Autorytet Sejmu spada z kadencji na kadencję, obniża się też jakość stanowionego tam prawa. Jednak prawdziwą miarą fasadowości demokracji III RP (czy raczej partiokracji) jest to, że od 3 lat mimo odpowiedniej liczby zebranych podpisów nie można doprosić się referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych. Jest to pogwałcenie nie tylko elementarnych zasad i praw obywatelskich, jakie powinny obowiązywać w cywilizowanej demokracji, godne zaskarżenia nawet do Strasburga, ale i pogwałcenie konstytucji, w której jest zapisane m.in.: Obywatel polski ma prawo udziału w referendum, Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. Gdyby posłowie naprawdę byli reprezentantami narodu, nie uchwaliliby prawa, w którym Sejm może mieć za nic wnioski obywateli, nawet gdyby zebrano milion czy dwa miliony podpisów. Gdyby Jerzy Stępień naprawdę był niezależnym sędzią Trybunał Konstytucyjny już dawno by się tym zajął.

Dziś politycy, którzy powinni o tym mówić, milczą, bo mają w tym swój interes, ale my milczeć nie będziemy. Tym bardziej, że temat JOW, i referendum w sprawie JOW, jest praktycznie nieobecny w polskich mediach, w tym w telewizji publicznej, która publiczna jest bardziej z nazwy. Kiedy przedstawiciele Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych chcieli debaty na temat JOW Bronisław Wildstein odpowiedział, że jest to sprawa polityczna, a nie publiczna. Jak nie publiczna? Czy sprawa, pod którą zebrano prawie milion podpisów, nie może być publiczna? A to, że większość tych podpisów zebrała PO, tym bardziej tę partię do czegoś obliguje, przynajmniej do uszanowania wysiłku tych, którzy te podpisy zbierali. Tymczasem obserwuję – i to mnie niepokoi – jak sami członkowie PO, uczestnicy zbierania podpisów za JOW, muszą teraz w internecie odpowiadać na zarzuty, że PO tak naprawdę niczego nie forsuje i o nic się nie upomina. Milczenie liderów PO teraz, w tej sprawie, jest doprawdy zastanawiające i wygląda na to, że gdyby tylko była taka sposobność, najchętniej przechytrzyliby społeczeństwo.

Tymczasem TVP swym milczeniem najlepiej służy właśnie politykom, a nie społeczeństwu. Przedstawiciele PO, PiS-u i innych partii mogą o zebranych podpisach nawet zapomnieć. Jeśli politycy czegoś nie widzą, bądź nie chcą widzieć, to o tym nie będą mówić i tego w TVP nie będzie. A nasi politycy wyraźnie czegoś nie chcą – nie chcą, aby nowe wybory odbyły się w jednomandatowych okręgach wyborczych.

Również informacje o reformatorskich próbach prezydenta Basescu w Rumunii i wielotysięcznych manifestacjach z postulatem jednomandatowych okręgów wyborczych, o których trąbiono nawet na drugim końcu Europy, zostały w Polsce niemal zupełnie przemilczane. Było to działanie świadome i celowe. Mieliśmy prawo oczekiwać od prezesa Zarządu TVP Andrzeja Urbańskiego, że na czas pełnienia tej funkcji nie będzie politykiem. Podobnie teraz mamy prawo oczekiwać, że odpowie (choć już spóźniony) na skierowany do niego list otwarty w sprawie incydentu rumuńskiego i JOW. Chyba, że dalej telewizja publiczna ma być publiczna tylko z nazwy, przynajmniej jeśli chodzi o jej stosunek do jednomandatowych okręgów wyborczych. Bo to na pewno nie kwestia JOW jest niepubliczna – nie dla tych 75% obywateli, którzy ją popierają.

About Krzysztof Kowalczyk

uczestnik Ruchu JOW od 2007 r.; wiceprezes okręgu lubelskiego Stowarzyszenia na rzecz Nowej Konstytucji Kukiz’15

Skomentuj