/Skąd się biorą takie Palikoty?

Skąd się biorą takie Palikoty?

Artykuł prof. Przystawy pt. Fałszywe konflikty, fałszywe lojalności wręcz sprowokował mnie do tego, by przywołać to, co napisał w "Rzeczpospolitej” z 30 marca 2007 r. Rafał Ziemkiewicz o wspomnianym tutaj milionerze z lubelskiej Platformy Obywatelskiej. W felietonie Prawo omerty, który tak mi się spodobał, że aż go sobie zachowałem, prawicowy publicysta pisze: Janusz Palikot próbuje strącić z Platformy Obywatelskiej Jana Rokitę. [….] Otóż Palikot twierdzi, że Rokita musi odejść, ponieważ wynosi na zewnątrz wewnętrzne spory w partii. Co więcej, oznajmiając to, powiada, że właściwie także on sam powinien być za to, co mówi o Rokicie, wyrzucony, bo przecież też upublicznia w ten sposób wewnątrzplatformerskie spory.

Po czym Ziemkiewicz porównuje to ze sporami politycznymi w krajach demokratycznych, stosujących w 100% zasadę JOW: W Wielkiej Brytanii i USA uważa się za coś oczywistego, że spory o linię, program i personalne propozycje ważnej partii toczą się publicznie. [….] Partia polityczna bowiem w cywilizowanej demokracji należy do wyborców, a nie do swoich aparatczyków. I wyborcy ci muszą wiedzieć, co się w niej dzieje. To rzecz elementarna. Podobnie jak u nas za rzecz elementarną uchodzi, że partia to rodzaj mafii. A w mafii, wiadomo, poszczególni gangsterzy mogą się gryźć, ale na zewnątrz obowiązuje omerta, nakaz milczenia, którego złamanie jest karane z całą surowością.

Jakkolwiek to porównanie polskich partii politycznych do mafii może się wydać radykalne, warto się jednak zastanowić nad jego głębszą wymową. Nie chodzi bowiem tutaj o populistyczne oskarżenia o łapówkarstwo i kontakty z gangsterami (że przypomnę pomówienia Andrzeja Leppera z 2001 roku, czego sam zainteresowany nie potrafił udowodnić). Ale gdy patrzę chociażby na sprawę mafii węglowej, zarzutów prokuratorskich wobec Barbary Blidy i jej samobójczej śmierci, czy aferę mostową w Warszawie, różnych rzeczy mogę się jeszcze spodziewać. Ile razy jeszcze w tym kraju można pytać o styl uprawiania polityki, zwykłą uczciwość względem wyborców i szerzej obywateli – innymi słowy O STAN ELIT PARTYJNYCH w naszym kraju i czy w ogóle można tu mówić o jakiś elitach partyjnych?! Nowa klasa polityczna nie wytworzy się samoczynnie – trzeba wprowadzić rozwiązania ustrojowe zwiększające odpowiedzialność posłów przed wyborcami, a nie tylko baronami partyjnymi, takimi jak poseł Palikot czy niegdyś Paweł Piskorski w Warszawie.

Janusz Palikot twierdził, że wyrzucenie Rokity powinno nastąpić za przewinienia większe, niż Zyty Gilowskiej czy Pawła Piskorskiego, ale pod względem wewnętrznej histerii i poziomu obłudy sam jakby Piskorskiemu nie ustępował. Głęboko mylą się ci, którzy twierdzą, że ordynacja wyborcza jest bez znaczenia, że i tak wszystko stracone, a gdy ordynację zmienimy, to bogacze wszystko rozkradną. Nam, zwolennikom ordynacji JOW, często zarzuca się, że prowadziłaby ona do nadmiernego zwycięstwa ludzi bogatych. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – w dużych okręgach bogatym jest jeszcze łatwiej, bo rosną koszty kampanii wyborczej, a większość kandydatów to dla wyborców nic nie mówiące nazwiska, które stanowią tylko tło. Nie chcę tu sugerować, że poseł Palikot złamał prawo, bo nawet go o to nie podejrzewam, ale trudno nie zauważyć, że w systemie list partyjnych ludzie bogaci i posiadający szerokie kontakty w biznesie są przyciągani przez partie jak magnes. Nie piszę tego z zazdrości ani zawiści, ale w końcu ktoś musi to napisać. Palikot nawet nie musiał mieć doświadczenia politycznego ani nadmiaru rozsądku w głowie, nie musiał też jakoś szczególnie zasłużyć się dla Platformy Obywatelskiej, będąc jej aktywnym działaczem. Wystarczy, że do niej wstąpił i już dostał pierwsze miejsce na liście wyborczej! A z pierwszego miejsca, wiadomo, droga do Sejmu pewna – gdyby wystawili go, już nie powiem według alfabetu, ale powiedzmy dziesiątego, nie miałby już takich szans. Problem polskiej demokracji polega bowiem nie tylko na niskiej frekwencji, ale i na mało świadomym głosowaniu – wyborcy często głosują po prostu na pierwsze osoby z listy, które trafiły tam np. dlatego, że były znane, a niekoniecznie najbardziej zasłużone dla partii.

Śmiem twierdzić, że taki stan rzeczy był przyczyną pęknięcia w lubelskiej Platformie Obywatelskiej – w ubiegłym roku na Lubelszczyźnie było głośno o odejściu z partii około 100 jej członków. Żartowałem wtedy, że nie wytrzymali z Palikotem, ale centralnemu kierownictwu tej partii zapewne nie było do śmiechu. Proszę jednak zauważyć, jak wysoko Palikot stawia obronę gejów, Żydów i ludzi z SLD (powiedział nawet, że to najważniejsze zadanie dla PO), a jak traktuje swojego kolegę partyjnego Jana Rokitę?! W każdym razie władze Platformy najwyraźniej uznały, że lekarstwem na ten ostatni problem nie jest egzekucja prawa omerty, ale ucieczka od niego, choć na miejscu Tuska aż miałbym ochotę Palikota wyrzucić. Miałbym taką chęć, skoro już sam powiedział, że powinien być wyrzucony, choć podzielam zdanie Rafała Ziemkiewicza, że jeśli już, to z innego niż sądzi powodu.

Jest jednak jeszcze drugi ważny powód, niż kompletne niezrozumienie dopuszczalnych zasad wewnątrzpartyjnych sporów, jakimi należy się kierować. W Lublinie zawiązała się koalicja PO-PiS, a Palikot twierdzi, że Platforma nie może być lepszym PiS-em. Jeśli zaś nie może być lepszym PiS-em, to czemu zawiązała z nim koalicję? Pytam prowokacyjnie, gdyż w gruncie rzeczy nie mam nic przeciwko, aby Platforma była lepszym PiS-em. Lubelscy samorządowcy o możliwości zawiązania takiej koalicji mówili już przed wyborami, a w lokalnym PiS-ie nikt nikomu nie robił zarzutów, że w drugiej turze wyborów popiera kandydata PO na prezydenta Lublina Adama Wasilewskiego, tak jak Janowi Rokicie robiono wyrzuty z analogicznego poparcia kandydata PiS-u w Krakowie. A więc jakieś prawo omerty tutaj jednak wystąpiło i pod tym względem Platforma nie była ani lepszym PiS-em, ani lepszą Platformą, ale gorsza od lubelskiego PiS-u.

Nie bez przyczyny Jan Rokita pouczał Palikota, że nie wystarczy być bogatym, aby być mądrym, zaś na konwencji PO przestrzegał, by Platforma nie zadufała się w swej opozycyjności. A Platforma rzeczywiście się zadufała, pewna swego jak przed wyborami w 2005 roku, które zasłużenie przegrała. Warto jednak zwrócić uwagę na porównanie sporów partyjnych (którymi nie należy się zrażać, jeśli są polemiką na wysokim, merytorycznym poziomie) w Polsce i w krajach demokratycznych stosujących od lat zasadę JOW. Dzięki ordynacji jednomandatowej parlament jest reprezentatywny (wbrew temu, czego uczono mnie o naszej ordynacji na lekcjach WOS-u – pamiętam do dzisiaj reakcję koleżanki, która pierwsza zwróciła uwagę, że ta nasza konstytucyjna proporcjonalność to fikcja i bujda), zaś spory polityczne są bardziej naturalne i konstruktywne, bo każdy poseł może głosować i udzielać się, jak naprawdę uważa, a nie jak mu każą, podczas gdy u nas, jak pisze prof. Przystawa, mamy fałszywe konflikty i fałszywe lojalności. Oczywiście układy partyjne budowane na tych zasadach nie są stabilne, a ta bomba z opóźnionym zapłonem prędzej czy później musi wybuchnąć. Przekonał się o tym PiS, gdy odchodził Marek Jurek; przejechała się na tym i lubelska Platforma Obywatelska, której przewodniczącym jest właśnie Janusz Palikot.

Lublin, 4 lipca 2007

 

About Krzysztof Kowalczyk

uczestnik Ruchu JOW od 2007 r.; wiceprezes okręgu lubelskiego Stowarzyszenia na rzecz Nowej Konstytucji Kukiz'15