/Zima nasza, a wiosna jeszcze bardziej?

Zima nasza, a wiosna jeszcze bardziej?

Bracia Kaczyńscy i ich partia Prawo i Sprawiedliwość dają nam przykład niesłychanego sukcesu i idą jak burza. Partia została założona 13 czerwca 2001 i liczyła wówczas zaledwie 70 członków, ale już w 3 miesiące później, po wrześniowych wyborach roku 2001, wprowadziła do Sejmu 44 posłów, uzyskując prawie 10% oddanych głosów. Fakt ten obala wszystkie teorie głoszące, że w warunkach ordynacji proporcjonalnej i istnienia pięcioprocentowego progu wyborczego na sukces liczyć mogą tylko partie bogate, które stać na kosztowną kampanię wyborczą, albowiem koszt zdobycia jednego mandatu poselskiego oscyluje około miliona złotych. Łatwiej nam zrozumieć sukcesy Samoobrony czy Platformy Obywatelskiej, bo tam siedzi bogacz na bogaczu, podczas gdy zarówno sami Kaczyńscy, jak i inni znani politycy tej partii, groszem nie pachną. Sukces PiS należy zatem rozpatrywać albo w kategorii cudu, albo geniuszu. Premier Kazimierz Marcinkiewicz twierdzi, że Jarosław Kaczyński jest geniuszem i przyjmijmy taką wykładnię, bo nie byłoby grzecznym nie wierzyć premierowi. Geniusz, połączony z dotacją i subwencją, doprowadził do tego, że dzisiaj w Sejmie mamy prawie cztery razy więcej (154) posłów PiS, prawie połowa senatorów pochodzi z PiS, o Prezydencie i Rządzie Rzeczypospolitej już nie wspomnę. Czy w demokracji sukces może być większy? Czy pełnia władzy może być bardziej pełna?

     Okazuje się, że tego wszystkiego za mało, że czegoś tu jeszcze brakuje. Media codziennie raczą nas wypowiedziami polityków PiS, którzy grożą nowymi wyborami parlamentarnymi na wiosnę, nawet razem z wyborami samorządowymi. Wprawdzie konstytucja wymaga, żeby kadencja władz samorządowych wynosiła pełne cztery lata, ale nie wydaje się, żeby niezgodność z konstytucją miała naszych admiratorów prawa i sprawiedliwości specjalnie krępować. Dobrą ilustracją tej opinii jest stosunek liderów PiS-u do sprawy ordynacji wyborczej. 12 kwietnia 2001, a więc na dwa miesiące przed oficjalnym założeniem ich nowej partii, Jarosław Kaczyńskim, razem z Kazimierzem Marcinkiewiczem (i innymi), wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o uznanie obecnej ordynacji wyborczej za sprzecznej z konstytucją. Działo się to jednak w sytuacji hazardowej, kiedy rozsypywała się w oczach AWS, do władzy zmierzał SLD i nie wiadomo było, czym się to może zakończyć. Tymczasem, wbrew tym obawom, ta wadliwa i – zdaniem Kaczyńskich – niezgodna z konstytucją ordynacja nie przeszkodziła im wygrać wybory parlamentarne, wobec czego nie słyszymy już, żeby któryś z wybitnych prawników tej partii nadal miał w tej sprawie jakieś zastrzeżenia. Trawestując słynną frazę z filmu Sami swoiKonstytucja konstytucją, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie, a ponieważ wygraliśmy, to prawo możemy chwilowo odłożyć na półkę. Co więcej, sukces ten uskrzydlił ich na tyle, że gotowi są wykorzystać koniunkturę i przeprowadzić szybkie wybory parlamentarne, które umocniłyby jeszcze ich władzę, dając im większość parlamentarną, pozwalającą na niczym już nieskrępowaną realizację reformatorskich zamysłów.

     W systemie tzw. wyborów proporcjonalnych zdobycie przez jedną partię większości parlamentarnej byłoby wyczynem porównywalnym tylko z rozwiązaniem problemu kwadratury koła, ponieważ, jak do tej pory, nikomu i nigdzie się to jeszcze nie udało. Mówiąc nigdy i nigdzie mam na myśli normalne zwycięstwo wyborcze w krajach uchodzących za demokratyczne bez cudów nad urną. Od ponad stu lat, od czasów gdy socjalistom belgijskim udało się wprowadzić wybory proporcjonalne, system głosowania na listy partyjne był ćwiczony setki razy, w prawie wszystkich krajach europejskich i nie tylko, w najróżniejszych warunkach i najrozmaitszych wariantach. Próbowano metody d'Hondta, metody Sainte-Lague z różnymi przelicznikami, metody Hare'a, metody Hagenbacha-Bischofa, metody Niemeyera, metody Droopa, próbowano kwot imperialnych, z najróżniejszymi progami i całkiem bez progów, w małych okręgach, w dużych okręgach, przy stałym składzie parlamentu, przy zmiennej liczbie posłów itd., itp. Wspólną cechą wszystkich tych prób jest właśnie to, że nigdy nie udało się wyłonić większości zdolnej do samodzielnego rządzenia. Dla każdego, kto w polityce chce się kierować jakąś racjonalnością a nie tzw. wishful thinking czyli, po polsku, chciejstwem, musi być oczywistym, że kryją się za tym jakieś poważne powody, powody o charakterze strukturalnym, że jest to związane z metodą, z systemem wyborczym, a nie z takimi czy innymi warunkami panującymi, w danej chwili, w tym czy innym kraju.

     Tych powodów strukturalnych jest niemało, spróbujmy wskazać chociaż kilka z nich.

     Po pierwsze: selekcja negatywna. Liderom partyjnym, którzy posiadają przywilej układania list partyjnych i decydowania o miejscu na liście, wydaje się, że posiadają nadzwyczajne kwalifikacje, dzięki którym są w stanie lepiej wskazać, kto będzie dobrym posłem, niż ciemna masa wyborców. Niestety, na ogół te cechy kandydatów, jakie liderzy uznają za pozytywne i pożądane, całkiem inaczej prezentują się w oczach ludzi, którzy tych kandydatów znają od innej strony. Wypada pamiętać, że w warunkach polskich każda partia zmuszona jest wystawić ok. 1000 kandydatów i trzeba rzeczywiście specjalnych darów Ducha Świętego, żeby byli to wszystko kandydaci zasługujący na zasiadanie w ławach sejmowych. Oglądając wyniki wyborów do Sejmu znajdziemy dziesiątki nazwisk kandydatów, którzy zdobyli tylko jeden głos wyborczego poparcia.

     Po drugie: wycinanie się wzajemne kandydatów tej samej partii. Istnieje takie, zupełnie fałszywe, przekonanie, że im więcej kandydatów na liście danej partii, tym więcej głosów poparcia, bo sumują się głosy oddane na różnych kandydatów. Tymczasem każdy, kto ma jakieś poważne doświadczenie wyborcze wie, że jest odwrotnie: wyborca, który chętnie oddałby głos na kandydata X, widząc go w towarzystwie znanego mu ze złej strony kandydata Y, mówi o, nie, na X bym głosował, ale z tym Y na pewno nie. Drugim elementem tego wzajemnego wycinania się jest naturalna konkurencja pomiędzy kandydatami z tej samej listy. Ta konkurencja często zamienia się w kampanię negatywną w stosunku do partyjnych kolegów, co poważnie osłabia ostateczny wynik.

     Po trzecie: wycinanie się partii o zbliżonych programach. Jest znanym faktem, że najostrzejsza kampania toczy się pomiędzy partiami, które, w oczach wyborców, powinny być sobie bliskie i których programy i ideologie niewiele się różnią.

     Po czwarte: zagubienie i dezorientacja wyborców. Wyborca dostaje do ręki broszurę zawierającą kilkaset nazwisk, które nic mu nie mówią, bo ludzi tych nie był w stanie w żaden sposób poznać. Wielu wyborców gubi się w tej sytuacji i oddaje swoje głosy na przypadkowe, w zasadzie losowo wybrane nazwiska.

     Wszystkie te i inne czynniki sumują się do skutku, jakim jest rozdrobnienie partyjne w parlamencie i niemożność wyłonienia jednej partii, posiadającej większość mandatów a tym samym mandat do samodzielnego rządzenia. Dlatego przyspieszone wybory, w tym samym partyjnym kluczu, niczego nie rozwiążą i niczego nie poprawią. Stracimy tylko czas i pieniądze. Co innego, gdyby Bracia Kaczyńscy, korzystając ze swoich władczych prerogatyw i możliwości, przeprowadzili reformę prawa wyborczego i wprowadzili zasadę jednomandatowych okręgów wyborczych. Takie wybory są jak najbardziej pożądane i na takie wybory Polacy czekają jak kanie na deszcz.

 

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych