Królestwo za konia! – woła podczas bitwy bohater Szekspira, Ryszard III. W potrzebie człowiek gotów jest oddać wszystko za to, co jest niezbędne. Transakcja: królestwo za konia wydaje się i tak niezła w porównaniu z tym, za co musi sprzedawać udział we władzy Jarosław Kaczyński. Już nie tylko Andrzej Lepper z dobrodziejstwem inwentarza, ale jakieś odpryski z LPR-u, a i to nie starcza. Pozmiatało się, pozbierało i jest zaledwie 223, a powinno być 231. I co tu robić? 

        Handel będzie trwać. Pewnie za chwilę koalicja wzbogaci się o kolejne koło narodowo-jakieś-tam, ale co będzie, kiedy do uzyskania większości zabraknie tylko jednego posła? Przyjdzie jakiś Franek – jako poseł niezależny, katolicko-narodowo-ludowy i dostanie od Kaczyńskiego wszystko co będzie chciał. Większa jest bowiem radość w koalicji z jednego, dwustu trzydziestego pierwszego nawróconego, niż z 230 sprawiedliwych.

        Im mniej potrzeba do większości, tym większa staje się cena za jednego posła – taka jest logika rządu koalicyjnego. Dlatego jawne kupczenie dobrem publicznym trwa, wywołując słuszne obrzydzenie widzów.

        Polityka w takim wydaniu coraz bardziej przypomina barokową perukę, upudrowaną i wypachnioną, pod którą kłębiły się wszy i kołtun. Choćby nie wiem jak piękne były hasła i wyborcze obietnice i tak z nich nic nie wyjdzie, bo do rządzenia trzeba większości i trzeba kupić iluś tam posłów konkretami.

        A co dopiero, jeśli idzie o ewentualną zmianę Konstytucji, do której potrzeba 2/3 głosów w Sejmie. Jasne staje się, że nie ma mowy o żadnej zasadniczej zmianie, tylko o kosmetyce i hasło IV RP okazuje się jedynie zabiegiem marketingowo-wyborczym.

        Lekarstwem na konwulsyjne, wielomiesięczne szukanie większości byłoby zawieranie koalicji przed wyborami. Pisze o tym autor reformy powiatowej, Michał Kulesza, w obszernym artykule w "Dzienniku".

        Postulat z gruntu słuszny. W Anglii, Stanach Zjednoczonych, Francji i jeszcze w 60 państwach świata właśnie koalicje zawierane PRZED wyborami są stabilne, posiadają w parlamencie większość i rządzą od następnego poranka po wyborach. Nie muszą się żreć o stanowiska, handlować radami nadzorczymi, funduszami, bo wszystko zostaje ustalone na długo zanim obywatele idą głosować. Wtedy politycy są bardzo porządni, mają mniejsze apetyty, skromniejsze ambicje. Same korzyści, więc dlaczego do licha u nas tak być nie może?

        Michał Kulesza, którego znam od 1994 roku, i którego kiedyś namówiłem do wychylenia się i poparcia jednomandatowych okręgów wyborczych na łamach tygodnika "Wspólnota", tym razem o tym, jak wprowadzić przymus przedwyborczej koalicji nie wspomina. Kluczy wokół tematu, ale ani mru-mru na temat JOW. A to właśnie JOW – nie dobra wola, nie tradycja, ale bezwzględny mechanizm walki o JEDEN mandat w okręgu sprawia, że gromadzą się na dwu biegunach politycznej sceny dwa bloki – centrolewica i centroprawica. Widzimy to teraz we Włoszech, gdzie wraz z wprowadzeniem 3/4 JOW, natychmiast skończyły się rządy sezonu kąpielowego, a koalicję zawiera się przed wyborami.

        U nas mądrzy publicyści komentujący wydarzenia polityczne, biadający w telewizorze nad stanem polskiej sceny, nad brakiem porozumienia itd. ani słowem nie zająkną się o JOW. Nie wiedzą? Wolne żarty! Wiedzą szelmy, ale podtrzymywanie kryzysu leży w ich, albo w ich mocodawców interesie. Chcą, żeby ciągle rozlegało się wołanie: Państwo za konia!

        Co tam za konia! Rozmiary tych polityków i tych publicystów są takie, że na koniach wyglądaliby pociesznie. Im potrzebne są kucyki. Dlatego po sejmowych korytarzach rozlega się wołanie: Państwo za kucyka! Za stado kucyków! Za hulajnogę!

Skomentuj