Jan Kowalski ubiega się o mandat poselski


Jan Kowalski, któremu kibicujemy w staracie do Sejmu, musiał już pokonać wiele formalnych przeszkód wyborczych. Pierwszą, gdy komitet wyborczy, do którego zgłosił swój akces, musiał zebrać 1000 podpisów, bez których ani rusz. Drugą, gdy ten komitet został postanowieniem PKW przyjęty, co nie było sprawą obligatoryjną. Trzecią, gdy pełnomocnik wyborczy, umieścił Jana Kowalskiego na liście wyborczej i czwartą, gdy ten komitet uzyskał pod listą 5000, dobrych według PKW, podpisów.


Teraz nastąpi przedostatnia przeszkoda wyborów, zakończona głosowaniem. W Warszawie wystartuje 261 kandydatów, a od każdego udającego się do urny wyborczej będzie się liczył tylko jeden krzyżyk wyborczy. To dopiero będzie problem dla wyborców, komu go postawić?

 

Ostatnią przeszkodą do pokonania nie będzie osobisty wynik Jana Kowalskiego, ale suma głosów jaką uzyska jego cała lista. Jeśli wyniesie min. 5 % w skali kraju, wówczas głosy na Kowalskiego ubiegającego się o mandat będą brane pod uwagę. Jeśli nie to wszystko przepadnie. Czyli wracamy do punktu wyjścia biegu z przeszkodami. Nie człowieka wybieramy w pierwszej preferencji, ale całe komitety. Gołym okiem widać, że te partyjne, startujące w całym kraju są uprzywilejowane w stosunku do obywatelskich, lokalnych. Kłania się brak równości wyborczej zagwarantowanej naszą Konstytucją (art.96 ust.2).

 

Jak to jest, że w takiej Wielkiej Brytanii w wyborach nie ma żadnych komitetów, żadnych komisji, a do tego jeszcze państwowych. Wyborcy wybierają konkretnego z krwi i kości człowieka, a nie partie. Kandydat zgłasza się do wyborów sam, jest ich dosłownie kilku (średnia z czterech ostatnich wyborów parlamentarnych wynosi 5,4 kandydata na okręg). Wygrywa ten, który uzyska najlepszy wynik. Nie obowiązują, jak to jest u nas, przeliczniki głosów na mandaty, które mało kto rozumie (jakiś system d’Hondta). O tym, która partia wygra wybory decyduje tam suma zwycięstw indywidualnych z każdego okręgu. Wielka Brytania i jej demokracja od tej techniki wybierania pierwszego na mecie nie upada, a wręcz przeciwnie ma się całkiem dobrze. Mało tego, 5 maja Brytyjczycy mieli referendum (drugie w swej historii, po akcesyjnym do Unii Europejskiej) na temat zmiany ordynacji wyborczej. 70% obywateli powiedziało NIE. Chcemy tak wybierać swoich przedstawicieli do parlamentu jak dotychczas, w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW), prosto, jasno i powszechnie zrozumiale.

 

Pomyślmy i my o tym poważnie, bo to my jeździmy do Albionu za chlebem i na studia, a nie oni do nas.

 

Mariusz Wis – prezes Fundacji im. J. Madisona Centrum Rozwoju Demokracji

 

*Artykuł opublikowała warszawska gazeta "Południe"

 

 

 

Skomentuj