(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 14 czerwca 2005, godz. 9.00 i 21.30)

Dziesięć dni temu odbył się „III Marsz na Warszawę" Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów, którego uczestnicy od lat domagają się zasadniczej reformy prawa wyborczego do Sejmu, upatrując w obecnym systemie wyborczym źródło wielu plag trapiących obywateli naszego państwa, a także – a może przede wszystkim? – łamiącym nasze, konstytucyjnie zagwarantowane, prawa, odbierającym nam samą możliwość kandydowania do Sejmu, łamiącym zasady równości, bezpośredniości a nawet proporcjonalności wyborów.

     Można mieć różny stosunek do zgłaszanej przez Ruch propozycji wprowadzenia, na wzór brytyjski, jednomandatowych okręgów wyborczych. Na świecie nie brakuje zwolenników innych rozwiązań, ostatecznie, gdyby nie było ludzi upatrujących w obecnym systemie jakichś zalet, to nie zostałby on wprowadzony. Można mieć wątpliwości, czy przeprowadzona przez nas analiza zarzutów konstytucyjnych jest prawidłowa, czy system brytyjski na pewno sprawdzi się w polskich warunkach, czy w referendum Polacy zaakceptowaliby naszą propozycję, „wątpię, więc jestem inteligentny" – można by strawestować Kartezjusza. Tylko jednak głupcy – ludzie nie rozumiejący jak funkcjonują demokracje – mogą uważać, że sprawa, która mobilizuje wielu Polaków do takiego wysiłku, sprawa, za którą w uroczystych uchwałach opowiedziały się niezliczone rady gminne, powiatowe i inne, jest sprawą mało ważną. O tym, że jest to sprawa zasadnicza świadczy nie tylko fakt, że proponowany przez nas system wyborczy mają u siebie, już nawet od kilkuset lat, najważniejsze i najwyżej rozwinięte kraje świata, ale świadczy o tym wysiłek reformatorski podjęty w tej sprawie w innych krajach: we Francji, we Włoszech, w Japonii, w Nowej Zelandii, a w ostatnich tygodniach na Tajwanie. Wszędzie tam przeprowadzona reforma prawa wyborczego stanowi cezurę historyczną, po jej wprowadzeniu w sposób istotny zmieniło się funkcjonowanie instytucji państwa. Nie można Ruchowi na rzecz JOW zarzucić jednej rzeczy: że walczy o pietruszkę, o jakieś nic nie mówiące i drugorzędne sprawy. Nikt też nie może nam zarzucić, że dopominamy się o jakieś przywileje, jakie nie przysługują innym, że walczymy o jakieś indywidualne, grupowe czy środowiskowe beneficja. Każdy, kto choć przez chwilę nad tym pomyśli zauważy, że upominamy się o prawa przysługujące wszystkim Polakom, że protestujemy i walczymy z dyskryminacją nie jakiejś grupy, lecz z dyskryminacją, której podlegają ogromne rzesze polskich wyborców, albowiem obecny system wyborczy oznacza nienależne przywileje dla garstki partyjnych koterii, w szczególności dla grupy partyjnych baronów wszelkich odcieni, tak z lewa jak i z prawa, a nawet ze środka

     Marsz JOW odbył się przy kompletnym, totalnym milczeniu wszystkich mediów publicznych. Nie zająknęła się w tej sprawie żadna większa gazeta, zmową milczenia objęły Marsz redakcje publicznych programów radiowych i telewizyjnych. O Marszu nie znalazła się żadna zapowiedź, nie ukazała się żadna relacja. Osobiście rozmawiałem na Placu Zamkowym z przedstawicielem Polskiej Agencji Prasowej i wręczyłem mu tekst naszej petycji, którą za chwilę przekazaliśmy Prezydentowi Rzeczypospolitej. Ani słowa w informacjach PAP. Do manifestujących nie wyszedł żaden poseł, ani senator (przepraszam, z wyjątkiem posła Zbigniewa Nowaka!). Zamknęli się w budynku Sejmu, udając, że nas nie widzą i nie słyszą.

     Kilka dni później, w minioną sobotę podobną trasą przeszła parada homoseksualistów. O tym wydarzeniu od tygodni trąbiły wszystkie media, reklamując je na okrągło. Przemarsz kilkuset zwolenników miłości na opak, stanowił pierwsze informacje we wszystkich dziennikach telewizyjnych i radiowych, wszystkie gazety poświęcają temu epokowemu zjawisku miejsce na czołówkach i sążniste artykuły w środku. Przyszli zatroszczyć się o prawa normalnych inaczej premierzy rządu, posłowie i senatorowie. Wszystkim udzielono głosu w mediach, na które wszyscy zmuszeni jesteśmy łożyć pieniądze. Jeśli wierzyć tym przekazom, to większość obecnych nie stanowili wcale żadni seksualni dewianci lecz obywatele zatroskani łamaniem prawa do wolności, a przede wszystkim liczni politycy i dziennikarze. „Ja tu nie jestem, by popierać homoseksualistów, ale jeśli łamane są prawa do wolności, to mamy prawo wyjść na ulice i go bronić" – wyjaśniał reżyser i wicemarszałek Senatu Kazimierz Kutz. W podobnym duchu wypowiadał się wicemarszałek Sejmu Tomasz Nałęcz, wicepremier Jaruga-Nowacka. Pomimo, że „parada" odbyła się już kilka dni temu, nadal jest przedmiotem telewizyjnych newsów i pretekstem do „obywatelskich debat". Jak powiedział spiker we wczorajszym dzienniku telewizyjnym: „Parada równości była głośna i jeszcze długo będzie głośna".

     Ustawa o radiofonii i telewizji, w art. 21 ust.2 stwierdza jednoznacznie: „Programy publicznej radiofonii i telewizji powinny (1) rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń w kraju i za granicą, (2) sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej, (3) umożliwiać obywatelom i ich organizacjom uczestniczenie w życiu publicznym poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk oraz wykonywanie prawa do kontroli i krytyki społecznej".

     Nic lepiej niż to, co się stało przy okazji Marszu JOW, przez porównanie do parady gejów i lesbijek, nie ukazuje jak głęboko i trwale łamane są prawa normalnych obywateli oraz do jakiego stopnia zawłaszczone i skorumpowane zostały media publiczne. Jak w ogóle, bez funkcjonowania urzędu cenzury, możliwe jest tak dalekie skorumpowanie środków masowego przekazu? Jak oni to robią? Gdzie i jak zwołują swoich agentów wpływu w redakcjach i dyrekcjach?

     Bez względu na to, jak wyrafinowane techniki oszukiwania społeczeństwa mają tutaj zastosowanie, ich bankructwo jest oczywiste. Tak działali komuniści, w ten sposób tłumili opór społeczny. Panicznie bali się wolnego słowa, nie było mowy o żadnej debacie publicznej. Oni jednak bronili systemu, bronili idei imperialnej, stały za nimi czołgi i rakiety niezwyciężonego Związku Sowieckiego. W Polsce dzisiaj jest inaczej. Tzw. klasa polityczna nie broni dzisiaj żadnego systemu, żadnych ogólniejszych wartości, nawet pseudo-wartości, jak pseudo-wartości komunizmu. Bronią tylko swoich diet, swoich osobistych korzyści, swoich przywilejów, za którymi nic i nikt nie stoi. Nie upomni się o nich żadna Unia Europejska, żadna Bruksela, chyba, że wszyscy przejdą od jutra na homoseksualizm. Wtedy Unia skrzywdzić ich nie pozwoli, nawet jeśli ta krzywda polegać by miała na zakazie odbywania homoseksualnych stosunków na ulicy. Jeśli więc liczą na pomoc z zewnątrz, niech kupują różowe spódniczki, kolczyki i szminki, żeby europejskie oddziały szybkiego reagowania wiedziały kogo chronić.

 

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj