/Co widzi, a czego nie „Gazeta Wyborcza”?

Co widzi, a czego nie „Gazeta Wyborcza”?

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Renata Beger, która z pomocą TVN-u nagrała Adama Lipińskiego i Wojciecha Mojzesowicza w krępującej sytuacji politycznej, sama została nagrana i nagranie to każdy może obejrzeć na stronie "Gazety Wyborczej". Nie jestem miłośnikiem "Gazety Wyborczej", ale pozostaję pod wrażeniem tego, co przeczytałem w piątkowym wydaniu z 28 września 2007 r. i co udało się sfilmować dziennikarzom tej gazety. Chodzi o rozmowę między Renatą Beger, a Renatą Jankowiak i wcale nie najmocniejszy jest ten fragment, którym najbardziej podniecały się media (wątek lewych podpisów), ale ten, który przytoczę:

Beger narzeka, że brakuje dużo podpisów. Jankowiak tłumaczy, że nie jest lubiana przez partyjne doły. Wtedy posłanka Samoobrony proponuje Jankowiak start w wyborach (dzień przed zamknięciem list): – Niech pani zbiera na siebie te podpisy, to podniesie nam liczbę głosów w wyborach.
Jankowiak: – Z którego miejsca? 13?
Beger (chwilę myśli): –Mogę pani dać, nie wiem. Szóste, ósme?
Jankowiak: – Z trzeciego.
Beger wybucha śmiechem: – Pani Reniu, na trzecie to trzeba mieć pieniądze.
Tu wtrąca się mąż Beger: –Żeby tam, do Warszawy wpłacić.

Cóż, widocznie coś jest w tej kolejności na listach wyborczych, skoro tak trzeba tutaj walczyć. "Gazeta Wyborcza" z tego samego dnia donosi np., że na polecenie władz centralnych LiD z pierwszego miejsca w okręgu katowickim skreślony został Zbigniew Zaborowski, a zastąpił go nie zamieszkały nawet w okręgu Andrzej Celiński, na którego miejsce na liście wyborczej lokalne struktury nie miały wpływu. Telewizja Publiczna podała nawet, że Zaborowski zrezygnował sam, po tym jak dowiedział się, że nie wystartuje z pierwszego miejsca na liście wyborczej. W tym samym jednak numerze "GW", co wspomniane artykuły, jest i inny artykuł z wątkiem wyborczym, który z całą pewnością nie świadczy już dobrze o rzetelności dziennikarskiej. Pisze Jarosław Kurski:

Po zwycięstwie "Solidarności" postanowiliśmy zachować tytuł "Wyborcza", by pokazać, że pozostajemy wierni wyborowi z 4 czerwca 1989. […] By 18 lat temu opowiedzieć się na rzecz wolności, a przeciw komunie, wystarczyło wrzucić do urny głos. Ale do pierwszych wolnych wyborów w Polsce – o czym dziś się zapomina – poszło jedynie 63% uprawnionych do głosowania!

"Gazeta Wyborcza" uważa wybory z 1989 r. za pierwsze demokratyczne wybory! Ale w tych pierwszych wolnych wyborach, wg "GW", 65% miejsc w Sejmie na skutek porozumienia Okrągłego Stołu z góry zapewnione mieli komuniści, o czym "Gazeta Wyborcza" nie chce pamiętać. Zarówno formuła tych wyborów, jak i emocjonalne odrzucenie PZPR-owskiej listy krajowej, były zaś kwitowane przez Michników i Geremków stwierdzeniem, że umów trzeba dotrzymywać.

Warto więc przypominać obiektywnie te okoliczności historyczne, chociażby po to, aby nie dać sobie wmówić kwestii o rzekomej niedojrzałości społeczeństwa, które po prostu w znacznej części nie chciało na takich zasadach głosować (i tak było wiadomo, kto będzie miał większość). Mogłoby to być też wstępem do ożywionej debaty na temat jak wykorzystaliśmy to 18-lecie i dlaczego dzisiaj tak znaczna część społeczeństwa nie chce głosować na dotychczasowych, często przecież zmienianych, ale widocznie bezskutecznie, zasadach.

Sondaże stale pokazują poparcie dla JOW powyżej 70%, zebrano już prawie milion podpisów pod referendum w tej sprawie, a premier, który w spocie telewizyjnym chwali się: robimy to, czego chcą Polacy, ani myśli o tym referendum. Platforma Obywatelska nawet nie potrafi teraz tego przypomnieć i odegrać rolę konstruktywnej opozycji, zaś odgrywa rolę głupkowatej opozycji, wywieszając drogie billboardy na koszt podatników z napisem rządzi PiS, a Polakom wstyd, pod którymi wstyd się jej nawet podpisać, a po powyborczym sojuszu z LiD-em i "Gazetą Wyborczą" ostatecznie by o JOW zapomniała.

Nie wystarczy zatem, jak "Gazeta Wyborcza", opisywać patologie obecnego systemu (skądinąd charakterystyczne dla III RP, której "GW" broni) czy nawet je nagrywać – trzeba też pomyśleć o lekarstwie na te choroby i zerwać z patologią list partyjnych. A jak głębokie są to choroby świadczą nie tylko ostatnie nagrania "Gazety Wyborczej" czy taśmy Beger sprzed roku, ale i chociażby treść niedawnej skargi do Rzecznika Praw Obywatelskich, bo okazuje się, że dotychczasowe ordynacje list partyjnych w Polsce nie tylko sprzyjają korupcji politycznej i destabilizują rządy w państwie, ale i naruszają nasze bierne i czynne prawo wyborcze. Polecam więc lekturę odpowiedniej skargi w tej sprawie wraz z życzliwą odpowiedzią Rzecznika Praw Obywatelskich dra Janusza Kochanowskiego: http://jow.pl/?q=node/116

Jeśli naprawdę zależy nam na Polsce, musimy zdać sobie sprawę, że jaka ordynacja, tacy politycy. W przypadku jednomandatowych okręgów wyborczych mobilizująca jest już sama osobista odpowiedzialność i możliwość łatwej utraty mandatu w przypadku ujawnienia jakiegoś skandalu. Nieprzypadkowo np. w Stanach Zjednoczonych skompromitowany senator czy skompromitowany kongresman to polityk bez przyszłości politycznej. Czy Amerykanie lub Brytyjczycy mieliby być mądrzejsi od nas? Nie sądzę (a kto był w Ameryce, to wie). Problemy polskiej demokracji to nie jest kwestia mniejszej dojrzałości politycznej Polaków, ale wadliwej ordynacji wyborczej, która nie pozwala obywatelom wyłonić właściwej reprezentacji (a czy 18 lat to za mało, aby społeczeństwo dojrzało?). Odnoszę czasem wrażenie, że mamy bardziej dojrzałe społeczeństwo niż polityków. Powód jest oczywisty.

Praktyka funkcjonowania jednomandatowych okręgów wyborczych pokazuje, że aby zdobyć mandat potrzeba co najmniej 30% głosów w okręgu, podczas gdy u nas w ostatnich wyborach 2/3 posłów nie zdobyło nawet 1%, a wielu z nich nawet tysiąca głosów. Nieprzypadkowo prof. Zbigniew Brzeziński nazwał kiedyś obowiązujący w Polsce system wyborczy najgorszym i najgłupszym na świecie. Podsumował tak system, który nie dość, że nie wyłania stabilnego rządu, to jeszcze promuje miernotę i sprzyja korupcji politycznej przy ustalaniu list. Skutki takiego systemu widzieliśmy m.in. jako tzw. taśmy prawdy, które zdaniem prezydenta pokazały tylko jak wyglądają w Polsce normalne negocjacje polityczne. No, jeśli tak ma wyglądać norma, to wciąż jesteśmy w III Rzeczypospolitej, a premier nie ma prawa mówić o czwartej!

Aby żyć w silnym państwie, w którym za rządzących nie trzeba się wstydzić, musimy opowiedzieć się za IV RP i głęboką reformą ustrojową. Jednak tego już "Gazeta Wyborcza" nie widzi…

About Krzysztof Kowalczyk

uczestnik Ruchu JOW od 2007 r.; wiceprezes okręgu lubelskiego Stowarzyszenia na rzecz Nowej Konstytucji Kukiz'15