/Dudek: Wybory znów nie wyłonią zwycięzcy

Dudek: Wybory znów nie wyłonią zwycięzcy

Historyk dla "Faktu"
2007-09-06 01:46

Z systemem politycznym jest jak z samochodem. Ważne jest, kto go prowadzi… Przedterminowe wybory, jeśli do nich rzeczywiście dojdzie, mogą doprowadzić do kolejnej zmiany kierowcy, ale ustrojowy pojazd, którym Polacy podróżują od kilkunastu lat, raczej pozostanie bez zmian – pisze w "Fakcie" historyk, dr Antoni Dudek.

Niewiele bowiem wskazuje na to, by po wyborach udało się stworzyć koalicję zdolną do uchwalenia – większością dwóch trzecich – nowej konstytucji, która wraz z radykalną zmianą ordynacji wyborczej pozwoliłaby nam dokonać zmiany ustrojowego wehikułu zbudowanego na początku minionej dekady. W 1990 r. uwagę opinii publicznej przykuwała "wojna na górze" między zwolennikami Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego, a następnie jej rozstrzygnięcie w wyborach prezydenckich. Obaj ci politycy są już od lat na marginesie sceny politycznej, ale po ich konflikcie Polska otrzymała w spadku rozstrzygnięcie ustrojowe, które jeszcze przez długie lata będzie rzutowało na kształt naszej polityki, a mianowicie zasadę obsadzania urzędu prezydenta w wyborach powszechnych.

Jak trafnie zauważył już przed laty Jan Rokita, taki właśnie model prezydentury został "wymyślony na doraźne potrzeby polityczne w obozie wyborczym kandydata na prezydenta z roku 1990 Tadeusza Mazowieckiego", a jego konsekwencją było powstanie urzędu "o znaczących uprawnieniach rządowych, któremu przeciwstawiony został pochodzący z nadania parlamentarnego premier". W ten sposób powstała, jak ją nazwał Rokita, reguła dwugłowej egzekutywy, której nie zmieniła ani mała konstytucja z 1992 r., ani też obowiązująca po dzień dzisiejszy ustawa zasadnicza z 1997 r.

Polacy polubili wybory prezydenckie, czego dowodzi najwyższa – na tle innych głosowań – frekwencja, a także powszechne – choć konstytucyjnie słabo uzasadnione – przekonanie, że prezydent jest ważniejszy od parlamentu i rządu. Znakomicie było to widoczne w trakcie podwójnej kampanii w 2005 r., w której wybory parlamentarne stanowiły ledwie rozgrzewkę przed walką o pałac prezydencki. Reguła "dwugłowej egzekutywy" sprawia, że choć Polska ma parlamentarno-gabinetowy system rządów, to nieustannie pada nań długi cień prezydenta wybieranego przez ogół obywateli.

Dziś, za sprawą unikalnej sytuacji, w której bracia bliźniacy pełnią funkcję szefa rządu i głowy państwa, nie ma to znaczenia, ale jeśli po wyborach premierem zostanie np. Donald Tusk, to szybko będziemy świadkami kolejnej wojny dwóch pałaców, którą mogliśmy obserwować przy okazji zmagań prezydentów Wałęsy i Kwaśniewskiego z kolejnymi premierami. Logicznym rozwiązaniem tego problemu byłaby albo rezygnacja z wybierania prezydenta w wyborach powszechnych i konstytucyjne ograniczenie jego kompetencji do funkcji czysto reprezentacyjnych (jak w Niemczech), albo też – co wydaje się dla Polski korzystniejsze – ustanowienie systemu prezydenckiego, w którym głowa państwa jest równocześnie szefem rządu (jak w USA).

Systemu prezydenckiego jak ognia boi się jednak większość polskich polityków. Powód jest prosty. Przy jego zastosowaniu spadłaby rola parlamentu, który wprawdzie dalej uchwalałby ustawy i budżet, ale nie miałby już wpływu na skład rządu. Automatycznie znikłoby upiorne widmo pogrążonych w nieustannych konfliktach rządowych koalicji, które skutecznie zatruwają polskie państwo od kilkunastu lat.

Większość polityków boi się też innego rozwiązania, które dawałoby szansę – choć już bez stuprocentowej gwarancji, jak w przypadku systemu prezydenckiego – na stworzenie stabilnego rządu. Jest nim rezygnacja z obowiązującej od chwili narodzin III RP proporcjonalnej ordynacji wyborczej i zastąpienie jej ordynacją większościową. Wprawdzie od kiedy w 1993 r. wprowadzono pięcioprocentowy próg wyborczy, liczba ugrupowań obecnych w Sejmie spadła z 24 (tyle ich było po wyborach w 1991 r.) do pięciu lub sześciu, ale i tak od dziesięciu lat żadna koalicja rządowa nie przetrwała pełnej kadencji parlamentu.

Przy zastosowaniu jednomandatowych okręgów wyborczych, stanowiących podstawę ordynacji większościowej, liczba ugrupowań obecnych w Sejmie spadłaby do dwóch lub maksymalnie trzech i wreszcie pojawiłaby się szansa na jednopartyjny rząd większościowy, którego szef nie mógłby zrzucać odpowiedzialności za swoje porażki na fatalnych koalicjantów.Jednomandatowe okręgi są jednak niewygodne zarówno dla partyjnych liderów, jak i dla tych polityków, którzy mają problemy z osobistą popularnością, a swoją pozycję zawdzięczają łasce tych pierwszych, zapewniających im tzw. mandatowe miejsca na listach wyborczych.

 W systemie większościowym liczą się bowiem tylko ci politycy, którzy potrafią wystąpić w roli autentycznych lokomotyw wyborczych i zdobywają największą liczbę głosów w swoim okręgu. W tym systemie każdy partyjny lider musi się liczyć z ich zdaniem, a równocześnie nie ma on szansy na wepchnięcie na ich grzbiecie do Sejmu swoich protegowanych.

Wszystko to nie znaczy, że nie warto iść na wybory, bo – jak uważa mniej więcej połowa Polaków, którzy stale nie głosują – nic one nie zmienią. Jest dokładnie odwrotnie, bowiem każdy nowy parlament to kolejna szansa na wyjście z ustrojowego klinczu. Jeśli zaś nawet obecni politycy nie będą nas w stanie przenieść z przechodzonego malucha do jakiegoś solidniejszego pojazdu ustrojowego, to warto pamiętać, że poszczególni kierowcy, których wybieramy co kilka lat, różnią się od siebie umiejętnościami i nie byłoby dobrze, gdybyśmy trafili na takiego, który zapewni nam wszystkim bliskie spotkanie z najbliższym drzewem.