O, praw hydrauliki nieświadom człowiecze!
Szukasz utopionego ciała w złym kierunku.
Ono z góry w dół płynie wedle praw przyrody,
A ty za żoną biegniesz przeciw wody?
(Adam Mickiewicz: Żona uparta)

Coraz mniej Polaków skłonnych jest przyjmować na serio rozgrywający się na naszych oczach polski teatr polityczny i coraz powszechniejsza staje się świadomość jego farsowego charakteru. Jednakże jego główni aktorzy wydają się traktować odgrywaną sztukę ze śmiertelną powagą, w przekonaniu, że nie jest to kiepsko napisana farsa lecz monumentalne przedsięwzięcie historyczne. Chyba tylko jedna pani Teresa Lubińska (dla niewtajemniczonych dodaję: profesor ekonomii i parodniowy minister finansów RP a w dodatku milionerka), którą wszystko cieszyło, sprawiała wrażenie, jakby nie była to kwestia rządzenia wielkim państwem, ale pyszna zabawa. Rozbawienie na twarzy jej uczonej następczyni, prof. Zyty Gilowskiej, która, zdaje się, znaczącego majątku nie posiada, mogłoby świadczyć o tym, że i ona nie może uwierzyć, iż to wszystko naprawdę, że ona naprawdę, nie wiadomo jak i kiedy, ni stąd ni zowąd, stała się Number One polskich finansów i polskiej gospodarki.

     W dniach 12-13 stycznia powiało grozą, że sztuka zostanie nagle przerwana, a wielu aktorów może znaleźć się w potrzebie poszukiwania innego zajęcia. Ze sceny nieustannie padają słowa o konieczności wyłonienia większościowego rządu, o dwupartyjnej scenie politycznej, o przedterminowych wyborach, które mają taki efekt zapewnić, a od kilku dni mamy już nawet uroczyście powołany gabinet cieni. Pomimo negocjacji i konsultacji, pomimo całego tego niebywałego rejwachu scenicznego nikt jakoś nie zauważa, że są to wszystko rekwizyty z innego teatru i innej sztuki, a przeprowadzenie w tych warunkach nowych wyborów jest jak szukanie topielca przeciw wody. Komiczne jest, gdy propagandziści Prawa i Sprawiedliwości powołują się na wyniki jakiegoś sondażu, który wykrył 36% poparcie dla ich partii, a usłużni rachmistrze natychmiast wyliczyli, że przy takim poparciu wyborczym PiS uzyskałby bezwzględną większość mandatów w Sejmie! Jest to zabawne chociażby z tego tylko powodu, że żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają, iż w wyborach 2001 SLD uzyskał o ponad 12% głosów więcej niż PiS w roku 2005 (41,04% wobec 28,99%), ale z tego wyszło zaledwie 216 mandatów. Czy politycy PiS cierpią na amnezję, czy też uważają, że przy pomocy nachalnej propagandy można polskim wyborcom wszystko wmówić, a przeliczniki matematyczne podobne są do używanych przez nich słów: dzisiaj znaczą jedno, a jutro coś zupełnie odmiennego? Czy też pomyliły im się sztuki, niczym Hamlet z Wesołymi kumoszkami z Windsoru? Albowiem, faktycznie, w ostatnich wyborach na Wyspach Brytyjskich Partia Pracy uzyskała 36% głosów poparcia, co dało im 356 mandatów w Parlamencie, a więc prawie 55%! Warto więc zwrócić uwagę, że tam nie tylko grali inni aktorzy, w innym miejscu, lecz było to zupełnie inne przedsięwzięcie, że – z pewną przesadą – można powiedzieć, iż wybory w Wielkiej Brytanii różnią się od wyborów w Polsce niemal tak jak dzisiejsze inscenizacje bitwy pod Grunwaldem różnią się od ich pierwowzoru z roku 1410. Dzień po dniu i godzina po godzinie, dzięki naszym bezstronnym środkom masowego przekazu, jesteśmy świadkami niebywałego ujadania polityków na siebie, wysłuchujemy bezpardonowych oskarżeń, zarzuty kłamstwa i oszustwa padają na okrągło. Przypomina to ujadanie psów przez płot ‑ gdy płot się kończy i przeciwnicy stają pysk w pysk ‑ nagle milkną i wracają do dalszej walki, ale już z bezpiecznej odległości.

     Wypada przypomnieć kilka podstawowych reguł politycznej hydrauliki:

  1. Partia, której się marzy parlamentarna większość powinna wpierw zmienić ordynację wyborczą, bo tylko w brytyjskim systemie jednomandatowych okręgów wyborczych można 36% poparcia zamienić na ponad 50% mandatów w Sejmie. W warunkach ordynacji partyjnej, niesłusznie nazywanej proporcjonalną, jest to marzenie ściętej głowy i taka sztuka jeszcze się nikomu nie udała. Nawet gdyby partia Kaczyńskich w przedterminowych wyborach uzyskała 10% głosów więcej niż minionej jesieni, to 180 czy 190 mandatów będzie niemal tak daleko od niezbędnej większości jak i obecne 155.
  2. Gabinet cieni ma sens wtedy, gdy partia, która go wystawia ma realną szansę przejęcia władzy w kolejnych wyborach. Taka możliwość powstaje w systemie dwupartyjnym, a więc tam gdzie są jednomandatowe okręgi wyborcze i wybory w jednej turze – jak w UK, USA czy Kanadzie. Młodzi prześmiewcy od razu zresztą przezwali ten gabinet cienigabinetem cieniasów. Gdyby – przypuśćmy – Platforma chciała wyjść naprzeciw parlamentarnym kłopotom i utworzyć koalicję rządzącą z innymi partiami, to ma do dyspozycji szereg możliwości: od koalicji PO z Samoobroną i SLD, po PO z Samoobroną, LPR i PSL, a i na tym nie koniec. W każdej z tych koalicji z gabinetu cieni pozostałby najwyżej cień gabinetu. Jeśli ktoś myśli, że nie jest możliwa miłosna wymiana uścisków pomiędzy Andrzejem Lepperem i Janem (Marią) Rokitą, to powiem, że niewiele jeszcze w polityce widział.

     Prawa politycznej hydrauliki mówią nam jeszcze coś innego: tzw. system wyborów proporcjonalnych, z jednej strony, otwiera drogę watażkom i dyktatorom, a z drugiej prowadzi do rachitycznych, drugorzędnych tworów państwowych, nieustannie targanych potępieńczymi waśniami koalicyjnymi jak w Polsce. Korzystając z pomieszania pojęć i chaosu po I Wojnie Światowej wprowadzili go w Europie w użycie socjalistyczni pogrobowcy Marksa i Engelsa. W ten sposób system ten, z jednej strony, wygenerował dyktatury Hitlera i Mussoliniego, a z drugiej doprowadził do marginalizacji i upadku państwa takiego jak Francja. To dopiero Generał de Gaulle, domagając się stanowczo wprowadzenia JOW, pozwolił Francji nad odzyskanie jej właściwego znaczenia w Europie.

      W Polsce, po roku 1989, racja stanu wprowadzenia systemu proporcjonalnego polegała na tym, że w przypadku wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych po komunistach, już po pierwszych wyborach, pozostałoby jedynie złe wspomnienie. Dzięki systemowi list partyjnych formacja nazywana dzisiaj postkomunistyczną przetrwała, przejęła na własność prywatną znaczną część majątku narodowego, a SLD i PSL są jedynymi partiami politycznymi posiadającymi trwałe miejsce we wszystkich kolejnych sejmach. Dzisiaj jednak utrzymywanie tego systemu nie ma żadnej sensownej racji i jest czystym anachronizmem. Jarosław Kaczyńskim, jeśli chce odegrać historyczną rolę zbawcy Ojczyzny, nie potrzebuje iść w ślady Marszałka Piłsudskiego i dokonywać zamachu stanu. Może pójść drogą Generała de Gaulle, drogą bardziej racjonalną, bardziej bezpieczną, która zapewni mu nie tylko wdzięczność Polaków, ale i uznanie europejskie.

      Poszukiwanie rozwiązania polskich problemów na drodze ponownych wyborów w tym samy kluczu będzie jak szukanie utopionego ciała w złym kierunku. Ich rezultatem będzie jedynie stracony czas, pogłębiona frustracja, dalsza erozja demokracji i marnowanie kapitału społecznego.

 

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj