Wstępne wyniki wyborów do brytyjskiej Izby Gmin inspirują do refleksji. Rządząca Partia Konserwatywna uzyskała 316 mandatów, Partia Pracy – 239, Szkocka Partia Narodowa – 58, demoliberałowie – 10, a osławiona Partia Wolności Zjednoczonego Królestwa – 2 mandaty. Sondaże exit poll w Wielkiej Brytanii na ogół potwierdzają się, aczkolwiek w liczbach coś jeszcze może się zmienić. Co sądzić o tych wynikach, jak je interpretować? Odpowiedź na to pytanie zaprząta wiele umysłów.

Punktem wyjścia może być odpowiedź na pytanie: jaki jest cel systemu wyborczego? Większościowy system wyborczy, jakim od dziesiątków lat operują Brytyjczycy, ma na celu tworzenie takiej większości parlamentarnej, która umożliwi istnienie sprawnego i stabilnego rządu. Brytyjczycy ten cel w wyborach 2015 r. w zasadzie osiągnęli. Wyraźna przewaga Partii Konserwatywnej, przy ewentualnym wsparciu demoliberałów, przetworzy się w stały i jak myślę stabilny rząd, który z powodzeniem przetrwa kadencję.

Tym niemniej dostrzegalne jest, że po raz kolejny może upaść tradycyjne po II wojnie światowej rozstrzygnięcie, że po wyborach rządzi jedna partia polityczna. Nie dzieje się to jednak bez przyczyny. Przez dziesiątki lat po II wojnie światowej Brytyjczycy cieszyli się walorami rządów jednopartyjnych. Były możliwe dlatego, że zasadniczo Brytyjczycy spierali się głównie w sprawach ekonomiczno-społecznych. Sprzyjało to silnej pozycji dwóch kluczowych partii – konserwatystów i laburzystów – a większościowy system wyborczy tę dwupartyjność osłaniał. Sytuacja ta ulega dzisiaj zmianie. W Wielkiej Brytanii przybywa kwestii spornych. Poza kwestią polityki gospodarczej i społecznej, Brytyjczycy szukają odpowiedzi na pytanie o swoje miejsce w Unii Europejskiej, o stosunek do imigrantów i związaną z tym kwestię miejsc pracy, o status Szkocji czy Walii. W tych sprawach dzielą się coraz bardziej, a odzwierciedleniem tego są zmiany w systemie partyjnym, w tym sukces właśnie Szkockiej Partii Narodowej. Powoli kończy się komfortowa dla Brytyjczyków sytuacja, że mieli system dwupartyjny – w takim rozumieniu, że tylko jedna z dwóch kluczowych partii mogła samodzielnie sprawować władzę. Wybory w Wielkiej Brytanii już po raz drugi z rzędu pokazują, że prawdopodobnie rządzić będzie koalicja, chociaż tak do końca pewne to nie jest. Demoliberałowie zapłacili bowiem zbyt wysoką cenę za dotychczasowy udział w rządzie. Obecność w rządzie może na przyszłość oznaczać kres ich istnienia jako partii relewantnej.

Nie jest natomiast celem większościowego systemu wyborczego kreowanie parlamentu w pełni reprezentatywnego dla podziałów społecznych. Taki cel stawiają przed sobą proporcjonalne systemy wyborcze. Mija się więc z celem oskarżanie brytyjskiego systemu wyborczego, że nie daje adekwatnej reprezentacji. Ale w świetle rozstrzygnięć, jakich dokonali teraz Brytyjczycy, to i tak widać, że mniejsze partie w tym systemie potrafią się odnaleźć. Warunkiem powodzenia jest jednak koncentrowanie poparcia w konkretnych regionach i okręgach. Widać to najwyraźniej po sukcesie Szkockiej Partii Narodowej. Jeżeli wyniki wyborów potwierdzą się, to właśnie ta partia będzie – obok konserwatystów – tym rzeczywistym zwycięzcą wyborów. Jej sukces jest wyrazem narastania „narodowego ducha” wśród Szkotów.

