uwagi w kwestii przywództwa republikańskiego

referat wygłoszony na Konferencji Naukowej "Model Przywództwa", Kraków, 18 maja 2006, opublikowany w książce "Model Przywództwa", pod. red. Andrzeja Piaseckiego, Wydawnictwo "Profesja", Kraków, 2006 

I. Wstęp
Model lidera, jakiego naród poszukuje i jakiego jest w stanie zaakceptować musi być zgodny z jego kulturą, duchem, tradycją, a może nawet cywilizacją w tym sensie, w jakim proponuje ten termin Feliks Koneczny. Innego rodzaju lider będzie do przyjęcia dla Niemców, inny dla Rosjan, inny dla Chińczyków czy Hindusów. Jak się wydaje ani Hitler, ani Piotr Wielki, ani Mahatma Gandhi nie mieliby czego szukać w Polsce i nie zostaliby zaakceptowani. Dlatego moje uwagi ograniczę do sytuacji polskiej, do polskiej tradycji kulturowej, społecznej i politycznej.

       Nie ulega dla mnie wątpliwości, że zasadniczym składnikiem tradycji Rzeczypospolitej jest tradycja republikańska i demokratyczna, budowana systematycznie przez wieki istnienia Królestwa Polskiego i I Rzeczypospolitej, a po Jej upadku kultywowana i pielęgnowana w tradycji narodowej. W czasach nowożytnych, w budowaniu ustroju republikańskiego Polska wyprzedziła wszystkie kraje Europy i Świata, podejmując trud konstrukcji demokratycznego państwa, jakiego prekursorami były tylko antyczne demokracje Grecji i Rzymu. Jak się wydaje fakt ten nie jest powszechnie uznawany, nie tylko w świecie, ale przede wszystkim w Polsce. Np. Stefan Bratkowski [1] korzeni Rzeczypospolitej upatruje w Republice Francuskiej, w koncepcjach Monteskiusza i Rewolucji Francuskiej, nie wspominając ani słowem o dorobku państwowotwórczym i ustrojowym Polaków.
        Ten dorobek ustrojowy jest rzeczywiście imponujący.[2,3] Od Ludwika Węgierskiego, który nadaje sejmikom regionalnym prawo nakładania podatków (1384), poprzez Neminem captivabimus (1433), jaki wyprzedza angielskie Habeas corpus o 246 lat; dwuizbowy Sejm Walny (1493), akt Nihil Novi (1505), Formula Processus (1523) wyprzedzający kodeks napoleoński o 281 lat, do Konfederacji Warszawskiej (1573) – mamy do czynienia z systematycznym procesem rozwijania demokracji, a więc zrównywania w prawach obywatelskich coraz szerszych rzesz, nie tylko szlachty, ale mieszczan, a nawet wolnych chłopów. Zasadniczym elementem tego procesu jest kwestia tolerancji religijnej, która jest europejskim i światowym ewenementem, umożliwiająca innowiercom nie tylko swobodne wyznawanie religii, ale i zajmowanie najwyższych stanowisk państwowych. Niewątpliwie w tej ewolucji istotną rolę odgrywa idea równości obywatelskiej, która zakorzenia się w polskiej mentalności, co znalazło wyraz w porzekadle Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Jeszcze bardziej znamiennym wyrazem tej postawy jest uchwała Sejmu 1638, który zabronił szlachcie polskiej używania jakichkolwiek tytułów. Na 225 lat przed pojawieniem się O duchu praw Monteskiusza, I Rzeczpospolita posiada już monteskiuszowski trójpodział władz, gdzie Przywódca – Król jest rzeczywiście Pierwszym Obywatelem.
        Na szczególne podkreślenie zasługuje niezwykła cecha tego oryginalnego procesu ustrojowego: jest to proces całkowicie pokojowy. Jest to wysiłek intelektualny i państwowotwórczy Polaków, którzy w otaczającym ich świecie nie mają gdzie szukać wzorów. Przeciwnie, to Paweł Włodkowic i towarzyszący mu intelektualiści polscy, na Soborze w Konstancji (1414 – 1418) formułują podstawy prawa międzynarodowego. To delegacja Sejmu Rzeczypospolitej, z Janem Zamoyskim, Adamem Konarskim, Olbrachtem Łaskim i innymi przywozi do Francji (1573) Postulata Polonica. We Francji demokracja wyłania się dopiero pod koniec XVIII wieku z krwawego żniwa Rewolucji Francuskiej, podobnie jak w Ameryce z rewolucji i wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, a w Anglii z reakcji na krwawą tyranię Tudorów i Stuartów.
        Oczywiście, ten przekrój wydarzeń nie ma stworzyć wrażenia, że I Rzeczpospolita stanowiła jakiś ideał demokracji i wolności, że proces budowania republikańskiego i demokratycznego państwa przebiegał bez najróżniejszych wynaturzeń i deformacji. Odwołuję się tutaj jedynie do rozwiązań konstytucyjnych i uważam, że mamy prawo przeprowadzać tu analizę porównawczą: jak te sprawy wyglądały za najbliższymi i najdalszymi granicami Rzeczypospolitej i z kogo Polacy owych czasów mieli brać przykład? Nie może też być zarzutem postawionym legislatorom i prawodawcom polskim tamtego okresu, to co się stało w XVIII wieku. I nie można też wątpić, że ten proces ustrojowy, rozwijający się przez pokolenia, nie pozostał bez wpływu na postawy Polaków i nie odcisnął się na mentalności i świadomości zbiorowej naszego narodu. Jak pisze Norman Davies: Inspiracją (tego procesu) była zakorzeniona wiara w wolność jednostki i swobody obywatelskie, która – jak na owe czasy – była czymś wyjątkowym (ref. [3] s. 427) Twierdzę, że to właśnie ta zakorzeniona wiara stanowi istotny powód, dla którego w tradycji polskiej tyran, autokrata, człowiek nie liczący się ze zdaniem obywateli, nie mógł liczyć na poważanie i szacunek, a zatem nie mógł też zostać zaakceptowany jako przywódca. Skrajnym niewątpliwie, przejawem tych postaw była zasada liberum veto, o której z uznaniem pisze historyk brytyjski, opisując proces podejmowania decyzji przez Sejm: Jednakże proces, dzięki któremu ta zgraja uzbrojonych jeźdźców ostatecznie osiągała jednomyślną decyzję, wybierając jednego spośród dziesiątków kandydatów i jedną spośród dziesiątków opinii, można opisać jedynie jako akt zbiorowej intuicji (ref. [3], s. 439).

II. Równość obywateli fundamentem demokracji

        Podstawą demokracji jest równość obywateli wobec prawa. Pojęcia tej równości nikt nie definiuje, przyjmowana jest jakoś coś oczywistego, co każdy rozumie, bo każdy rozumie co oznacza jej przeciwieństwo – brak równości. Od stwierdzenia równości zaczynają się zarówno amerykańska Deklaracja Niepodległości, jak i Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela. Ta ostatnia, z 1789 roku, ujmuje to następująco:
Art.I. Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi w prawach. Podstawą różnic społecznych może być tylko wzgląd na pożytek ogółu.
Art.VI. Ustawa jest wyrazem woli ogółu. Wszyscy obywatele mają prawo współdziałać osobiście lub przez swych przedstawicieli w tworzeniu ustaw. Prawo musi być jednakie dla wszystkich zarówno gdy chroni, jak też gdy karze. Wszyscy obywatele są równi w jego obliczu, wszyscy w równej mierze mają dostęp do wszystkich dostojeństw, stanowisk i urzędów publicznych, wedle swego uzdolnienia i bez żadnych innych preferencji, prócz ich osobistych zasług i zdolności.
        Ta idea równości obywateli głęboko wniknęła w polską tradycję i powoduje, że Polska nie jest, i nigdy nie była, terenem odpowiednim dla wszelkiego rodzaju eksperymentów wodzowskich, dla autorytaryzmu i dyktatur wszelkiego rodzaju. Bez względu na wszelkie zawirowania i burze historyczne, bez względu na okres niewoli i utraty suwerenności, bez względu na niszczycielskie działania ruskie, pruskie, niemieckie czy sowieckie ta idea w narodzie polskim przetrwała i dowody tego znajdujemy łatwo w naszej dzisiejszej i wczorajszej historii.

III. Zasada równości w PRL i III RP

        Tak jak Deklaracja Praw Człowieka, przyjęta w 1946 roku uchwałą ONZ, tak i konstytucje państw pod nią podpisanych, wszędzie, formalnie, równość tę deklarują, zapisując ją w różnych artykułach konstytucji państwowych. 
        I tak Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z 2 kwietnia 1997 zapisuje to, między innymi w:
Art. 32.1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
Art. 96.2. Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym.
        Nie inaczej sprawy te regulowała Konstytucja PRL z 22 lipca 1952:
Art. 2.1. Lud pracujący sprawuje władzę państwową przez swych przedstawicieli, wybieranych do Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i do rad narodowych w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich, w głosowaniu tajnym. 
2. Przedstawiciele ludu w Sejmie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i w radach narodowych są odpowiedzialni przed swymi wyborcami i mogą być przez nich odwoływani. 
Art.69. Obywatele PRL … mają równe prawa we wszystkich dziedzinach życia państwowego, politycznego, gospodarczego, społecznego i kulturalnego.
Art.80. Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym.
        Nie bez kozery pozwalam sobie porównywać te dwa ustrojowe dokumenty. Dzisiaj zapewne nie ma już nikogo, kto utrzymywałby, że w PRL miała miejsce równość obywateli albo, że równe były wybory do Sejmu, rytualnie odbywane co cztery lata. Co więcej, najprostsza analiza tekstu tamtej konstytucji wykaże sprzeczność tych deklaracji równości z innymi, na przykład z tymi, które expressis verbis formułują przywileje partii komunistycznej i jej pozycję ustrojową. Z jakiegoś jednak powodu te oczywiste sprzeczności nie były dostrzegane i podnoszone przez polską naukę prawa konstytucyjnego, a przynajmniej mnie nie udało się wytropić opracowań specjalistycznych te sprawy podnoszących. Być może właśnie ignorowanie tego problemu przez prawie pół wieku może stanowić wyjaśnienie faktu, że także i dzisiaj, sprawa sprzeczności zarówno praktyki społecznej, jak i w samych zapisach konstytucyjnych, jest ignorowana. W połowie listopada 2004, na Zamku Królewskim w Warszawie, miała miejsce międzynarodowa konferencja 15 Lat Praktyki Konstytucyjnej w Krajach Europy Środkowo-Wschodniej, z udziałem konstytucjonalistów kilkunastu krajów. Podnoszone tam zarzuty sprzeczności konstytucyjnych obecnego polskiego prawa wyborczego przeszły bez echa. Przeglądając akademickie podręczniki prawa konstytucyjnego trudno znaleźć ślady dorobku polskich konstytucjonalistów 2. połowy XX wieku. Np. w podręczniku Banaszaka [4] całość proponowanej literatury, zarówno jeśli chodzi o podręczniki, jak komentarze oraz prace zbiorowe i monografie, pochodzi z drugiej połowy lat 90. XX wieku!

IV. Równość obywateli w systemie wyborczym III RP

        Obywatele RP mają równość zagwarantowaną konstytucyjnie, ale praktyka życia społecznego rażąco od tej zasady odbiega. Nie będę rozwijał sprawy równego dostępu do urzędów publicznych, równego dostępu do publicznych mediów czy dostępu do informacji. Sprawy te wielokrotnie podnoszone były przez różnych publicystów i już utarło się mówić, że w Polsce nie mamy demokracji lecz partiokrację, a fakt absurdalnego upartyjnienia państwa jest powszechnie dostrzegany. Moje uwagi ograniczę tylko do jednego aspektu, ale za to fundamentalnego, do sprawy doboru i kreowania elit, a więc do sprawy ordynacji wyborczej do Sejmu. Wszystkie bowiem naruszenia równości obywatelskiej mają swoje źródło w tym podstawowym dokumencie ustrojowym, określającym zasady i sposób wyłaniania tego najważniejszego organu władzy jakim jest Sejm Ustawodawczy.
        Według podręcznika prawa konstytucyjnego [4]: Konstytucja ustanawiając zasadę równości w wyborach sejmowych, prezydenckich i samorządowych nie precyzuje jej bliżej. Oznacza to jej szerokie rozumienie nieograniczone tylko do równości praw wyborców w trakcie głosowania, ale równości w całym procesie wyborczym. Co więcej, powołując się na konstytucjonalistów zachodnich [5] podkreśla: W odniesieniu do praw politycznych, a zwłaszcza prawa wyborczego, brak jest przesłanek merytorycznie uzasadniających nierówne traktowanie różnych osób. Wszyscy ludzie w korzystaniu z przysługujących im praw politycznych powinni być traktowani jednakowo… Tylko dzięki poszanowaniu tej zasady państwo uzyskuje legitymację do stosowania dyskryminacji w pewnych sprawach (np. progresji podatkowej).
        Niestety, te szczytne zasady nie znajdują odzwierciedlenia w ordynacjach wyborczych, jakie od 1989 roku stosowane są w Polsce. W publikacjach [6,7] omawiam przepisy obowiązującej ordynacji wyborczej do Sejmu [8], które naruszają te zasady:
Art.98.4 wymaga od bezpartyjnych komitetów wyborczych zebrania 1 000 podpisów wyborców z danego okręgu, jako warunku rejestracji. Takiego wymogu nie ma w odniesieniu do komitetów wyborczych partii politycznych.
Art.142.1 od bezpartyjnych komitetów wyborczych wymaga zebrania 5 000 podpisów, dla zarejestrowania listy okręgowej kandydatów. Ponownie, warunek ten nie obowiązuje partii politycznych.
Art.134.1. zwalnia z obowiązku przekroczenia pięcioprocentowego progu wyborczego listy kandydatów mniejszości narodowych.
        Funkcjonowanie tego ostatniego zapisu w sposób rażący narusza zasadę równości wyborczej obywateli RP: w wyborach 2001 lista Mniejszości Niemieckiej w Opolskiem uzyskała 47 230 głosów poparcia i dzięki temu wprowadziła 2 posłów. AWS uzyskała 729 207 głosów, a więc przeszło 15 razy więcej i ani jednego mandatu.
        Te rażące naruszenia zasady równości obywateli podręczniki prawa konstytucyjnego traktują pobłażliwie i wymijająco. Mówi się w nich o pewnych deformacjach tej zasady, nie precyzując wszakże, kiedy i w jakim stopniu takie deformacje są dopuszczalne, a kiedy powinny powodować obowiązkową ingerencję Trybunału Konstytucyjnego, ani też jakie inne wyższe zasady mogłyby pozwalać na uchylenie zasady równości. Jak wynika z Deklaracji Praw Człowieka uchwalonej przez ONZ, zasada równości ma tak fundamentalne znaczenie, że nie znajdujemy "zasady wyższej", w oparciu o którą takie "deformacje" mogłyby być uprawnione [4,5].Tym bardziej, że w świecie funkcjonuje wiele ordynacji wyborczych, które do takich deformacji nie prowadzą, w pełni respektując uniwersalną zasadę równości. Mam tu na myśli przede wszystkim brytyjski system FPTP, funkcjonujący nieprzerwanie, od wielu pokoleń, w takich krajach jak USA, UK, Kanada, Indie i dziesiątkach innych. Przykład tych krajów dowodzi najlepiej, że wymienione deformacje zasady równości nie wynikają z żadnej obiektywnej konieczności, a stanowią jedynie błąd w sztuce demokracji.
        Z zasadą równości obywateli sprzeczne są wszystkie przepisy o finansowaniu partii politycznych, zarówno te zapisane w ordynacji wyborczej, jak i w ustawie o partiach politycznych. Partie polityczne w Polsce nie cieszą się uznaniem większości obywateli, a ci głosują na nie jedynie dlatego, że ordynacja wyborcza nie daje im innej możliwości. Nakłaniani więc do udziału w głosowaniu przez wszystkie publiczne autorytety (niektórzy biskupi polscy mówią wręcz o: grzechu zaniechania), idąc do urn głosują na partie, bo nic innego im nie pozostaje. Z wyjątkiem pozostania w domu, co też systematycznie czyni coraz więcej Polaków – w ostatnich wyborach ok. 60%. Natomiast członkostwo w partiach politycznych jest znikome, wydaje się, że liczba członków wszystkich partii politycznych razem wziętych nie przekracza, w skali kraju, 200 tysięcy. Funkcjonowanie tych niecałych 200 tysięcy finansowana jest z podatków płaconych przez wszystkich obywateli wbrew ich woli. Jest dla mnie rzeczą niewątpliwą, że gdyby zapytano Polaków czy chcą, aby budżet państwa finansował działalność partii politycznych, odpowiedzią byłoby totalne NIE! Jestem zmuszony płacić na utrzymanie partii politycznych, a ludzie, których nie popieram i nigdy nie popierałem cały czas żerują na mnie i innych obywatelach! Trudno sobie wyobrazić, jak taką sytuację można by usprawiedliwić w oparciu o zasadę równości obywateli.

V. Niektóre konsekwencje wadliwych zapisów ustawowych

        Wymienione wyżej formalne zapisy ustawowe, wprowadzające i sankcjonujące nierówność wyborczą, mają konsekwencje praktyczne, które tę nierówność pogłębiają i petryfikują.
        Przede wszystkim powodują, że wybory do Sejmu w Polsce stają się, de facto, wyborami w dwóch turach: pierwsza, najważniejsza, to tura układania list wyborczych. W tej turze biorą udział jedynie uprzywilejowane, wąskie gremia przywódcze partii politycznych, które rzeczywiście rozstrzygają o tym, kto ma szansę zostać posłem. Do tej fazy wyborów szerokie rzesze obywateli nie mają dostępu. Formalnie, oczywiście, każdy obywatel może założyć komitet wyborczy, zebrać 1 000 podpisów i zgłosić listę okręgową. Aby jednak praca ta miała jakikolwiek sens, musi być wykonana na terenie całego kraju, we wszystkich okręgach, a to oznacza konieczność zebrania już kilkudziesięciu tysięcy podpisów i te wymogi od razu eliminują z konkursu wszystkie ugrupowania, poza mniejszościami narodowymi i partiami ogólnopolskimi. Wiąże się to, oczywiście, z ogromnymi kosztami, a przywilej dofinansowania przysługuje jedynie dużym partiom politycznym. Powstaje circulus vitiosus.
        Cały ten mechanizm pierwszej tury jest głęboko szkodliwy społecznie i korupcjogenny. Po pierwsze, mandat poselski jest pod każdym względem łakomym kąskiem i skłania tych, którzy mają nań apetyt do najróżniejszych zabiegów, daleko nie zawsze zgodnych z prawem i zasadami przyzwoitości. Po drugie, wielkość okręgów wyborczych i konieczność pokonania progu, windują koszty kampanii wyborczej na takie wyżyny, których bez sięgania do lewej kasy nie sposób osiągnąć. Nie bez kozery w publicystyce politycznej pojawiło się określenie partie lewej kasy [9]. Jest to związane z art.114. pkt.2 ordynacji wyborczej, określającego górny limit wydatków na kampanię wyborczą:
Wysokość limitu wyznaczona jest kwotą 1 złotego przypadającą na każdego wyborcę w kraju ujętego w rejestrze wyborców
        Jak z tego wynika, żadna partia nie może, legalnie, wydać więcej niż ok. 30 milionów złotych. Jest tajemnicą poliszynela, że kwota ta jest często znacznie przekraczana. Sprawa ta nie jest, niestety, przedmiotem debaty publicznej i wydaje się, że między partiami politycznymi istnieje swoisty gentlemen agreement, który nawet w najbardziej zaciętych walkach politycznych nie pozwala na używanie tego argumentu. Sytuacja tego rodzaju nie jest wynikiem ułomności natury ludzkiej, lecz bezpośrednim skutkiem wadliwych rozwiązań prawnych, które takie skutki powodują. Ułomność natury ludzkiej, w oczywisty sposób, te patologiczne elementy ustrojowe jedynie pogłębia i wzmacnia.

VI. Równość a proporcjonalność wyborów

        Aczkolwiek wszystkie te naruszenia zasady równości wydają się być niedostrzegane przez specjalistów w dziedzinie prawa konstytucyjnego w Polsce, to są koniunkturalnie wykorzystywane przez polityków w ich walkach frakcyjnych. I tak 12 kwietnia 2001 grupa posłów, zrzeszających polityków z różnych partii, od Bronisława Geremka i Władysława Frasyniuka po Jarosława Kaczyńskiego i Kazimierza Marcinkiewicza, wystąpiła do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o uznanie, że obecna ordynacja wyborcza do Sejmu narusza konstytucyjne zasady równości i proporcjonalności wyborów [10]. Zasadniczy argument tego wniosku sprowadzał się do tego, że tzw. indeks dysproporcjonalności (indeks Gallaghera, LS index) jest w Polsce dużo wyższy niż w wielu krajach, w których obowiązują ordynacje większościowe. Ta dysproporcjonalność, zdaniem autorów wniosku, uprzywilejowując jedne partie i dyskryminując inne, stanowi też jednocześnie naruszenie zasady równości.
        Wniosek ten, szczęśliwie dla polskich konstytucjonalistów, nie został rozpatrzony, ponieważ Sejm natychmiast dokonał zmiany sposobu przeliczania głosów na mandaty, wprowadzając w miejsce formuły d'Hondta formułą Sainte-Lague, z której skorzystano na użytek tamtych wyborów. Zaraz jednak po wyborach, w lipcu 2002 Sejm przywrócił do łask poprzednie rozstrzygnięcia. Fakt ten nie wywołuje już sprzeciwu autorów wniosku, co dowodzi koniunkturalności całej akcji. Wolno jednak żywić nadzieję, że nauka prawa nie służy jednak jedynie sprawie doraźnych rozstrzygnięć politycznych i doczekamy się jeszcze konsensu specjalistów-konstytucjonalistów w tej żywotnej sprawie ustrojowej.
        Wniosek powyższy wiązał sprawę równości wyborów z zasadą proporcjonalności, a zatem jego autorzy rozumowali, że wybory mogą być mniej lub bardziej proporcjonalne i że proporcjonalność można mierzyć i porównywać. Takie stanowisko nie jest podzielane przez wszystkich konstytucjonalistów. Wprawdzie żadne prawo nie definiuje pojęcia proporcjonalności wyborów, to wśród specjalistów z tej dziedziny przeważa (przynajmniej w Polsce!) pogląd, że jeśli głosowanie odbywa się na wielomandatowe listy partyjne, to bez względu na to jaką stosuje się metodę rozdziału mandatów (d'Hondta, Sainte-Lague'a, Hare'a, Droopa czy cokolwiek innego) i bez względu na to jaka jest relacja pomiędzy rozkładem głosów wyborców i podziałem mandatów w parlamencie – wybory pozostają proporcjonalne. [11]. Takie stanowisko jest może wygodne, ale pozostaje w niezgodzie z piśmiennictwem w dziedzinie politologicznej komparatystyki, w której kwestię ordynacji wyborczej bada się przede wszystkim pod kątem jej publicznej i politycznej użyteczności [12, 13, 14]. Politolodzy rozpatrują kwestię ordynacji wyborczej pod kątem reprezentatywności wybranego parlamentu, a więc na ile jego skład odzwierciedla rozkład preferencji politycznych ogółu obywateli. Na ogół przeważa opinia, że tzw. ordynacje proporcjonalne lepiej służą idei reprezentatywności niż ordynacje większościowe.
        Słuszność takiego stanowiska jest co najmniej wątpliwa. Na drodze symulacji komputerowej ok. 10 milionów sytuacji wyborczych, w których mandaty rozdzielane są bądź to w formule d'Hondta, bądź w formule Sainte-Lague'a, przy zmiennej ilości partii politycznych i różnych wielkościach okręgów wyborczych wykazaliśmy [15], że związek reprezentatywności i proporcjonalności wyników wyborów z ordynacją wyborczą jest najzupełniej losowy i nie zależy od tego rodzaju parametrów. Okazuje się bowiem, że wcale nierzadko uzyskuje się znacznie niższe wartości indeksu Gallaghera w wyborach większościowych, niż w systemie tzw. ordynacji proporcjonalnych. Na tej podstawie wyciągamy wniosek, że zasada proporcjonalności wyborów, zapisana w art. 96.2 Konstytucji RP jest w tym sensie zasadą pustą i powinna być usunięta z ustawy zasadniczej. Proporcjonalność jest tutaj jedynie synonimem głosowania na wielomandatowe listy partyjne [16].
        O ile jednak proporcjonalność i reprezentatywność ordynacji wyborczej są pojęciami mitycznymi – w tym sensie, że żadna ordynacja wyborcza nie gwarantuje ani jednego ani drugiego – to pojęciem mitycznym nie jest równość obywateli i prawidłowa ordynacja wyborcza jest w stanie takiemu wymogowi uczynić zadość. Zasada równości jest w pełni respektowana w brytyjskiej ordynacji FPTP (First-Past-The-Post), która w żaden sposób nie uprzywilejowuje partii politycznych ani żadnych innych grup, w tym mniejszości narodowych, nie ogranicza kandydowania żadnymi uwarunkowaniami majątkowymi i finansowymi, zapewniając równość wyborców w całym procesie wyborczym zarówno pod względem formalnym, jak i materialnym [6, 7, 15].
        Pogwałcenie fundamentalnej zasady demokracji, jaką jest równość obywateli wobec prawa i to w najważniejszym akcie ustrojowym, w ordynacji wyborczej, ma swoje głębokie konsekwencje we wszystkich dziedzinach życia państwowego i obywatelskiego. Przede wszystkim tzw. proporcjonalny system wyborczy sprzyja upartyjnieniu i centralizacji państwa, powoduje, że partie polityczne przekształcają się w partie aparatów partyjnych, a selekcja kandydatów do elity politycznej staje się selekcją negatywną, gdyż w miejscu kompetencji i zdolności, na pierwszym miejscu stawia dyspozycyjność i podporządkowanie przywództwu partyjnemu. Ma to negatywne znaczenie dla funkcjonowania państwa [6, 17, 18].

VII. Ordynacja wyborcza a model przywództwa

        W tym kontekście warto również rozważyć kwestię modelu przywództwa. W OP mandat parlamentarny można zdobyć nie ciesząc się żadnym poparciem wyborców i będąc osobą całkowicie im nieznaną. Mandaty poselskie nierzadko przypadają kandydatom, którzy uzyskują ułamek promila wyborców w ich okręgach [7]. Dobór do elity odbywa się głównie w pierwszej turze wyborów na zamkniętych konwentyklach, poza oczami społeczeństwa. W efekcie najważniejsze role w państwie odgrywać zaczynają ludzie najzupełniej nieznani i o niejasnych kwalifikacjach. Wystarczy przejrzeć poczet premierów Rzeczypospolitej: skąd pojawili się na scenie politycznej i to na pierwszym miejscu w państwie ludzie, tacy jak Jan Krzysztof Bielecki, Waldemar Pawlak, Hanna Suchocka, Jerzy Buzek, Marek Belka, Kazimierz Marcinkiewicz? Ośmielam się twierdzić, że na posadzie premiera pojawili się jak Deus ex machina, ku kompletnemu zaskoczeniu szerokiej widowni politycznej. Pojawili się znikąd i – poza Kazimierzem Marcinkiewiczem – odeszli w polityczny niebyt, nawet jeśli okazjonalnie można ich twarze zobaczyć w telewizji, na jakimś przyjęciu czy innej uroczystości. Obawiam się też, że mało kto jest w stanie związać z ich osobami jakieś wybitne dokonania polityczne, jakieś ciekawe koncepcje.
        Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja tam, gdzie mamy do czynienia z innym systemem wyborczym. Prawie każdy z premierów Wielkiej Brytanii to postać wybitna, której osobowość zaznaczyła się na trwałe zarówno w historii Zjednoczonego Królestwa, jak i odgrywa i odgrywała znaczącą rolę w czasie swoich rządów. Sytuacja ta nie jest przypadkowa i w oczywisty sposób wiąże się z systemem wyborczym: conditio sine qua non zostania premierem rządu brytyjskiego jest wygranie wyborów w swoim okręgu wyborczym! Kandydat na premiera musi wpierw wykazać się umiejętnością wygrywania w otwartym, powszechnym konkursie publicznym, musi pokazać, że jest naprawdę lepszy od swoich rywali [19]. Nie może się pojawić nie wiadomo skąd, na jakiejś zamkniętej naradzie, w wyniku tajemnych uzgodnień, paktów stabilizacyjnych itp. Tony Blair, Margharet Tatcher, Bill Clinton, Harold Wilson, Winston Churchill etc., etc. to poczet znakomitych mówców, którzy swoimi publicznymi wystąpieniami są w stanie porwać i zainspirować słuchaczy.
        Inną specyficzną cechą przywódcy, jaką wymusza system jednomandatowych okręgów wyborczych, a która prawie całkowicie jest obca politykom polskim, jest umiejętność słuchania i wysłuchiwania obywateli. Poseł brytyjski zmuszony jest do spędzania wielu godzin, każdego tygodnia, na wysłuchiwaniu skarg, opinii, problemów i pomysłów swoich wyborców. Jego biuro poselskie nie na darmo kolokwialnie określane jest mianem political surgery. Niczym lekarz jest on osobą zaufania publicznego i jako taki musi mieć uszy otwarte na potrzeby swojej publiki. Bez tej umiejętności nie ma czego szukać w brytyjskiej polityce. Pozostaje to w całkowitym kontraście z sytuacją parlamentarzysty Rzeczypospolitej. Skoro jego wybór praktycznie nie zależy od tego, co o nim sądzą jego wyborcy, nie potrzebuje ani ich wysłuchiwać, ani nawet się z nimi spotykać i wśród nich przebywać. W kontakcie z wyborcami z reguły cechuje go arogancja i besserwisserstwo. Jeśli poseł w ogóle raczy pojawić się na jakimś publicznym zebraniu, to zebranie należy przerwać, umożliwić panu posłowi krótsze lub dłuższe wystąpienie, po czym trzeba mu pozwolić się oddalić do innych, ważnych zadań. Taka postawa i takie zachowanie są całkowicie niewyobrażalne w systemie brytyjskim. Jest ona także niezgodna z tradycją polską. Historycy [3] z podziwem opisują wspomniany wyżej proces uzyskiwania jednomyślnego konsensu na polu elekcyjnym czy podczas obrad Sejmu Walnego! Jeśli nawet stosowano tam i środki niegodne (przekupstwo), to jednak był to głównie proces upartych negocjacji, wysłuchiwania argumentów i przekonywania do swoich racji. Wszystko to, co wydaje się obce przedstawicielom obecnej polskiej klasy politycznej.

Podsumowując:
        System wyborczy ma zasadnicze znaczenie dla kształtowania się modelu przywództwa republikańskiego. Tzw. system proporcjonalny wyłania liderów partyjnych w sposób na ogół niejawny, w wyniku najróżniejszych działań poza świadomością obywateli. Otwiera to drogę do wszelkiego rodzaju wynaturzeń i działań autorytarnych. System brytyjski FPTP kreuje liderów w otwartym, obywatelskim konkursie publicznym, który zapewnia rzeczywistą równość szans i procedur i wymaga kwalifikacji publicznie weryfikowalnych. Przywódca w tym systemie umie słuchać innych, traktuje ich jak równych sobie, potrafi negocjować i łagodzić konflikty. System partyjnego wyłaniania liderów, jaki od 17 lat obowiązuje w Polsce, koliduje z wielowiekową tradycją I Rzeczypospolitej i preferencjami Polaków, kreuje i promuje postawy i zachowania społecznie nieakceptowalne.

Literatura:
[1] S. Bratkowski, Początki naszego ustroju, Ius et Lex, nr (III) 1/2005
[2] K. Baczkowski i S. Grzybowski, Wielka Historia Polski, tom 2, Oficyna Wydawnicza FOGRA, Kraków, 2003
[3] N. Davies, Boże Igrzysko, tom 2, Wydawnictwo Znak, Kraków, 1989
[4] B. Banaszak, Prawo konstytucyjne, Wydawnictwo C. H. Beck, Warszawa, 1999
[5] J. Isensee, P. Kirchhof (red.), Parlament Republiki Federalnej Niemiec, Warszawa, 1995
[6] J. Przystawa, Dobra ordynacja warunkiem dobrego państwa, w W. Kieżun i J. Kubin (red.), Dobre państwo, Wydawnictwo Wyższej Szkoły Zarządzania i Przedsiębiorczości im. Leona Koźmińskiego, Warszawa, 2004
[7] J. Przystawa, Jednomandatowe Okręgi Wyborcze, Wydawnictwo Wektory, Wrocław, 2003
[8] Ustawa z 12 kwietnia 2001 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej (pełny tekst ustawy – ujednolicony przez Krajowe Biuro Wyborcze), www.pkw.gov.pl
[9]V.Krasowska, Cezary Gmyz, Uczciwy polityk. Partia Lewej Kasy kompromituje demokrację, Tygodnik "Wprost", 18 kwietnia 2005
[10] Biuletyn Informacyjny Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych nr 8, czerwiec 2001
[11] S. Gebethner, Wybory do Sejmu i Senatu. Komentarz do Ustawy z 12 kwietnia 2001 Ordynacja Wyborcza do Sejmu i Senatu RP, Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR, Warszawa, 2001
[12] A. Lijphart, Electoral Systems and Party Systems. A Study of Twenty-Seven Democracies, 1945 – 1990, Oxford University Press, New York, 2000
[13] D. M. Farrell, Electoral Systems. A Comparative Introduction, Palgrave, New York, 2001
[14] A. Antoszewski, Ewolucja systemu wyborczego do Sejmu, w A. Antoszewski (red.), Demokratyzacja w III Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław, 2002
[15] Cz. Oleksy, J. Przystawa, Znaczenie Ordynacji Wyborczej dla funkcjonowania państwa i budowy społeczeństwa obywatelskiego, Ius et Lex, nr (III) 1/2005
[16] K. Ciesielski, Ordynacja paradoksalna, w R. Lazarowicz, J. Przystawa (red), Otwarta księga. O jednomandatowe okręgi wyborcze, SPES, Wrocław, 1999
[17] A. Kamiński, Dwa systemy – dwie ordynacje, Interes Publiczny nr 4, 23 września 2000
[18] J. Sanocki, Proporcjonalne manowce, w R. Lazarowicz, J. Przystawa (red), Otwarta księga. O jednomandatowe okręgi wyborcze, SPES, Wrocław, 1999
[19] J. Archer, Pierwszy między równymi, Prószyński i S-ka, Warszawa, 1999

 

 

 

 

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj