(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 27 września 2005, godz. 9.00 i 20.30)
    
Jeżeli w wyniku wyborów wyłonione zostały dwie zwycięskie partie z poparciem ok. 25% tzn., że wybory te nie spełniły swojego zadania, nie powstała możliwość utworzenia stabilnego rządu, który byłby w stanie rozwiązywać skomplikowane problemy. Partia, którą w wyborach poparło niecałe 10% Polaków nie ma mandatu do rządzenia i taka sytuacja oznacza kryzys rządowy i państwowy. Wspaniała nasza elita polityczna, przeżywając swoje wyborcze święto, ze smutkiem zwraca uwagę na przykry fakt, że 60% dorosłych Polaków pozostało w niedzielę w domach, a w każdym razie nie pofatygowało się do urn, aby wykonać ten obowiązek obywatelski, jakim jest oddanie głosu.

     Prawie wszyscy komentatorzy i prawie wszystkie autorytety ubolewają nad tym faktem i szukają jego przyczyn, posuwając się nawet do znieważania nie biorącej udziału w wyborach większości, twierdząc, że na miano obywatela zasługuje tylko ten, kto idzie i głosuje, nawet wtedy, kiedy na listach wyborczych nie jest w stanie znaleźć nikogo, kto by na jego głos zasługiwał. Ponieważ sam należę do tej nieobywatelskiej ciemnej masy, która, zdaniem naszych autorytetów moralnych nie rozumie ani swoich obowiązków, ani demokracji, w imieniu tych wszystkich ciemnych i nierozumiejących mówię: NIE! Nie wzięliśmy udziału w wyborach nie dlatego, że nas to nic nie obchodzi, tylko dlatego, że uważamy te wybory za wielką wyborczą farsę, za konkurs oszukany i nieuczciwy, w którym depcze się nasza prawa obywatelskie i nie daje szansy prawdziwego i rozumnego uczestnictwa.

     Zasadniczym elementem tego oszustwa wyborczego jest fakt, że jest to konkurs zamknięty, w którym sensownie uczestniczyć mogą tylko ci, którzy prawem kaduka rozdzielili między siebie nasze pieniądze i za te pieniądze urządzają sobie wybory. Zwróćmy, bowiem przede wszystkim uwagę na fakt, że mandaty poselskie zdobyli wyłącznie przedstawiciele tych partii politycznych, które otrzymują subwencje i dotacje z budżetu państwa i nikt poza nimi. I nie chodzi tu o to, że państwo, ze środków budżetowych, wydaje pieniądze na organizację wyborów – bo to jest normalne – ale o to, że wszyscy finansujemy partie polityczne i ich kampanie wyborcze, chociaż daleko nie wszyscy sobie tego życzymy. O tym, że jest to konkurs zamknięty, a więc niedemokratyczny i nieobywatelski, decyduje ordynacja wyborcza i jeśli chcemy mieć społeczeństwo obywatelskie i partycypację obywateli w demokracji, to tę ordynację przede wszystkim trzeba zmienić.

     Obywatele, jeśli mają świadomie uczestniczyć w wyborach i oddawać głosy zgodnie ze swoim sumieniem i na ludzi tego godnych, muszą mieć szansę poznania kandydatów, ich zalet i wad. Takiej możliwości nie daje głosowanie na listy partyjne i przy wszystkich absurdalnych wymogach jakie stawia ordynacja. Wniosek taki w sposób niewątpliwy nasuwa się z analizy frekwencji wyborczej.

     Średnia frekwencja wyborcza wyniosła w całym kraju 40, 17%. Jednakże w Warszawie ta frekwencja wyniosła 54,66%, o przeszło 20% była wyższa niż np. w województwie opolskim czy w wielu innych okręgach. Państwowa Komisja Wyborcza publikuje frekwencję w zależności od wielkości gmin. Okazuje się, że frekwencja ta rośnie proporcjonalnie do wielkości gminy: gdy w gminach do 5 tysięcy mieszkańców frekwencja wyniosła 35,66%, to w gminach do 20 tysięcy – 37,98%; do 50 tys. – 40, 23%; do 100 – 40,51%; do 200 – 40,95%; do 500 – 45.77%, a powyżej ‑ 49,60%, no a w Warszawie, jak powiedziałem – 54,66%.

     O czym to świadczy? Przyczyn jest kilka. Ten rosnący udział w wyborach ze wzrostem wielkości gminy świadczy o rozwarstwieniu ekonomicznym Polski i polskich gmin, o tym, że w dużych miastach, w tzw. metropoliach, żyje się lepiej, zarobki są wyższe, bezrobocie mniejsze i to jest jeden element bardziej przychylnej postawy mieszkańców. Drugim, może ważniejszym, jest fakt, że partie polityczne istnieją przede wszystkim w dużych miastach, a głównie w Warszawie, tam mają swoje oddziały szturmowe, swoich liderów, to w Warszawie i dużych miastach znajdują się te klamki, których trzeba się trzymać, jeśli chce się cokolwiek załatwić itp. W małych gminach, w małych miastach, na wsi żadnych partii politycznych nie ma i obywatele wiedzą o nich tylko z telewizji, radia i gazet. Porównajmy bowiem tę frekwencję z frekwencją w wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, jakie odbyły się w roku 2002! W tamtych – jednomandatowych wyborach – obraz frekwencji był dokładnie odwrócony: im mniejsza gmina, tym większa frekwencja i to właśnie w gminach wiejskich frekwencja wyborcza o ponad 20% przewyższała tę w Warszawie i wielkich metropoliach. Kiedy więc i kto był prawdziwym obywatelem, a kto na tę nazwę nie zasługiwał? Wniosek jest jeden: jeśli chcecie, aby obywatele uczestniczyli w wyborach dajcie im szansę na sensowne, uczciwe wybory, zmieńcie ordynację. Nie pomogą propozycje różnych naukowych instytutów politycznych, jak wysyłanie listów do wszystkich obywateli, przedłużanie godzin głosowania, dwa dni wyborcze czy nawet przymus chodzenia na głosowanie.

     W dyskusjach na temat wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych uczeni politolodzy niejednokrotnie wysuwają demagogiczny argument, że takie wybory są niedemokratyczne, ponieważ mandat do rządzenia uzyskują partie, które bynajmniej nie zdobywają poparcia ponad 50% wyborców. Np. w ostatnich wyborach w Wielkiej Brytanii Partia Pracy zdobyła poparcie 35,3% wyborców, ale to dało jej 53% mandatów. Frekwencja była wyjątkowo niska, bo 63%, co dla Brytyjczyków jest nie wiele, ponieważ tam regularnie ponad 70% uczestniczy w wyborach. Ale nawet przy tej niskiej frekwencji partia Tony'ego Blaira uzyskała poparcie ponad 22% wszystkich wyborców, a więc więcej niż w Polsce PiS i Platforma Obywatelska razem! Obrońcom ordynacji proporcjonalnej nie przeszkadza to wcale, aby twierdzić, że wybory partyjne są bardziej reprezentatywne od wyborów w JOW.

      Pomimo całego triumfalizmu liderów PiS-u, poza tym, że Bracia Kaczyńscy stali się znowu najważniejszymi figurami w polityce polskiej, żadnego powodu do euforii nie ma. Zgodnie z logiką ordynacji proporcjonalnej nie pojawia się prawdziwy zwycięzca, z mandatem do rządzenia, ale i z odpowiedzialnością za rządy. Już widzimy, jak liderzy tych ugrupowań kombinują, jakby tu posiąść władzę, ale wykręcić się od tej odpowiedzialności. Nie chce teki premiera wódz ani jednej, ani drugiej partii. Niby powinien zostać premierem Jarosław Kaczyński, ale to mogłoby przeszkodzić Lechowi w zdobyciu prezydentury. Podobnie kombinuje Donald Tusk. Rozumiemy ich dobrze: posada prezydenta państwa to gwarantowana synekura na całe 5 lat, podczas gdy posada premiera, w takiej sytuacji, jest diablo niepewna, a odpowiedzialność większa! Słucham debaty telewizyjnej obu liderów w przeszło 24 godziny po wyborach. Okazuje się, że nadal nie wiemy ani jaki będzie rząd, ani nawet kto będzie premierem, a o programie tego rządu na razie szkoda gadać. Jakże to inna sytuacja od krajów, w których są JOW, gdzie obywatele od razu znają i premiera i jego ministrów, gdzie obywatele wiedzą na co i na kogo naprawdę głosowali!

     Niedzielne wybory parlamentarne oznaczają tylko jedno: czasowe odsunięcie tzw. postkomunistów od rządów. Nie jest to żadne zaskoczenie, ponieważ już od wielu miesięcy eseldowcy szukali sposobu wykręcenia się od rządzenia. Wiedzą bowiem, że jeśli początek jest słodki, to koniec żałosny! Wszyscy przecież premierzy tego rządu opuścili szeregi partii, która ich na te stanowiska desygnowała, a partia usiłowała się od nich odciąć. Po pełnej kompromitacji tej partii przez komisje śledcze – rywinowskie, orlenowskie itd. ‑ wielu oczekiwało już całkowitego rozgromienia postpezetpeerowskiej nomenklatury. Sądzili, że wybory przyniosą chociaż całkowite wyeliminowanie układu eseldowskiego z parlamentu na wzór tego, co się stało z AWS. Tak się nie stało. W odróżnieniu od AWS-u, który był efemerydą polityczną – jak dzisiaj POPiS ‑ SLD jest partią z rozbudowaną strukturą i zapleczem, a przede wszystkim majątkiem i pieniędzmi. Takiej partii, przy pomocy partyjnych wyborów, pozbyć się nie sposób. Nadal więc, po 16 latach, jedynymi partiami, jakie nieprzerwanie, od okrągłego stołu istnieją w polskim parlamencie są postkomunistyczne struktury SLD i PSL!

     Nieistniejąca partia polityczna POPiS, która ma chwilową niewielką większość w Sejmie nie gwarantuje nam stabilnego rządu, a co za tym idzie rozwiązania nabrzmiałych problemów państwowych i społecznych. Ani PO, ani PiS nie mają poważnych struktur w terenie, nie mają więc zaplecza, a ich program społeczno-polityczny jest wciąż zagadką. Ich koalicja łatwo może się okazać niewystarczająca dla przeprowadzania zamysłów reformatorskich, nawet przy założeniu, że obie partie będą zainteresowane w jej utrzymaniu.

     Dla Polski jedynym wyjściem z tej patowej sytuacji byłaby szybka zmiana ordynacji wyborczej, wprowadzenie JOW i nowe wybory na nowych zasadach. Byłoby pożądane, żeby wielcy polscy patrioci, jak Bracia Kaczyńscy, Donald Tusk i inni zechcieli to wreszcie zrozumieć. Inaczej polska demokracja nadal będzie się kręcić jak pies za własnym ogonem.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.