/Scripta volant?

Scripta volant?

(artykuł opublikowany w "Nowym Kurierze", Toronto, Kanada)

Za niepamiętnych czasów I Rzeczypospolitej przodkowie nasi rozumieli, że dla prawidłowej budowy państwa najważniejsza jest jakość stanowionych praw, regulujących życie państwowe i społeczne. Dlatego tu, nad Wisłą, powstały kodyfikacje prawne, do których przez stulecia dochodzić musiały inne narody, to tutaj, na trzy wieki przed Monteskiuszem, wprowadzono monteskiuszowski podział władz, to tu Kodeks Napoleoński wymyślono na trzy wieki przed Napoleonem, to tu po raz pierwszy w świecie wprowadzone wolną elekcję i powszechne wybory prezydenckie (choć tamtego prezydenta nazywano królem). Ci dawni Polacy, Polscy prawodawcy i legislatorzy, nie bali się na polskim tronie ani Niemca, ani Francuza, ani Węgra, ani Szweda, ponieważ rozumieli, i w to wierzyli, że najważniejsze są prawa, a złożona przysięga stanowi gwarancję ich respektowania i nienaruszalności.

     Może to wszystko było za wcześnie, może ludzkość nie dorosła jeszcze do poziomu, jaki chcieli zbudować polscy legislatorzy, historia zakpiła sobie z ich wysiłku, pracy i najlepszych intencji, wymazała Rzeczpospolitą z mapy Europy, tłumacząc nam dobitnie, że w świecie liczy się przede wszystkim siła, naga brutalna siła, a wszystkie te prawa dobrze się czują na zakurzonych półkach bibliotek a nie w życiu. Od tamtej pory kołacze się w polskim inteligenckim myśleniu pragnienie WODZA, silnej osobowości, przywódcy, który stanie na czele i poprowadzi nas w przyszłość niczym gen. Żeligowski na Wilno. Taką postawę wydaje się umacniać doświadczenie II Rzeczypospolitej, i ta postawa ujawnia się na każdym zakręcie, a dzisiaj w szczególności. Po okrutnych doświadczeniach legislacyjnych III RP, po nieustannej kompromitacji państwa prawa i rządów prawa, nikt już prawie nie przywiązuje znaczenia do zobowiązań i deklaracji, mało kto wierzy, żeby prawnie można było coś przyzwoicie uregulować. Dlatego też i kandydaci na Urząd Prezydenta RP, przede wszystkim odwołują się do swoich uroków osobistych, męskich walorów, bohaterskiej przeszłości, a jakoś jakby mniej wyjaśniają nam jak powinna wyglądać Polska, gdyby przypadkiem ich zabrakło.

     Działająca przy Uniwersytecie Warszawskim Fundacja Ius et Lex wydała właśnie nowy tom pisma "Ius et Lex", zatytułowany O naprawie Rzeczypospolitej, organizując, w przeddzień pierwszego posiedzenia nowo wybranego Sejmu, konferencję prasową w siedzibie gazety "Rzeczpospolita". Miło mi się pochwalić, że w tomie tym znajduje się tekst zatytułowany Znaczenie ordynacji wyborczej dla funkcjonowania państwa i budowy społeczeństwa obywatelskiego, napisany przeze mnie i mojego kolegę, też (niestety!) fizyka, prof. Czesława Oleksego. Wyjaśniamy tam potrzebę zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW), ale także pokazujemy absurdalność tzw. zasady proporcjonalności, oraz jak obecna ordynacja wyborcza gwałci konstytucyjne zasady.

     Otóż, po totalnej kompromitacji wszystkich stosowanych w ciągu ostatnich 16 lat ordynacji wyborczych do Sejmu, ostatnią redutą obrony status quo jest nieustanny klangor, że propozycja JOW jest całkowicie nierealna w warunkach polskich, ponieważ jej wprowadzenie wymaga zmiany Konstytucji, a to jest niemożliwe ani w tym, ani w żadnym innym pokoleniu! Ordonom tej reduty cierpliwie tłumaczymy, że są w błędzie, że to przede wszystkim ICH ordynacja powinna mieć kłopoty konstytucyjne, gdyby tylko znaleźli się uczciwi i bezstronni sędziowie tego zagadnienia. Podnoszą wtedy zgodnym chórem wrzask, że jesteśmy ignorantami i nieukami, że doktryna prawa, że na całym świecie, że powszechnie wiadomo, a poza tym co fizyk może rozumieć z Konstytucji i praw?

     Z tego powodu nie od rzeczy, szczególnie w kampanii, w której ważą się losy Polski, będzie przypomnieć czytelnikom fakt prawie nieznany, o którym się milczy i poza nawiedzonymi (jak autor tego tekstu), nikt o nim nie wspomina. Otóż 12 kwietnia 2001, spora grupa posłów (57) skierowała do Trybunału Konstytucyjnego wniosek – słuchajcie, Szanowni Reduciarze, słuchajcie – o uznanie ordynacji wyborczej, która ich wprowadziła na salony sejmowe, za sprzeczną z Konstytucją i naruszającą sformułowane tam zasady równości i … proporcjonalności. Wymienię tylko najważniejszych polityków partii Ius et Lex, pardon, Prawo i Sprawiedliwość, którzy ten wniosek podpisali. Byli nimi, dla przykładu, profesor prawa Jarosław Kaczyński, dr Ludwik Dorn, obecny o.m.c. premier Kazimierz Marcinkiewicz, Marian Piłka … Obszerne uzasadnienie tego wniosku zajęło dobrych kilka stron, ale niełatwo je znaleźć. Jedynym bodaj miejscem, gdzie cały ten dokument został opublikowany jest chyba "Biuletyn Informacyjny Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych" nr 8, z czerwca 2001.

     Zwróćmy uwagę na datę: 12 kwietnia 2001. Tuż przed nowymi wyborami parlamentarnymi. Od tamtego dnia minęły ponad 4 lata. Jarosław Kaczyński, Kazimierz Marcinkiewicz i Ludwik Dorn ponownie zostali wybrani do Sejmu według ordynacji, która – ich zdaniem – jest sprzeczna z Konstytucją. To znaczy: nie wiemy, czy takie jest ich zdanie, ale kierujemy się tutaj rzymską zasadą verba volant, scripta manent. (Słowa ulatują, ale pisma wiążą). Czy ta krytyka, zapisana i podpisana, wiąże dzisiaj wybitnych profesorów prawa, Lecha i Jarosława Kaczyńskich, czy wiąże desygnowanego na premiera Rządu RP Kazimierza Marcinkiewicza, czy wiąże wybitnego eksperta konstytucyjnego dra Ludwika Dorna? Nic bowiem na ten temat nie słyszymy. Nie słyszeliśmy na ten temat z ich ust ani słowa w czasie całej minionej kadencji sejmowej, ani w kampanii wyborczej do Sejmu, ani nie słyszymy nic w kampanii o Urząd Prezydenta Państwa. Czy ogłaszana przez nich IV Rzeczpospolita tym się będzie różniła od Pierwszej, że scripta, tak jak verba volant, volant, volant…?

 

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych