/Polska demokracja fasadowa

Polska demokracja fasadowa

(artykuł został napisany specjalnie dla Polonii)

Przedstawiciele Niezależnego Zrzeszenia Studentów, Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy na czele z przewodniczącym Krzysztofem Bukielem, przedstawiciele samorządów z całej Polski z Prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem na czele, mieszkańcy wielu miast w tym: Wrocławia, Koszalina, Lublina, Katowic, Krakowa, Nysy, Rzeszowa, Gdańska, Poznania i Warszawy zebrali się pod Kolumną Zygmunta na Placu Zamkowym w Warszawie 11 października. Wszyscy zjednoczeni pod jednym hasłem: żądamy wprowadzenia w Polsce prawdziwie demokratycznej ordynacji wyborczej opartej o okręgi jednomandatowe. Na czele marszu niesiono transparent wysłany z Nowego Jorku przez Stowarzyszenie Demokracja USA. Obecni byli również Przedstawiciele Polonii. Nad głowami uczestników latał sterowiec z linkiem do strony głównego organizatora marszu Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych: www.jow.pl

Ruch od kilkunastu lat domaga się wprowadzenia reguły pochodzącej z krajów anglosaskich: First takes all. Według tej ordynacji Polska przy wyborach do Sejmu miałaby być podzielona na 460 okręgów wyborczych. Z każdego okręgu wybierany byłby tylko jeden poseł. Obecnie w Polsce obowiązuje ordynacja proporcjonalna. Okręgi są duże (wielkości ok. 1 mln mieszkańców), a z każdego wybiera się kilkunastu posłów. Przed wyborami liderzy partii wyznaczają kandydatów i porządkują ich na liście w kolejności im odpowiadającej. Każda partia może wystawić kilkudziesięciu kandydatów, w konsekwencji wszystkich kandydatów w okręgu jest kilkuset! Wyborca nie może poznać każdego, dlatego najczęściej nie zastanawia się nad osobą lecz głosuje na partie. Zaznacza nazwisko pierwszych z listy. Ci zamieszczeni na pozycjach 10 – 25 mają nikłe szansę na mandat. Dlatego można powiedzieć, że w Polsce wybory mają dwie tury. Pierwsza i najważniejsza odbywa się w zaciszu gabinetów. Kilku liderów naznacza kolejnych przyszłych posłów. Nadaje numerek kandydatowi, który ma zasadniczy wpływ na późniejszy wybór. Druga jest jedynie oddaniem głosu z góry sugerowanego przez partie. Zatem wybory w Polsce jedynie służą legitymizacji patologicznego partyjnego systemu. Polakom odebrano bierne prawo wyborcze. Kandydować i mieć szansę na bycie wybranym mają tylko ci, którzy służą partii lub mają w niej kontakty i znajomości. Bezpartyjni działacze społeczni zepchnięci są na margines. Nawet, jeżeli w swoim okręgu byliby tak popularni, że zdobyliby wszystkie głosy i tak nie przekroczyliby 5% progu wyborczego w kraju. Zatem mechanizm partyjny często wpycha na świeczniki ludzi słabych, bez inwencji, ludzi nieuczciwych i niemających pojęcia o rzeczywistych potrzebach społeczeństwa.

Ruch na rzecz JOW zorganizował setki konferencji, odczytów, wydał dziesiątki publikacji. Jednak nie odniósł sukcesu ponieważ politycy tak dobrze czują się w obecnym systemie, że nie myślą oddawać władzy w ręce ekspertów i społeczników. Dla rządzącej Platformy Obywatelskiej JOW był jedynie hasłem, na którym zbudowała swój kapitał polityczny. Szybko okazało się, że wycofała się z tego postulatu rzekomo z powodu braku zgody koalicjanta (PSL). W rzeczywistości z góry zapewne zakładała, że JOW nie wprowadzą. Zatem kolejna partia po raz kolejny oszukała wyborców, jednak nie poniesie konsekwencji, gdyż w obecnym systemie politycy czują się bezkarni. Zapomnieli już o słowie odpowiedzialność. Od wyborów w 1989 r. partie spełniły zaledwie kilkanaście procent swoich przedwyborczych obietnic. Najlepszym dowodem na to, że PO wykorzystała jedynie postulat JOW jest fakt, że na marszu nie był obecny ani jeden jej lider. Żaden z posłów nie pofatygował się nawet by wyjść z Sejmu do manifestujących. Poziom ignorancji społeczeństwa przez elity polityczne osiągnął już stan nie do zniesienia. Jedynym przedstawicielem władzy, który wyszedł do manifestantów był Szef Kancelarii Prezydenta RP Pan Piotr Kownacki. Powiedział, że Pan Prezydent docenia działalność Ruchu na rzecz JOW i jest za przeprowadzeniem ogólnopolskiej debaty o kształcie ordynacji wyborczej.

Zwolennicy JOW w Polsce mają nadzieję, że zmiana ordynacji zmniejszy nieograniczony wpływ partii na życie społeczne, ustabilizuje władzę i zwiększy odpowiedzialność polityków przed wyborcami.

Najbardziej budująca w marszu była liczna obecność młodych ludzi, studentów. Zwłaszcza członków Niezależnego Zrzeszenia Studentów. W kwietniu 2007 r. Zarząd Krajowy NZS, pierwszej po wojnie niezależnej organizacji studenckiej znanej ze swej walki z komunizmem wydał oświadczenie popierające ideę wprowadzenia JOW. Zostało one odczytane na międzynarodowej konferencji na Katolickim Uniwersytecie Lubelskiem. Później powstała strona internetowa www.jednomandatowe.pl studenci organizowali happeningi, szkolenia, konferencje, wydają gazetkę "Ordynacja" pod red. Krzysztofa Kowalczyka. Do akcji przyłączyło się wiele znanych autorytetów. Postulat JOW poparła Pomarańczowa Alternatywa. Sam marsz był zwieńczeniem tych wszystkich działań.

Pod Sejmem i Pałacem Prezydenckim demonstranci wznosili okrzyki: Jeden poseł, jeden mandat to jest demokracji standard! czy Partie to mafia, szlag nas trafia!. Mimo ważnej sprawy, o którą się upominano się po raz kolejny zwolennicy JOW spotkali się z zupełną ignorancją nie tylko polityków, ale również mediów. Kilka jedynie z nich podało lakoniczną notatkę Polskiej Agencji Prasowej. Wyraźnie widać, że od lat media uzależnione od polityki traktują JOW jako temat tabu. Samo wspomnienie tego hasła występuje bardzo rzadko, a nigdy nie zdarza się wyjaśnienie na czym JOW polega i dlaczego tylu obywateli, zwłaszcza wybitnych domaga się jego wprowadzenia. Stowarzyszenie Demokracja USA zwróciło się do Rektora Uniwersytetu Warszawskiego z prośbą o zamieszczenie informacji o marszu w rozgłośni akademickiej UW. Rektor odpisał, że nie wyraża zgody, bo radio nie zajmuje się polityką. Zatem kuźnia kadr przyszłych wysokich urzędników państwowych nie wyraża zainteresowania fundamentem demokracji jakim jest ordynacja wyborcza. Paradoks godny zastanowienia.

Obecna ordynacja partyjna została narzucona Polakom postanowieniami wynikającymi z czasów Okrągłego Stołu. Jednym z punktów kompromisu ludzi Solidarności z działaczami PRL była ordynacja, w której partia wodzowska jaką była PZPR, a później jej następcy ma szansę na zdobycie mandatów. W wolnych, większościowych wyborach komuniści nie mieliby szans, to pokazały wybory do Senatu w 1989 r., w których Solidarność zdobyła 99% głosów.

Można zatem przyjąć, że obecny ustrój w Polsce, choć na pewno bardziej wolny od poprzedniego nie jest jednak demokratyczny. Można go określić mianem postkomuny. Ni to totalitaryzm ni demokracja. Wybory owszem są, ale nie ma powszechnego biernego prawa wyborczego i prawdziwego wyboru, wolne media owszem są, ale ich wolność polega jedynie na większym ich zróżnicowaniu, czasem opartym o prymitywizm i ignoranctwo, na pewno nie na pełnej wolności słowa, wiele do życzenia pozostawia nadal stan wymiaru sprawiedliwości.

Demokracja fasadowa obowiązująca obecnie w Polsce nie ma nic wspólnego z prawdziwą demokracją. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że ten stan utrzyma się jak najkrócej, gdyż każdy dzień trwania w nim jest ze stratą dla Polski. Jak szybko uda się usprawnić ustrój Polski, to zależy wyłącznie od każdego z nas.