Nigdy z królami nie będziem w aliansach
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyji…

Hymn Konfederatów Barskich towarzyszył mi nieomal codziennie, smętnie, dzielnie i rzewnie wyśpiewywany na korytarzach i celach nyskiego więzienia, i jest pierwszym wspomnieniem wywołującym we mnie potrzebę podsumowania 25 lat, jakie upłynęły od tamtych, wielkich dni Polaków, a których pamięć ma być teraz, 31 sierpnia, świętowana narodowo i wszechświatowo, w akompaniamencie nie litanijnego zawodzenia Konfederatów lecz bohaterskiej, tryumfalnej muzyki Michela Jarra. Tak się składa, że tego samego dnia, z moim przyjacielem Mirosławem Dakowskim, stać będziemy przed surowym obliczem Sądu Okręgowego w Warszawie, któremu się spodobało wezwać nas na ten dzień uroczysty, abyśmy za zamkniętymi drzwiami, na utajnionym procesie, usprawiedliwiali się dlaczego w książce, napisanej 14 lat temu, a poświęconej rabunkowi finansów Polski, zamiast dołączyć do ludzi zachwyconych epokowymi przemianami, ośmielili się pisać, że tak znowu wielkiego powodu do zachwytu nie ma, że podczas gdy setki tysięcy Polaków pozbawianych są, z dnia na dzień, środków utrzymania i pracy, w tym samym czasie wczorajsi ubecy i sekretarze stają się herosami biznesu, nieledwie zbawcami narodu, bo naszym kosztem budują sobie pałace i nabywają latyfundia.

     Dla nas obu ten dzień, ta rocznica, będą miały jak najbardziej sens symboliczny, spinający 25. letnią klamrą ćwierćwiecze naszej pracy, podczas którego żaden z nas ani broni nie złożył, ani z królami nie wszedł w alianse, ani szyji przed mocą nie ugiął. Gdy na terenie byłej Stoczni Gdańskiej – kolebki "Solidarności" – będzie rozbrzmiewała muzyka Jarra, my będziemy Sądowi usiłowali wyjaśnić, dlaczego nie ma już ani kolebki, ani innych stoczni, dlaczego tysiące młodych wówczas i dumnych stoczniowców, dzisiaj pozostają bez pracy, ewentualnie na jałmużnie zasiłków i przedwczesnych emerytur; skąd ponad trzymilionowe bezrobocie, skąd ponad 130 miliardów dolarów długu zewnętrznego i masowa emigracja naszej najbardziej przedsiębiorczej i zdolnej młodzieży itd. itp.

     Na ścianach nyskiego więzienia, hardzi solidarnościowi szwoleżerowie wypisali dumne hasło, przypisywane Lechowi Wałęsie: Związek jest, Statut ma i nie ma o czym dyskutować. Te proste słowa, dla wielu z nas, stanowiły konkretną wskazówkę: czego się trzymać. Powtarzaliśmy je nieledwie jak wyznanie wiary. Kiedy jednak, w 1989 roku, Lech Wałęsa zasiadł przed kamerami telewizyjnymi do słynnej debaty z Alfredem Miodowiczem, okazało się nagle, że nie ma już ani Statutu, ani Związku! Jest tylko Lech Wałęsa z grupą doradców, który z brawurą wziął na swoje skromne barki odpowiedzialność za ten stan rzeczy. W wywiadzie dla włoskiego pisma „Il Messaggero" oznajmił: To ja podzieliłem "Solidarność" i zawsze będę tworzył podziały, bo silny związek byłby przeszkodą na drodze reform. Jeśli to historyczne wyznanie odpowiada prawdzie, a więc jeżeli Lech Wałęsa nie przypisuje sobie nieskromnie zasług innych wybitnych polityków, to znaczy, że w jego osobie Związek "Solidarność" znalazł swojego Konrada Wallenroda.

     Najprawdopodobniej Lech Wałęsa, zgodnie ze swoją bujną naturą, mocno się przechwala. Jakiś przyszły Instytut Pamięci Narodowej kiedyś nam wyjaśni, kto jeszcze należał do tego zacnego grona? Niektórych nazwisk nie trudno się domyślić, ale z pewnością pomocne w tym będą zdjęcia z pierwszych rzędów zaproszonych na gdańską uroczystość.

     Historyczny proces podziału i rozbicia Związku "Solidarność" został przeprowadzony szybko, błyskotliwie i ze spartańską wręcz prostotą. To, co w żaden sposób nie udawało się komunie przy pomocy więzień, wyroków, konfiskat i czego tam jeszcze, to sprawnie dokonali swoi:

  1. Najpierw czystka w Związku. Wałęsa, wielkopańskim aktem, pozbawił wszystkich członków władz Związku, i tych wybranych na Gdańskim Zjeździe, i tych z podziemia, mandatu i powołał w ich miejsce komitety wykonawcze, regionalne i krajowe.
  2. Następnie nakazał wszystkim ponownie zapisywać się do "Solidarności", którą szybko zarejestrował z nowym statutem, uznającym mianowane w ten sposób komitety za legalne władze Związku. Był to prawdziwy, choć bezkrwawy zamach kwietniowy.
  3. Zwieńczeniem tych prac były sławne wybory czerwcowe, w których bez wyjątku mandaty poselskie i senatorskie uzyskali nominaci Lecha Wałęsy.

      Nowy związek okazał się tylko bladym cieniem starego, spychając na margines zarówno ogromną większość członków starego, którzy nie chcieli się poddać ponownej rejestracji, jak i większość starych władz.

     Starzy nie poddali się od razu i bez walki. Zawiązała się Grupa Robocza Komisji Krajowej, do której przystąpiła zdecydowana większość, bo ponad 40 członków KK wybranych w 1981 roku. Z inicjatywy Grupy pojawiło się, w czerwcu 1989, Porozumienie na rzecz Demokratycznych Wyborów w NSZZ "Solidarność", zwane Porozumieniem Szczecińskim od miejsca swego pierwszego Zjazdu. Jedynym celem, jaki sobie stawialiśmy, było doprowadzenie do zjazdu krajowego Związku, otwartego dla wszystkich ludzi "Solidarności" i demokratycznego, zgodnego ze Statutem, wyboru władz. Ze Szczecina wyruszyliśmy w Polskę, odbywając kolejne zjazdy w Będzinie, w Piotrkowie Trybunalskim, w Bydgoszczy i we Wrocławiu. Zjazd Wrocławski, największy, był zarazem ostatnim. Sprytna taktyka zamachowców, taktyka propozycji nie do odrzucenia, okazała się skuteczna, wyrywając po kolei z szeregów Porozumienia znanych działaczy: Matyjasa, Rulewskiego, Kropiwnickiego, Chrzanowskiego, Macierewicza, Słowika, Wójcika, Muszyńskiego, Szeremietiewa i innych. Kiedy Andrzej Słowik został wybrany przewodniczącym Regionu Łódzkiego w nowej "S", zaplanowany tam i już przygotowany kolejny zjazd Porozumienia nie mógł dojść do skutku. Związek "Solidarność" się rozpadł. W Szczecinie Marian Jurczyk powołał "Solidaność 80", w Katowicach, Daniel Podrzycki założył swoją, Wądołowski, Kocjan i inni uznali przewagę siły nad racją. Z "Solidarności" Sierpnia 1980 pozostał tylko szyld i parasol ochronny nad procesem przemian i terapią szokową Leszka Balcerowicza. Ten nowy, podzielony związek, tak jak chciał Wałęsa, nie mógł już być żadną przeszkodą na drodze reform. Pod tym parasolem, pod grubą kreską Mazowieckiego błyskawicznie wyrosły fortuny Kulczyków, Solorzy, Przywieczerskich, a kohorty byłych sekretarzy i esbeków uzyskały materialne zabezpieczenie swojego luksusowego statusu. Polska uznana została nieodwołalnie i wszechświatowo liderem globalnych przemian, głównym autorem upadku Związku Sowieckiego i komunizmu światowego. Ten obraz próżnej chwały utrwalają poustawiane wszędzie paraboliczne lustra. Teraz Wałęsa wyciąga rękę, ale daleko, ponad głowami tych, których tak zgrabnie podzielił, do Kwaśniewskiego i innych, oferując im poczesne miejsce przy świątecznym okrągłym stole.

     My, z Mirosławem Dakowskim, Izabelą Falzmannową i wieloma innymi przedstawicielami nauk ścisłych i technicznych (ale nie tylko!), proponujemy od lat rozbicie krzywych zwierciadeł i wyprostowanie stołu: żeby wiadomym było, kto jest kim. Proponujemy likwidację mechanizmu, który pozwala nam jedynie kręcić się wciąż w tym samym zaklętym kręgu beneficjentów historycznych zabiegów: likwidację tzw. ordynacji proporcjonalnej do Sejmu i otworzenie drogi, aby Polacy mogli sami, bez pomocy sztukmistrzów z Magdalenki, wyłonić swoją reprezentację narodową. Proponujemy Jednomandatowe Okręgi Wyborcze w wyborach do Sejmu. To jedyna droga, jaką widzimy, dla uratowania dziedzictwa Sierpnia, wysiłku długich szeregów autorów, wydawców, drukarzy, kolporterów, skrzynek kontaktowych, moczonych sikawkami, bitych pałkami etc. etc. nie poszedł na marne. Jeśli ktoś zna lepszy sposób – pora by go zgłosił. Jeśli takiego pomysłu nie ma, niech się weźmie, razem z nami, do roboty. Zbyt wiele czasu do stracenia nie mamy.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.