcy temu wnosił do Sejmu ponad 600 tysięcy podpisów w sprawie Trzech Króli. Ale w Sejmie nie zasiadają stare baby lecz twardzi politycy, których widok ton papieru w panikę nie wpędzi i Sejm nie ugiął się przed szantażem ani Zdrojewskiego, ani Kropiwnickiego. Tusk i Zdrojewski, widząc zdecydowaną postawę marszałków i posłów – odstąpili od swego zamiaru i zajęli się innymi sprawami. Inaczej Kropiwnicki: skoro 600 tysięcy podpisów to za mało na polski Sejm, to zebrał milion i tym milionem wczoraj powiedział Sejmowi: szach i mat! Teraz już się nie wymigacie! Czekamy więc z zapartym tchem, czy posłowie się przestraszą i ustąpią przed stanowczą wolą ludu?

A wątpliwości są, bo natychmiast pojawiły się głosy, że nie nadążamy z rozwojem gospodarczym, że ciągniemy się w ogonie, że jeszcze jeden dzień wolny od pracy to może być katastrofa. Co nie jest bez racji, bo pomimo naszego dynamicznego rozwoju – Polska Tygrysem Europy – rzeczywiście w Unii Europejskiej zajmujemy miejsce trzecie od końca wyprzedzając tylko Bułgarię i Rumunię pod względem PKB per capita. Już dawno wyprzedziły nas pod tym względem Estonia, Łotwa i Litwa, a nawet Słowacja, a nie długo wyprzedzi nas Białoruś, która potrafiła – pomimo okropnych rządów tego nieuka i dyktatora Łukaszenki – podwoić swój PKB w porównaniu z 2000 rokiem. A tu na głowie mamy EURO 2012 i obawę, że przegonić nas może nawet Ukraina!

Są też i inne powody, aby się martwić o powodzenie wniosku Kropiwnickiego: nasz Sejm jest po prostu przepracowany ponad ludzkie wyobrażenie i kompletnie nie odpowiadają rzeczywistości te wszystkie złośliwe uwagi pod adresem naszych kochanych posłów, że jakoby biorą forsę za nic, nie uczestniczą w obradach i w ogóle, jak dzieci, zajmują się wyłącznie wódą i dzi…, tj. pardon, pracownicami pewnego sektora nieuspołecznionego. Otóż nie jest to prawda, absolutnie nie jest! Jeśli zajrzymy na stronę internetową Sejmu RP i zobaczymy nad czym i jak pracuje nasz Sejm, to czapki natychmiast spadną nam z głów: spis projektów ustaw, jakie Sejm VI Kadencji podjął się już uchwalić, liczy dokładnie 700 (siedemset) pozycji. Do tej pory uchwalono już 343! A przecież to dopiero połowa kadencji!

Czy to nie jest imponujące? Czy nasi posłowie nie pracują nad miarę? Zajrzałem, dla porównania na strony innych parlamentów. Taka Izba Gmin Parlamentu Kanadyjskiego – tam mają zaledwie 25 projektów rządowych i 160  poselskich! A w Wielkiej Brytanii, w której Parlamencie zasiada o przeszło 200 posłów więcej niż w Polsce? Tam zaledwie wszystkiego 106 aktów prawnych. Siedem razy mniej niż w Polsce! To którzy posłowie pracują, a którzy się obijają?

W tej sytuacji bardzo jestem ciekaw, jaki będzie los miliona podpisów Jerzego Kropiwnickiego: czy tak zapracowany Sejm po prostu znajdzie czas na jeszcze jeden projekt ustawy? I kiedy ten czas znajdzie? Widzieliśmy, jak prezydent Kropiwnicki padł w ramiona swego starego druha, Marszałka Komorowskiego, i robili sobie niedźwiedzia, ale pomimo całej serdeczności Pan Marszałek od razu się od wniosku jakoś zdystansował, bo, jak powiada łacińskie przysłowie, przyjaciel Kropiwnicki, ale większym przyjacielem jest praca dla Ojczyzny.

Jerzy Kropiwnicki nie ustaje w poszukiwaniu panaceum na problemy naszego kraju. Mniej więcej rok temu zadeklarował się jako Patron Honorowy Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, bo pewnie myślał, że JOW to jest to, czego szuka. Zaprosił więc nas do Łodzi i w Teatrze Łódzkim odbyliśmy sesję naukową. Ale pomiędzy zaproszeniem i konferencją w Łodzi zaszły ważne okoliczności i na scenie politycznej pojawiła się propozycja „pierwiastka”. Dzisiaj już o tym nikt nie pamięta, ale rok temu była to sprawa niesłychanie ważna i część naszej elity politycznej, z Panem Prezydentem Rzeczypospolitej i Jego Bratem walczyła jak lwy o pierwiastek. Zdecydowanie w sukurs przyszedł im Prezydent Łodzi, co siłą faktu, musiało zepchnąć postulat JOW na margines.

No, ale pierwiastek przepadł, nie ma o czym mówić, trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe i dlatego mamy nową pierwszoplanową inicjatywę polityczną: Święto Trzech Króli!

A co z JOW? Rozmawiają ze mną starzy i młodzi: coś się tak uparł na te JOW-y? Czy to jest jakieś panaceum? Czy to rozwiąże wszystkie problemy? Jest tyle ważnych i pięknych spraw o jakie można powalczyć, że naprawdę trzymanie się tego JOW-u to zwykła fanaberia i bezrozumny upór! Popatrz – mówią do mnie – na spis 700 ustaw, jakie przygotowuje nam Sejm! Czyż żadna z nich nie nadaje się lepiej na „panaceum”? Takie np. doradztwo finansowe? Albo doradztwo podatkowe? Albo zatrudnienie niepełnosprawnych? Tyle pięknych tematów! Dlaczego JOW? Dlaczego jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach do Sejmu?

No, właśnie: dlaczego?

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.