(artykuł dla pisma "Nowy Kurier" w Toronto)

Dociekliwi dziennikarze interesują się ostatnio kosztami kampanii wyborczej. (Piszę "ostatnio", bo to jest jakiś znak nowych czasów. Nie przypominam sobie dziennikarskich analiz kosztów wyborów w minionych latach. Ale może to jest tylko moje gapiostwo.) W "Polityce", która wciąż uchodzi za najpoważniejszy tygodnik polskich inteligentów, w numerze 14 (2498) z 9 kwietnia tego roku, znajdziemy tekst Marka Henzlera "Kasa na kiełbasę". Autor omawia i analizuje różne dane odnośnie wydatków na ostatnie kampanie wyborcze, a więc 2001 do Sejmu i Senatu, 2002 do samorządów, oraz 2004 do Parlamentu Europejskiego.

     Przytacza oficjalne dane z Państwowej Komisji Wyborczej, według których Budżet Państwa wypłacił partiom politycznym dotację, w wysokości 111671, 20 zł za jeden mandat poselsko-senatorski. Ponieważ posłów mamy 460, a senatorów 100, wynika z tego, że Rzeczpospolita wypłaciła zwycięskim partiom politycznym, w formie dotacji za poniesione przez nie koszta, w wysokości 560 x 111671,20 = 62 miliony 535 tysięcy 872 złote.

     Kwota ta jest warta kontemplacji. Według artykułu 114 pkt. 1 komitety wyborcze mogą wydawać (i gromadzić) na kampanię wyborczą jedynie kwoty ograniczone limitami. Ten limit, według następnego punktu, wynosi 1 złoty na jednego uprawnionego do głosowania wyborcę. Licząc globalnie, limit dla partii wystawiającej kandydatów na wszystkie miejsca mandatowe wynosi dokładnie tyle złotych ile jest wszystkich wyborców w Polsce. Powiedzmy, że liczba ta wynosi 30 milionów, żeby nie bawić się w drobiazgi. Wynika z tego, że każda partia ma prawo zgromadzić i wydać na kampanię wyborczą najwyżej 30 milionów złotych. Po wygranych wyborach dostanie z powrotem tylko część, równą stosunkowi liczby zdobytych mandatów do całkowitej liczby posłów i senatorów. Tak czy inaczej, wszystkie partie razem nie mają prawa dostać więcej pieniędzy niż 1 zloty na każdego wyborcę. Na logikę, Budżet Państwa ograniczyć powinien swoje wydatki za skuteczną kampanię wyborczą do kwoty 30 milionów!

     Oto zagadka: w jaki sposób mógł Budżet Państwa zwrócić partiom politycznym po 111 tysięcy za każdy mandat, a więc ponad 62 miliony, kiedy ordynacja wyborcza przewiduje górną granicę tych wydatków na 30 milionów!?

     Wszystkim w Polsce wiadomo, że Platforma Obywatelska – partia, której naczelnym hasłem jest uczciwość, oraz likwidacja wydatków na partie polityczne uchodzi za jedyną partię, jaka nie jest finansowana z Budżetu Państwa. Tego rodzaju opinie głoszą na wszystkich publicznych spotkaniach jej zwolennicy. Tak, ale… Ponieważ, pomimo tych szczytnych deklaracji, PO zdobyła 65 mandatów więc, zgodnie z kwotą ok. 111 tysięcy za mandat, otrzymała 7, 3 miliona dotacji. Jednakże, ze sprawozdania finansowego PO wynika, że oficjalnie wydała 16,3 milionów, a więc ponad dwa razy tyle niż Budżet zwracał, a 4 razy tyle niż wynosi ustawowy limit wydatków na jeden mandat!

     Prawdopodobnie częściowe rozwiązanie tej zagadki tkwi w nieustannie zmieniających się przepisach prawnych i nieustannym majstrowaniu przy ordynacji wyborczej. Poprzednia ordynacja limit dotacji dla partii politycznych określiła na wysokości 20% całości wydatków państwa na wybory parlamentarne, a tej kwoty będzie nam trudno dojść. Być może ten limit wyniósł wtedy właśnie 62 miliony złotych.

     Dla nas jednak istotna jest odpowiedź na pytanie: ile kosztuje zdobycie jednego mandatu parlamentarnego? Według sprawozdania PO, partia ta wydała, oficjalnie, ćwierć miliona na jeden mandat. A ile rzeczywiście i naprawdę? Jak wielka jest szara strefa wydatków wyborczych?

     Moim zdaniem, ta "szara strefa", nie ujęta w sprawozdaniach finansowych dla Państwowej Komisji Wyborczej, kilkakrotnie, 2-4 krotnie, przekracza oficjalne wydatki i rzeczywisty koszt kampanii wyborczej – dla nowej partii, która chciałaby wejść na scenę parlamentarną szacować trzeba na około 1 miliona na jeden mandat. Tyle mnie więcej wydała AWS w kampanii wyborczej roku 1997 i mniej więcej tyle samo wydała wtedy SLD, czyli ok. 200 milionów każda z nich. Wtedy ograniczeń takich, jak w obecnej ordynacji, jeszcze nie było.

     Ograniczenia – ograniczeniami, a koszty – kosztami. Jeśli Państwo narzuca partiom politycznym limity dużo poniżej kosztów, to w ten sposób powiększa się tylko "szara strefa". Natomiast cały konkurs wyborczy staje się jeszcze bardziej konkursem zamkniętym. Chodzi o to, że partie, które już weszły do parlamentu mają nie tylko dotacje i subwencje, ale też ich kampania wyborcza jest prowadzona przez całą kadencję parlamentarną. Mogą więc pozwolić sobie na zmniejszenie kosztów, bo i partie są znane i ich politycy są znani wyborcom. Każda organizacja, która zamierza wziąć w tym konkursie skuteczny udział, musi obliczać koszta takiego udziału według innej – rzeczywistej skali. A ta wynosi nie mniej niż ok. 1 milion złotych na jeden mandat. Biorąc pod uwagę, że partia musi przekroczyć 5% próg wyborczy, a 5% od 460 wynosi 23, więc każda partia, która chce się skutecznie zmierzyć z rządzącymi Polską partiami musi przygotować nie mniej niż 20 milionów złotych.

     Skąd wziąć takie pieniądze? Jaką drogą partie polityczne w Polsce pozyskują takie środki? To są podstawowe pytania, jakie stawiać muszą sobie wszyscy kandydaci do miejsc parlamentarnych.

     Konkurs jest więc zamknięty. Tylko ci, którzy takim lub innym sposobem potrafili "chwycić kasę" mają w tym konkursie jakieś szanse. Konkurs jest zamknięty coraz bardziej. Ustanowienie limitów wydatków na 1 złoty na wyborcę nie otwiera konkursu i nie czyni go bardziej dostępnym ludziom z mniejszymi funduszami. Jest dokładnie odwrotnie. Limity przeszkadzają ewentualnym nowym partiom wejść na scenę polityczną i działają na korzyść tych, którzy już się na nią dostali.

     Ten konkurs "otworzyć" może tylko zmiana systemu wyborczego i wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. Tylko w ten sposób można myśleć o przeprowadzeniu kampanii wyborczej z kwotą ok. 60 tysięcy złotych, czyli taką, jaką przewiduje ustawowy limit wydatków na jeden mandat. Inaczej będzie trwał chocholi taniec w tym samym "zaczarowanym" kręgu.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.