/Gra w „trzy karty”

Gra w „trzy karty”

Kiedy w teatrze jakiś aktor zabija innego aktora nie znaczy to, bynajmniej, że są wrogami. Po spektaklu zmywają z twarzy szminkę i idą na piwo pogawędzić o żonach, dzieciach czy samochodach.

Nasze polityczne życie jako żywo przypomina teatrzyk – być może nie Teatrzyk Zielona Gęś – ale powiedzmy: Różowe Kaczki czy Tęczowy Donald. Aktorzy odgrywają przed kamerami jakieś sceny – kłócą się, spierają, nie zgadzają. Ale kiedy zgasną kamery poklepują się po plecach i w zgodzie idą na piwo. Moje wrażenie, że tak właśnie jest, wzmocniło się po ostatniej kłótni o samorządową ordynację wyborczą.

        Kaczyńscy jak wiadomo są zdecydowanie za tzw. proporcjonalną (czyli partyjną) ordynacją wyborczą na każdym szczeblu. W systemie jednomandatowym droga politycznego awansu byłaby wolna. W systemie proporcjonalnym – kontrolują ją liderzy dominujących ugrupowań. Jarosław Kaczyński ma wśród nich dzisiaj władzę największą.

        Proponując zmiany w systemie wyborów samorządowych, PiS nie zmienił nic z istoty wyborów partyjnych, wprowadził jedynie możliwość tzw. blokowania list, czyli wspólnego ubiegania się o podział mandatów przez kilka ugrupowań.

        Opozycja – jak zwykle – propozycje PiS-u poddała tzw. miażdżącej krytyce. Donald Tusk miażdżącą krytykę rozpoczął od stwierdzenia, że propozycje PiS są niedemokratyczne i krzywdzą lokalne ugrupowania. Na koniec minutowej wypowiedzi zaprosił ugrupowania lokalne do zblokowania się z Platformą.

        Słowem: dlaczego lokalnych patriotów ma krzywdzić tylko PiS? Platforma też was może trochę wykorzystać.

        Tusk od dwu lat powtarza, że PO popiera jednomandatowe okręgi wyborcze, powtórzył to i tym razem, krytykując projekt ordynacji PiS. PO, mająca w obecnym Sejmie 131 posłów, nie złożyła jednak swojego projektu ordynacji samorządowej opartej o JOW. A przecież nawet, jeśli poważnie traktować (niepoważny z gruntu) argument, że Konstytucja zakazuje wprowadzenia JOW w wyborach sejmowych, to żaden taki zapis nie istnieje w stosunku do wyborów samorządowych. Wręcz przeciwnie. Art. 169 Konstytucji mówi wręcz, że wybory do organów stanowiących samorządu są powszechne, równe, bezpośrednie i tajne. Podobnie jak wybory do Senatu powinny być więc większościowe.

        Dziwnym trafem Tusk i PO, deklarując się jako zwolennicy JOW, nie podnoszą tych wszystkich oczywistych argumentów, nie składają także swojego projektu ordynacji samorządowej opartej o JOW. Natomiast, krytykując rozwiązania wprowadzane przez PiS, sami starają się skorzystać i wymanipulować lokalne ugrupowania.

        Można by powiedzieć: Chroń nas Boże od takich przyjaciół!

        Podobną modlitwę można wznieść w stosunku do PiS. Otóż w oficjalnym uzasadnieniu wprowadzenia blokowania list PiS-owcy podają, że służyć to ma mniejszym, lokalnym ugrupowaniom, które w ten sposób mogą wprowadzić swoich przedstawicieli do samorządu, blokując się z wielkimi partiami. Jest dokładnie odwrotnie. To duże partie skorzystają z głosów mniejszych, zblokowanych z nimi list. Zapewnia to mechanizm podziału mandatów. Najpierw przyznaje się mandaty dla bloku. Powiedzmy, że taki blok, w którym na PiS głosowało 20%, a na mniejsze ugrupowanie 5%, otrzymuje razem 25% głosów. Przy przeciętnym 5 – 7-mandatowym okręgu dla bloku przypadnie zatem 1 – 2 mandaty. Wszystkie te mandaty dostaną się oczywiście partii większej, nawet jeśliby do wewnętrznego podziału użyć metody Sante-Lague. Głosy drobniejszego koalicjanta tylko wzmocnią pozycję większego partnera. Gdyby lokalne ugrupowanie uczestniczyło w podziale 7 mandatów miałoby szanse dostać siódmy mandat, bo 20% podzielone na 7 daje liczbę mniejszą od 5%. Tymczasem blokowanie ogranicza liczbę mandatów do podziału dla drobnicy i wprost eliminuje ją. Naiwni, którzy pójdą do wyborów w bloku z PiS (czy PO) znajdą się w sytuacji frajera rozpoczynającego grę w trzy karty. Jak wiadomo, żadnemu leszczowi jeszcze nie udało się w nią wygrać.