Warto przy tym zauważyć, że sukces SPN kruszy kolejny mit, wysuwany w ocenach odnoszących się do większościowego systemu wyborczego z JOW. Mit ten sugerował, że w Wielkiej Brytanii większość jednomandatowych okręgów wyborczych to partyjne „twierdze”, zabetonowane i nie do ruszenia. Dotychczas w Szkocji mandaty przejmowała w JOW brytyjska Partia Pracy. I cóż się wczoraj stało z laburzystowskimi „twierdzami”? Poddały się? Nie! Niemal wszystkie dotychczasowe laburzystowskie „twierdze” zostały zdobyte przez SPN. Dlaczego zostały zdobyte? Bo w większościowym systemie wyborczym wszystko rozstrzyga się na samym dole, w JOW. Tam trzeba zdobyć serca i umysły wyborców. Może to zrobić każdy kandydat. Wczorajsze wybory – patrząc w szerszej perspektywie – nakazują zachowanie ostrożności w operowaniu tezą o istnieniu „twierdz” partyjnych. Widać, że mogą być zmurszałe.

Nota bene: rezultaty wyborów Szkocji wskazują też na rosnąca rolę młodych ludzi. Podobno w jednym z okręgów 20 – letnia studentka pokonała kandydata laburzystów do fotela ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii!

Wybory brytyjskie AD 2015 wydają się odsłaniać znamienną właściwość większościowego systemu wyborczego realizowanego w JOW. Właściwością tego systemu jest z jednej strony to, że sprzyja partiom obywatelskim, dużym i dobrze zorganizowanym, a z drugiej – że daje szansę na zaistnienie w parlamencie także formacjom małym. Właściwie tak też stało się w aktualnych wyborach. Dwie kluczowe partie brytyjskie – konserwatyści i laburzyści – będą dominowały w Izbie Gmin (555 mandatów na 650). Zarazem jednak partie mniejszościowe też są obecne w Izbie Gmin – będą w nim zasiadali przedstawiciele Szkockiej Partii Narodowej, demoliberałowie, Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, może coś jeszcze „ugra” walijski ruch narodowy. A więc system wyborczy w Wielkiej Brytanii respektuje także tych teoretycznie „słabszych”.

Właściwością (i zaletą) większościowego systemu wyborczego wydaje się być i to, że nie sprzyja formacjom radykalnym, skrajnym, ulokowanym na biegunach sceny politycznej. Wybory brytyjskie AD 2015 potwierdzają to. Egzystująca na fali wznoszącej Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa uzyskała niewielką liczbę mandatów w Izbie Gmin. Jak to interpretować? Ano zwyczajnie. Jest to wymowne świadectwo tego, że nie jest przez większość Brytyjczyków akceptowana. System wyborczy nie może zastępować poglądów, preferencji i rozstrzygnięć wyborczych samych obywateli. Nie może rozstrzygać o wynikach wyborczych na podstawie sondaży czy matematycznych proporcji. O wyniku głosowania muszą rozstrzygać sami wyborcy. I musi się to rozstrzygać nie gdzieś na górze, a na samym dole, w okręgu wyborczym, bo tylko w nim głos obywatela może mieć znaczenie. To warunek brzegowy demokracji. I Brytyjczycy tak to rozstrzygnęli. Głosując w jednomandatowych okręgach wyborczych, w większości odrzucili partię N. Farage`a. Oznacza to także, że w przyszłości Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa musi poszukać większego poparcia w samym społeczeństwie brytyjskim, musi z nim zbudować porozumienie, musi to porozumienie zbudować na samym dole. Na dzisiaj tego nie osiągnęła. Nie można więc mieć pretensji do systemu wyborczego, że „nie zauważył” istnienia partii N. Farage`a. System wyborczy powinien jedynie rejestrować relacje autentycznie istniejące na linii partia – wyborcy/obywatele. A z brytyjskich rozstrzygnięć wyborczych w 2015 r. wynika, że N. Farage może jest popularny w Europie, Polsce, mediach, ale nie ma dostatecznie wysokiego poparcia wśród samych wyborców w Wielkiej Brytanii.

Kwestią otwartą pozostaje to, jak sami Brytyjczycy zbilansują wybory AD 2015 i jak odłoży się to w ich myśleniu o własnym państwie. Myślę, że ich stanowisko w tej sprawie będzie rozdwojone. Dyskusyjna jest teza, że Brytyjczycy chcą zmienić system wyborczy do Izby Gmin. Z pewnością spodziewać się można, że będą tego chciały brytyjskie partie polityczne i ich liderzy. Obecnie wprowadzenia systemu proporcjonalnego najsilniej domagają się brytyjscy demoliberałowie, ale liczba partii tego żądających może się zwiększyć. Nie ma w tym nic dziwnego. W perspektywie historycznej podobnie rzecz wyglądała w innych krajach. Tam, gdzie partii przybywało, rodziła się chęć zamiany większościowego systemu wyborczego na system proporcjonalny. Towarzyszyła też temu znamienna zmiana podejścia do istoty reprezentacji parlamentarnej. W początkach parlamentaryzmu przyjmowano, że parlamenty są reprezentacją społeczeństwa, wybieraną w naturalny, większościowy sposób. Gdy zwiększyła się liczba partii, to zmieniono wyobrażenie istoty parlamentaryzmu: odtąd miał być reprezentatywny dla podziałów partyjnych, a wyrażać to miał proporcjonalny system wyborczy. Promotorami tej metamorfozy byli sami liderzy partyjni. Prawdopodobnie tak też będzie w Wielkiej Brytanii. Można przewidzieć, że to partiom będzie szczególnie zależało na wprowadzeniu proporcjonalnego systemu wyborczego. Wątpliwe jednak, czy tego samego będą chcieli obywatele brytyjscy. W Wielkiej Brytanii propozycja wprowadzenia systemu proporcjonalnego jest wysuwana już od pierwszej połowy XIX wieku. Przez te już ponad 150 lat nigdy nie była bliska realizacji. Nie ma żadnych podstaw do tego, by przyjmować tezę, iż Brytyjczycy wkrótce zdecydują, że czas porzucić JOW. Prawda jest taka, że Brytyjczycy świetnie znają walory systemu większościowego, potrafią go bronić i go obronią. Referendum z 2011 r. wyraźnie to potwierdza. Wyniki wyborów AD 2015 raczej też.

Wrocław, 8 maja 2015 r.

About Zdzisław Ilski

doktor habilitowany nauk społecznych w dyscyplinie nauk o polityce, nauczyciel akademicki, współpracownik Ruchu na rzecz JOW od 1999 r.

Dyskusja - 6 Komentarzy
  1. Zdzisław Ilski

    11. maja 2015,  godz. 17:09

    Panie Andrzeju.
    1. W demokracji musi istnieć miejsce, w którym polityk jest weryfikowany. JOW to zupełnie dobry mechanizm osiągania takiego efektu
    2. Większościowy system wyborczy rzeczywiście nie jest „proporcjonalną apteką”, ale za to pozwala osiągać inne efekty: stabilny, programowy rząd jednej partii, demokracja zorientowana na obywatela, lepsza możliwość kontrolowania polityków i „usuwania szubrawców”. Coś za coś.

    Odpowiedz

  2. bisnetus

    11. maja 2015,  godz. 14:47

    @Andrzej

    Niestety ludziom nie kapującym systemów wyborczych trzeba bez ustanku tłumaczyć, że nie można oceniać kota po tym czy szczeka czy nie szczeka, a psa po tym czy dobrze czy źle miauczy. Bo w naturze kota nie jest szczekanie a w naturze psa nie jest miauczenie.

    Podobnie jest z systemami proporcjonalnymi i większościowymi. W systemie trzeba zdobyć głosy większości wyborców w terenie i tylko większość zdobyta w gminie lub w powiecie się liczy czyli przez żywych wyborców w żywym terenie a nie jakieś poglądy wygenerowane w sposób proporcjonalny w telewizji. I to jest wyższość systemów większościowych. Reprezentujesz większość wyborców w terenie to jesteś i się liczysz. Reprezentujesz tylko siebie, woje talenty krasomówcze i błazeńskie w BBC a nie masz nikogo w terenie, kto może zdobywać większość wyborców to ciebie nie ma w politycy. Miejsce dla takich ludzi jest w kabaretach, w tołszołach, w teatrach a nie w polityce. I tak jest dobrze dla państwa, dla wyborców i dla polityki. Bo poważną politykę mogą robić tylko poważni liderzy na poziomie centralnym wsparci przez setki i tysiące poważnych liderów regionalnych i lokalnych mających żywy kontakt z obywatelami i realne poparcie realnych obywateli. Tylko takie organizacje mają kompetencje i legitymizację do rządzenia dużym krajem. Pajace, wodzireje, showmani mogą może i zdobywać dużą popularność w telewizji. Ale to są indywidualności, które nie mają w zapleczu i nie reprezentują żadnych ludzi i tacy nie mają kompetencji, aby dużymi państwami rządzić. Jak taki się dostaje do władzy to właśnie zaczyna się nieszczęście. Bo jako premier może tylko pajacować, udawać premiera i ludzi na piękne oczy czarować. Absolutnie nic więcej.

    W Polsce mamy takie nieszczęście, bo partie wykreowane w telewizji nie mają w ogóle ludzi, kompetencji i legitymizacji by rządzić dużym krajem. Oprócz gry pozorów i cyrku nie są w stanie niczego zaprezentować. I udają teoretyczne rządy i teoretyczną opozycję w państwie istniejącym tylko teoretycznie.

    Odpowiedz

  3. Andrzej

    11. maja 2015,  godz. 10:40

    Jednak nie do konca autor ma racje. A mianowicie stwierdzil:
    Egzystująca na fali wznoszącej Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa uzyskała niewielką liczbę mandatów w Izbie Gmin. Jak to interpretować? Ano zwyczajnie. Jest to wymowne świadectwo tego, że nie jest przez większość Brytyjczyków akceptowana.
    Powyzsze stwierdzenie ma sie nijak do aktualnych liczb. Otoz taka partia Ulsteru SDLP zdobyla 4 miejsca w parlamenie zbeirajac 99k glosow, natomias wspmniana Partia Niepodlegosci UK dostala tylko jedno miejsce zbierajac 3.8mln glosow

    Odpowiedz

  4. Zdzisław Ilski

    08. maja 2015,  godz. 19:05

    Myślę, że wielu Brytyjczyków ucieszy fakt, że nie potwierdziły się wyniki sondażowe. W nich konserwatyści mieli mieć 316 mandatów, a mają 331. Będą mogli rządzić samodzielnie. Oznacza, że Brytyjczycy odrzucają eksperyment z koalicyjnością rządów, że wracają do bardziej komfortowej dla nich sytuacji rządów jednej partii: wiedzą kto rządzi, jaki program realizuje i kogo rozliczać. Niestety, nie jest przesądzone na jak długo jeszcze formuła rządów jednopartyjnych u nich się utrzyma.
    Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa i partia demokratycznych liberałów muszą popracować, ale nie w mediach, tylko wśród ludzi, bo to jedyna droga odzyskania zaufania.
    N. Farage pomylił się licząc na to, że jak jest postacią medialną, to mandat ma zapewniony. Jak widać, nie dzieje się to automatycznie. Trzeba zbudować porozumienie i zyskać uznanie na samym dole społeczeństwa, wśród ludzi. Po jego porażce osobistej widać, jak silny jest mechanizm selekcji w JOW i ile pracy trzeba włożyć, żeby tam wygrać.
    Partie demokratyczne, dobrze zorganizowane, zakorzenione w społeczeństwie są potrzebne. Ale byty autonomiczne, oderwane od ludzi, kolonizujące państwo i żerujące na nim i na finansach publicznych to już nie.

    Odpowiedz

  5. Zbigniew

    08. maja 2015,  godz. 15:16

    Ależ oczywiście, że tak na dobrą sprawę wszelkie „partie” są NAM, WYBORCOM zbędne. Jako wyborcę interesuje mnie, czy mój przedstawiciel będzie moim głosem w Sejmie – a nie to, czy on reprezentuje jakąś „linię partyjną”.
    Członkowstwo w partiach zaczęło być obecnie traktowane jako „zawodowstwo”. A skoro taki „członek” z czegoś przecież też żyć musi – a najczęściej nie ma ochoty żyć przeciętnie, tylko mocno powyżej przeciętnej (no jakoś tak się składa, nieprawdaż?) – to nieuchronnie oznacza to korupcję, w najszerszym tego słowa znaczeniu.

    Partie może spełniały jakąś rolę – jako „ośrodki myśli politycznej” – ze 100 lat temu, a obecnie, w epoce Internetu, do wymiany poglądów wystarczające są fora dyskusyjne.

    Odpowiedz

  6. bisnetus

    08. maja 2015,  godz. 15:01

    Kiedyś Partia Konserwatywna liczyła 1,9 miliona członków. Partia Pracy natomiast jeszcze więcej a wliczając zbiorowe członkostwo Związków Zawodowych chyba z 6 czy 7 milionów.

    Niestety w ostatnich dziesięcioleciach nastąpił gwałtowny spadek popularności, w tym liczebności partii politycznych. Cameron obejmując władzę w partii miał około 300.000 członków i obiecał odrodzenie i odbudowę partii, także poprzez otworzenie się na nowe środowiska. Niestety zajął się tym w bardzo głupi sposób ogłaszając, że „właśnie dlatego, że są konserwatystami są za homoseksualnymi małżeństwami”. Otrzymał przez to światowy poklask środowisk liberalnych, ale konserwatystom brytyjskim było tego za wiele i zagłosowali na nową politykę nogami. Partia konserwatywna ledwie się pozbierała z tego kryzysu.

    A kryzysie partii politycznych na całym zachodzie można sporo mówić, ale faktem jest, że wraz z osłabianiem się partii, ich karłowaceniem się i zanikiem powszechności z odwrotnie proporcjonalną częstością pojawiają się głosy o … wprowadzaniu proporcjonalnych lub podobnych ordynacji wyborczych (również obok wezwań do budżetowego finansowania partii politycznych). To zjawisko widoczne jest również w WB. Na całe szczęście wyborcy mają jeszcze coś w WB do powiedzenia i pomysłom tego tylu się przed 4 laty zdecydowanie przeciwstawili. Partie powinny się postarać odrodzić swoją powszechność i zakorzenienie a nie zamieniać demokrację w kastowość partyjną i w mediokrację sondażową. Bo tak się nie odnowi systemu demokracji, lecz się go ostatecznie pogrąży w czeluściach fasadowości. Partie muszą być albo powszechne i reprezentować poważne grupy ludności, albo są najzwyczajniej niepotrzebne. Skora partie nie stanowią już wartości dodanej, to lepiej żeby niezależni byli wybierani i niech się dogadują ze sobą poza partyjnymi strukturami. Tak demokracja też może świetnie działać nawet gdy decyzje będzie się podejmować nieco wolniej. Natomiast towrzenie kastowych i wyalienowanych systemów partyjnych nie pomaga demokracji lecz jest krokiem w kierunku dyktatury i ostatecznego upadku demokracji. Demokracja nie może polegać na chodzeniu na skróty i na łatwiznę. Na kryzysy należy reagować kreatywności i inteligencją a nie tworzeniem wyalienowanych systemów mafijnych.

    Odpowiedz

Skomentuj