Aby w pełni zrozumieć sens i znaczenie postulatu JOW trzeba się cofnąć do 1989 roku, a więc do początków tzw. transformacji ustrojowej. Procedura wyborcza oparta o system list partyjnych (tzw. ordynacja proporcjonalna) w dużych, wielomandatowych okręgach wyborczych była liną ratunkową, bez której pezetpeerowska nomenklatura nie miała szans przetrwania. Zwycięstwo w takich wyborach wymaga wielkich pieniędzy i rozbudowanych struktur w całym kraju, a tymi dysponowali wówczas jedynie spadkobiercy PZPR. W 1989 roku społeczeństwo polskie domagało się zerwania ze wszystkim, co wiązało się z komunizmem. 

        Rozumieli to doskonale negocjatorzy w Magdalence i przy Okrągłym Stole i stąd wzięła się farsa tzw. wyborów kontraktowych, a potem machinacje zapewniające wybór Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta państwa. Negocjatorzy zawarli pakt z komunistami i byle zdecydowani dotrzymać tego paktu bez względu na wolę obywateli. Pacta sunt servanda – grzmiał Bronisław Geremek, kiedy wyborcy, w emocjonalny sposób, odrzucili w całości pezetpeerowską listę krajową. W wyborach do Senatu, które jedynie miały charakter wolnych wyborów, mandat uzyskał tylko jeden przedstawiciel PZPR – Henryk Stokłosa. W pierwszych wyborach samorządowych: w całej Polsce kandydatów związanych z upadłym reżimem cięto bezlitośnie i jedynie w formie szczątkowej dostali się oni do organów samorządu terytorialnego. Było więc oczywistym, że tzw. wybory proporcjonalne stanowią rację stanu postkomunistycznej formacji.

        Ruch Obywatelski na rzecz JOW wyrósł nie tylko z przeświadczenia, że wybory w okręgach jednomandatowych są lepszym systemem wyborczym, który oferuje społeczeństwu mechanizm pozytywnej selekcji do elity politycznej, ale także z uświadomienia sobie, że jest to jedyna skuteczna droga do zdekomunizowania państwa i odcięcia pępowiny łączącej wolne i demokratyczne państwo z PRL. Świadomość tę miały (i mają) pookrągłostołowe elity polityczne i od 1989 roku robią wszystko, aby prawdę tę ukryć przed społeczeństwem i nie dopuścić do koniecznej reformy państwa.

        Jak można, w wolnym demokratycznym kraju, walczyć z postulatem wprowadzenia systemu wyborczego, jakim od ponad dwustu lat posługują się nasi najwięksi sojusznicy: Amerykanie, Anglicy, Kanadyjczycy, Francuzi itd., itp.? Jak przekonać Polaków, którzy z urodzenia niejako są anglo- czy amerykanofilami, że system wyborczy, działający tam nieprzerwanie od czasów Tadeusza Kościuszki, jest dla Polski zły i nie do przyjęcia?

        To trudne zadanie elity partyjne realizują przede wszystkim drogą nieustępliwej blokady tematu w mediach, uniemożliwiając – jak dotąd skutecznie – wszelką dyskusję publiczną i wyjaśnienie sprawy społeczeństwu, które przecież nie kończyło studiów politologicznych i ma prawo nie wiedzieć, jakie systemy wyborcze są stosowane w innych krajach i z jakimi skutkami? W tym wypadku postawa kolejnych ekip rządzących jest solidarna i niezmienna – bez względu na to, czy rządzi lewica czy prawica, postsolidarnościowcy czy postkomuniści, obojętnie czy na czele telewizji i radia stoją bohaterscy działacze opozycji czy nominaci pezetpeerowskich sekretarzy – temat ordynacji wyborczej jest trwale nieobecny w mediach.

        Jednak w wolnym kraju, w którym obowiązuje wolność słowa, zgromadzeń i innych swobód obywatelskich, blokada taka nie może być zbyt szczelna i coraz więcej Polaków dowiaduje się, że wybory można przeprowadzać inaczej, że obywatele w innych krajach mogą kandydować do parlamentu bez łaski i przyzwolenia partyjnych baronów, procedura wyborcza może być prosta i zrozumiała, a wybrani posłowie muszą się liczyć ze swoimi wyborcami, dbać o nich i reprezentować ich interesy. Wobec tego blokadę medialną uzupełnia się sprytną socjotechniką, która ma zniechęcić Polaków do oglądania się za innym sposobem wyłaniania elity politycznej. Przyjrzyjmy się temu, jakie chwyty znalazły tutaj zastosowanie.

        (1) Wywracanie kota ogonem, a więc straszenie nieuniknionym zwycięstwem postkomunistów w przypadku wprowadzenia JOW. Jakby to absurdalnie nie brzmiało, chwyt ten od początku stosują liderzy lewicy eseldowskiej. Rekord należy tu niewątpliwie do byłego sekretarza generalnego SLD Krzysztofa Janika, który miał czelność publicznie powiedzieć, że wprowadzenie JOW oznaczałoby zdobycie przez SLD co najmniej 420 mandatów! Ale inni nie pozostawali specjalnie w tyle. Pomysł polega więc na wpieraniu nam, że wyborcy polscy są durni i tak zsowietyzowani, że gdyby wyboru nie dokonali za nich partyjni liderzy, to na pewno głosy oddaliby na swoich wczorajszych komunistycznych panów! Aleksander Kwaśniewski wręcz oświadczył, że społeczeństwo polskie do takiej formy wyborów jeszcze nie dojrzało.

        (2) Ugrupowania po-solidarnościowe najchętniej przyjmują filozofię wyrażoną przez prof. Geremka: pacta sunt servanda – umów trzeba dotrzymywać! Dlatego oni wszyscy bardzo chcieliby wprowadzenia JOW, ale nie można tego zrobić, bo uzgodniona z Aleksandrem Kwaśniewskim konstytucja zawiera przykry zapis, że wybory do Sejmu mają być proporcjonalne i kropka. Natomiast konstytucji w żaden sposób zmienić się nie da, bo do tego potrzebna jest niewyobrażalna większość sejmowa, a tej nigdy nie będzie. Przecież bardzo chcieli JOW, wpisywali ten postulat zarówno do obywatelskiego projektu konstytucji, pod którym zebrano podobno ok. 2 milionów podpisów. Postulat JOW wpisany też został do programu wyborczego AWS. Jednak po objęciu władzy, AWS całkowicie zapomniał o JOW i dopiero pod sam koniec kadencji, kiedy rozpad AWS był już faktem, Jerzy Buzek, Marian Krzaklewski i inni, zaczęli wspominać publicznie, że to była ich propozycja programowa. W gruncie rzeczy podobnie przedstawia się sprawa z Platformą Obywatelską, która nawet zebrała ponad 750 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum, gdzie jednym z postulatów był JOW. Upłynęły już prawie trzy lata i nic się w tej sprawie nie dzieje. Na ostatniej konferencji prasowej (4 kwietnia) Donald Tusk oskarżył o to kolejnych marszałków Sejmu, którzy jakoby ignorują ten wniosek obywatelski. Trudno w to uwierzyć, zważywszy wielkość tej partii i liczbę posłów. W gruncie rzeczy podobnie zachowuje się i Samoobrona, która wpisała postulat JOW do swojego programu już ponad 10 lat temu.

        (3) W takiej sytuacji pewne novum stanowi postawa braci Kaczyńskich, którzy, w odróżnieniu od liderów innych partii, otwarcie głoszą, że postulat JOW jest szkodliwy, a nawet, że taki sposób wyboru jest niedemokratyczny.

        To otwarcie wrogie stanowisko Prezydenta i Premiera jest zarówno zaskoczeniem dla zwolenników JOW, jak i działa w sposób demobilizujący. Albowiem większość dotychczasowych uczestników Ruchu wywodzi się z opozycji antykomunistycznej i wiąże z osobami Lecha i Jarosława Kaczyńskich, z hasłem IV Rzeczypospolitej, najróżniejsze nadzieje. Stąd głoszenie naszego postulatu odbierane jest jako atak na nich i ich reformatorskie zamiary. Wywołuje to wątpliwości, co do słuszności obranej przez nas drogi i konflikt sumienia.

Róbmy swoje!

        Starożytni mawiali: Amicus Plato, sed magis amica veritasPrzyjaciel Plato, lecz większym przyjacielem jest prawda. Prawda jest taka, że Jarosław Kaczyński jest 13. premierem RP od 1989 roku, co oznacza, że jeden premier wypada u nas na mniej niż półtora roku. Tak wyjątkowo długą średnią zawdzięczamy przede wszystkim Jerzemu Buzkowi, który przetrwał prawie całą kadencję. Tzw. koalicja większościowa przy każdym głosowaniu w Sejmie ma problemy ze zdobyciem większości i przeprowadzeniem zamierzonych ustaw. W efekcie mamy słabe państwo, z którym nikt się nie liczy i które dryfuje w bliżej nieokreślonym kierunku. Wszystko to są skutki niewłaściwego systemu wyborczego. Sympatykom i zwolennikom obecnej koalicji rządzącej pozostaje nadzieja, że Prezydent i Premier zechcą to zrozumieć i zmienią swoje nastawienie. A póki co: róbmy swoje!

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.