Wszystkie gazety, tygodniki, miesięczniki i wszelkie media komentują expose nowego premiera, wynajdują podteksty i niuanse, prognozują na tej podstawie naszą najbliższą przyszłość. Najciekawszą z tych wszystkich analiz, moim zdaniem, przedstawił w tygodniku "Wprost" Igor Janke w artykule Expose z głowy. Jego zdaniem Jarosław Kaczyński jest pierwszym premierm III (IV?) RP, któremu expose nikt nie pisał, a być może w ogóle nie zostało napisane, tylko wygłoszone wprost z głowy. Janke porównuje je z wystąpieniami poprzednich premierów, opisując bóle w jakich się rodziły i sztaby nad nimi pracujące, a tu, proszę, wreszcie mamy polityka jak należy: wie wszystko sam i żadnych sztabów nie potrzebuje. Przynajmniej nie potrzebuje tych, którzy będą mu pisali co ma mówić. To bardzo krzepiące. Nareszcie mamy premiera, który wydaje się nie być zakładnikiem żadnego układu, polityka silnego i samodzielnego.

        Do expose, z głowy czy nie z głowy, nie przywiązuję specjalnego znaczenia, bo expose to rytuał polityczny, żer dla dziennikarzy, którzy inaczej, w czasie letniej kanikuły, mogliby nie mieć o czym pisać, i żer dla politycznej konkurencji, która metodą rozszczepiania włosa na czworo może podszczypywać Kaczyńskiego. Expose trwają znaczniej krócej, niż pozostają na stanowisku ci, którzy je wygłaszają i służą tylko do ukazywania premierom, aktualnym lub byłym, jaka jest rozbieżność pomiędzy tym co mówili, a tym co robią. Jarosław Kaczyński jest 13. premierem od 1989 roku i nic nie wskazuje na to, żeby był w stanie pobić rekord Jerzego Buzka, który na tym stanowisku wytrwał prawie całą kadencję. Taka jest bowiem LOGIKA systemu politycznego, jaki nam wszyscy ci premierzy z zapałem konstruowali, a Jarosław Kaczyński obiecuje, że do tej konstrukcji dołoży tyle sił, ile ma. W tej LOGICE premier, chce czy nie chce, całkowicie samodzielny czy nie bardzo, zawsze jest i będzie zakładnikiem doraźnej koalicji międzypartyjnej i tyle jego życia, na ile mu ta koalicja pozwoli. Aktualnie karty są w rękach Andrzeja Leppera, który tę koalicję w każdej chwili jest w stanie zburzyć niczym domek z kart, a zatem nie jest dziś tak, jak kilka dni temu głosił "Dziennik", że jest to Polska Kaczyńskiego lecz jak najbardziej Polska Kaczyńskiego-Leppera albo na odwrót. Ten ostatni daje zresztą codziennie znaki, że dobrze rozumie tę sytuację. Nie dalej jak w niedzielę 30 lipca, oświadczył, że jeżeli rząd nie da 500 milionów na ubezpieczenie rolników, to koniec z koalicją i nie ma o czym mówić. Oczywiście, nie potrzebujemy przesadnie bać się akurat tej groźby, jest to jedynie znak dla polityków i publiki, że Andrzej Lepper zna swoją siłę i nie zawaha się jej użyć, gdy będzie to dla niego wygodne.

        Z tych powodów bardziej do mnie trafia i więcej mi mówi o koncepcjach politycznych Jarosława Kaczyńskiego wywiad udzielony Robertowi Mazurkowi i opublikowany w gazecie „Dziennik" z 29/30 lipca pt. Kaczyński: chcę zostawić po sobie silną partię. Tytuł ten niezwykle zwięźle i precyzyjnie ujmuje wszystko, co jest istotne w tym obszernym materiale. Ambicją historyczną Jarosława Kaczyńskiego jest zbudować partię polityczną, która będzie w stanie przeżyć politycznie swego założyciela i konstruktora! Jako wzór takiej partii wymienia bawarską CSU, a w takim modelu w PiS znalazłoby się nawet miejsce i dla samego Andrzeja Leppera, bo byłaby to partia chadecko-ludowa.

        Polacy niewiele wiedzą o tym, jaką partią jest bawarska CSU i wolno mieć wątpliwości, czy wiedza Jarosława Kaczyńskiego jest na ten temat dużo większa. Ogromna większość moich Rodaków ma alergię na samo słowo partia, więc wątpię czy wielka koncepcja polityczna nowego premiera znajdzie szeroki i pozytywny oddźwięk w społeczeństwie. Jest tak dlatego, że jedyną partią polityczną, jaką dobrze poznaliśmy i która utrwaliła się w naszej świadomości jest PZPR i jej nieudane mutanty, jakie pojawiły się na polskiej scenie politycznej po 1989 roku. Na zwłokach PZPR i korzystając ze schedy po niej, bohatersko walczą o polityczne przetrwanie SLD i PSL. To przetrwanie umożliwiają im trzy zasadnicze czynniki: (1) szkodliwa dla Polski, ale dla nich korzystna ordynacja wyborcza do Sejmu; (2) odziedziczony, prawem kaduka, majątek; (3) niedoświadczenie, nieudolność i głupota ich przeciwników politycznych. Jak to kiedyś napisał intelektualny guru tej formacji, Jerzy Urban: na głupocie moich przeciwników jeszcze się nigdy nie zawiodłem. Tę głupotę wymieniłem na końcu, bo za czynnik najważniejszy uważam ordynację wyborczą, ale nie wykluczam, że jej kształt jest właśnie skutkiem braku wiedzy i doświadczenia przeciwników politycznych pezetpeerii.

        Ordynacja wyborcza powoduje właśnie to, że wszystkie partie polityczne, jakie wchodzą do Sejmu są mutantami partii nowego typu, jakiej niedościgniony wzór stworzył Włodzimierz Lenin. Schemat ich funkcjonowania jest zawsze taki sam: najważniejszy jest samowładny Wódz, wokół niego szczupłe grono biura politycznego, reszta to scentralizowany, biurokratyczny aparat partyjny, tzw. kadry, które każdą złotą myśl wodza mają wyjaśniać, egzemplifikować i, ewentualnie, wprowadzać w czyn. Kadry ma cechować dyscyplina i pełna dyspozycyjność. Każde odstępstwo od linii partii jest natychmiast karane. Ideologią takiej partii jest realizm polityczny, a więc to jest dobre, co jest – w danej chwili – dobre dla partii, czytaj co za dobre uznaje Wódz.

        Jak dotąd wszystkie przeprowadzone w Polsce eksperymenty z konstruowaniem i funkcjonowaniem partii tego typu – poza PZPR – okazały się nieudane i nietrwałe i partie te nie pozostawiły po sobie niczego, co zasługiwałoby na wdzięczną pamięć Polaków. I nie mam tu na myśli tylko partii, które powstały i zgasły po 1989 roku, ale także partie II Rzeczypospolitej. Ordynacja wyborcza, którą Jarosław Kaczyński, jeszcze kilka lat temu, skarżył do Trybunału Konstytucyjnego jako sprzeczną z Konstytucją, daje dzisiaj złudzenie, że ta sytuacja może ulec zmianie. Złudzenie to bierze się z przekonania, że obecne przepisy ustawowe o finansowaniu partii politycznych wybudowały wysoki wał wokół partii sejmowych, przez który już nikt nowy, żadna nowa partia, nie będzie w stanie przedrzeć się. Świadczyć o tym ma fakt, że skład Sejmu V Kadencji w pewnym sensie replikuje skład jego poprzednika, bo weszły do niego te same partie, co w 2001 roku.

        Na pierwszy rzut oka zamysł zbudowania silnej i trwałej partii politycznej wydaje się być poważną i ciekawą koncepcją polityczną. Obawiam się, że jest to koncepcja chybiona, Jarosław Kaczyński nie jest Leninem, nie posiada odpowiednich środków, warunki też nie są specjalnie sprzyjające. Zwłaszcza w Polsce. Jak wolno sądzić na podstawie jego publicznych wypowiedzi, nigdy nie zapoznał się solidnie z tym, jak funkcjonują partie polityczne, w innym systemie wyborczym – np. w Wielkiej Brytanii – albowiem Polsce nie jest do niczego potrzebna jeszcze jedna silna partia leninowska, obojętnie jakiej ideologii i pod jakim szyldem. Jego kadencja premiera będzie raczej krótka i nie zostawi mu wiele czasu na naukę. Może jego Brat, który ma zapewnione 5 lat urzędowania i mniej obowiązków, niezależny od partyjnego zaplecza, przy tym profesor (!), będzie miał więcej okazji i możliwości, aby tę sprawę lepiej przemyśleć? Polska ogromnie by na tym zyskała.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj