/Partie sezonowe w natarciu

Partie sezonowe w natarciu

Druga dekada września 2004 to radosny jubileusz 15 lat od czasu powołania Tadeusza Mazowieckiego na urząd premiera. Gratulacjom i dywagacjom nie ma końca. Tadeusza Mazowieckiego oglądamy raz jak wesoło "puszcza zajączki" z trybuny sejmowej, to znowu kiedy chwyta się za serce, zbyt mocno bijące z nadmiaru wrażeń. Widzimy codziennie bohaterów tamtych lat, ze szczególnym wzruszeniem zawsze oglądam Waldemara Kuczyńskiego, głównego doradcę premiera, którego rad, udzielanych jeszcze z Paryża, nie jestem w stanie zapomnieć. Z emigracji albowiem przestrzegał nas przed nadmiernie aktywną walką z komuną, gdyż, jego zdaniem, "komunizm będzie trwał, co najmniej, tak długo jak rozbiory", jasne więc jest, że człowiek obdarzony taką intuicją polityczną jak najbardziej nadawał się na prawą rękę Mazowieckiego. Zresztą i sam premier zaledwie jakiś tydzień wcześniej, na łamach redagowanego przez niego "Tygodnika Solidarność" zaklinał Solidarność, żeby do rządu nie iść w żadnym razie. Coś się jednak przez ten tydzień stało i nagle, i on sam i jego główny doradca, od razu i rączo wzięli w ręce ster państwa. "Nie chcem, ale muszem", to nie tylko Lech Wałęsa, wbrew sobie musiał wziąć władzę, ale również i wybitny intelektualista, Pan Tadeusz, też nie chciał, ale jakoś "musiał". I tak to jakoś, od tamtej pory, idzie. Jeden Leszek Miller nie robił min "misia-skromnisia" – że niby on, w życiu, ani nigdy nie myślał o posadzie premiera – od początku zgłaszał gotowość objęcia posady szefa rządu. Z wszystkimi innymi cały czas było odwrotnie: niemal siłą trzeba ich było zapędzać na to stanowisko.

     Mimo wysokich notowań w kręgach elity politycznej i intelektualnej, zarówno polskiej, jak i zagranicznej, jakoś nie zyskał Pan Tadeusz wielkiego miru u swoich rodaków. Nie udało mu się stworzyć porządnej partii politycznej, na chwilę tylko pojawił się zabawny twór partyjny o nazwie ROAD, który potem zamienił się w UD, a ta z kolei w UW, a dzisiaj to już nie wiadomo gdzie jej szukać. Z rozgrywki o fotel prezydenta wyeliminował go nikomu nieznany Stanisław Tymiński, a Unia Demokratyczna, wprawdzie dostała się do Sejmu, ale z poparciem w okolicy 10%. Szybko jednak zmieniła szyld i na haczyk Unii Wolności próbowała nałapać zwolenników. Stosunek Polaków do tej partii i jej szefa dobrze ilustruje incydent, jaki przytrafił mi się w kampanii wyborczej 1991. Pewnego ładnego popołudnia, na rynku w ÂŒwiebodzicach, prowadziłem kampanię o listę Partii Wolności, założonej przez Kornela Morawieckiego. W pewnym momencie zaatakował mnie jakiś obywatel, z lekka pod dobrą datą. Zabrał się do mnie całkiem ostro, usiłując odebrać mi mikrofon i obrzucając mnie wyzwiskami, w których padały wszystkie brzydkie słowa, z tymi na "ch" i na "k" włącznie. Kiedy już wyczerpał repertuar i nic nie przychodziło mu do głowy, nieledwie rzucił się na mnie z pięściami wołając "…ty, …ty, …ty …siło spokoju!" W tym momencie zdałem sobie sprawę, że obywatel popełnił to, co na lekcjach łaciny nazywano "error in personae", biorąc Bogu ducha winnego Kornela Morawieckiego, za patrzącego na nas z plakatów we wszystkich oknach wystawowych, Tadeusza Mazowieckiego, podpisanego głównym hasłem jego kampanii wyborczej: "Siła spokoju". "Panie, powiedziałem, pan się myli, to nie Mazowiecki, tylko Morawiecki!" "Jak to, to jest inny?" Tak, zapewniłem go, Morawiecki, a nie Mazowiecki", "A…, to przepraszam za pardon!" – ukłonił się z gracją i zostawił mnie bez uszczerbku.
     Nie wytrwał Pan Tadeusz długo na posadzie premiera, a osierocony przez niego rząd przygotował nam za to "pierwsze wolne wybory" według ordynacji, którą prof. Zbigniew Brzeziński nazwał "najgorszą i najgłupszą na świecie". Ta ordynacja, nadająca partiom politycznym ogromne przywileje, wprowadziła do Sejmu 27 partii politycznych i karuzelę premierów, która trwa niezmiennie, pomimo wszystkich przeróbek tego potworka ustawowego. Dzięki temu premier Belka jest 11. premierem RP, co daje ładny wynik: jeden rząd na 16 miesięcy. Zakładając dobrą wolę, można sobie wyobrazić, że nasi prawodawcy chcieli się wzorować na II RP, gdzie też było fajnie: w ciągu 20. lecia tylko 28 rządów! To bije nawet rekord I Republiki Włoskiej, która, pod rządami partyjnej ordynacji, zafundowała sobie 51 rządów w ciągu 46 lat.
     15 lat praktykowania demokracji a la Mazowiecki dało nam w efekcie państwo bez rządu i z sezonowymi partiami politycznymi. Rząd premiera Marka Belki jest wyłącznie atrapą, której jedyną racją istnienia jest fakt, że bez niego trzeba by rozwiązać parlament i odebrać naszym parlamentarzystom ich parlamentarne apanaże. Nie ma on jednak poparcia ani w tym Sejmie, ani w żadnej partii, ani w społeczeństwie. Parę dni temu Sejm JEDNOMYÂŒLNIE podjął uchwałę domagającą się od rządu wystąpienia w sprawie odszkodowań za zniszczenia i straty wojenne. Pomijam dziwaczność sytuacji występowania z taką uchwałą w 60 lat po wojnie i po 15 latach od upadku PRL. Ważne, że była to uchwała jednomyślna. Co w takim wypadku może zrobić premier, który uważa, że to jest błąd i nieporozumienie? Jeśli nie jest w stanie przekonać swojego Sejmu, to jedyne co mu pozostaje, to podać się do dymisji. Co robi Marek Belka i jego ministrowie? Dezawuują jednomyślne stanowisko całego Sejmu i odcinają się od niego. Mamy więc sytuację jak najbardziej kabaretową: wszystkie partie polityczne przeszły do opozycji i odcinają się od rządu! Takiej sytuacji nie notują chyba kroniki demokracji.
     Ta "opozycja" jest tyle samo warta co te partie i ten rząd. Jest to opozycja sezonowa, tak jak i te partie są tworami sezonowymi: na jeden, czasem na dwa sezony polityczne. Do tej pory wyłamywały się z tej reguły wyłącznie te partie, które przejęły schedę, a więc majątek i struktury po PZPR i jego "sojuszniku" – ZSL, czyli SLD i PSL. Ten majątek umożliwił im przetrwanie tych burzliwych 15 lat, ale teraz już i im w oczy zagląda widmo upadku i wypadnięcia z gry. Co było do rozgrabienia zostało rozgrabione, nie ma już na co kupować nowych członków i zwolenników. W ostatnich dniach odwiedziłem kilka miast na ÂŒląsku, spotykając się z prezydentami miast, starostami i urzędnikami. Pytałem wszędzie, czy w ich miastach, w gminach wiejskich nie ma nawet co pytać, istnieją jakieś partie polityczne i jak są liczne? Sugerowałem, że wszystkie partie polityczne w Polsce, razem wzięte, nie liczą więcej niż 200 tysięcy członków. Ależ skąd, wołali jednogłośnie moi rozmówcy, góra 100 tysięcy!
     Czy 100 tysięcy członków, płacąc składki, powiedzmy, 20 złotych na miesiąc, jest w stanie utrzymać przy życiu ok. 20 partii politycznych, które dzisiaj zasiadają w ławach sejmowych? Pytanie retoryczne. To my, cała prawie 40 milionowa ludność Polski, musimy ich utrzymywać, chociaż wcale nie chcemy. Zmuszeni jesteśmy płacić i głosować na nich, ponieważ wolne wybory w Polsce są fikcją. Wolne wybory są wtedy, kiedy obywatele mają równe prawa wyborcze i kiedy każdy, kto czuje się na siłach, może w takich wyborach brać udział i w nich kandydować. W Polsce to jest niemożliwe. W Polsce, jak to trafnie zauważył p. Janusz Baczyński, wybory odbywają się zawsze w dwóch turach: jedna, najważniejsza, w której uczestniczyć mogą tylko wodzowie partii politycznych, ustala listy kandydatów, w drugiej turze mają prawo uczestniczyć pozostali obywatele RP. Jak widać po spadającej systematycznie frekwencji wyborczej, coraz mniej Polaków chce w tej drugiej turze brać udział.
     Przeciętny śmiertelnik, a nawet człowiek bardzo wykształcony, z trudem dostrzega związek sezonowości partii politycznych, braku rządu i stabilności politycznej z systemem wyborczym. Dobrym przykładem jest tu wielki publicysta polityczny, Stanisław Cat-Mackiewicz, swego czasu nawet premier rządu polskiego na emigracji. Cat nie znosił Anglików i Anglii, w książce "Londyniszcze" napisał (cytuję z pamięci): "Każdy Polak w Anglii, z roku na rok, Anglików coraz bardziej nienawidzi. A ja wyprzedziłem moich rodaków o 6 lat"! Pomimo tego krytycyzmu, nie wahał się wielokrotnie pisać (np. "Historia Polski", "Lata Nadziei", "Zielone Oczy"), że przewaga Anglików nad innymi nacjami na tym polega, że potrafią podzielić się na dwie partie.
     Cat nie znał jeszcze prac francuskiego politologa M. Duvergera, który wyjaśnił, że to nie geniusz Anglików, ale ordynacja wyborcza z jednomandatowymi okręgami wyborczymi (JOW), z wyborami w jednej turze, prowadzi do systemu dwupartyjnego, że nie ma w tym żadnej cudownej właściwości angielskiej, że taki cud zafundować może sobie każdy naród, wprowadzając JOW.
     W sobotę, 18 września, zbiera się w Kielcach III Zjazd Krajowego Komitetu Referendalnego o JOW w Wyborach do Sejmu. Komitet ten, zawiązany w marcu we Włocławku, stara się wypełnić tę lukę w świadomości politycznej Polaków, którą pozostawiły pisma Cata-Mackiewicza. Komitet apeluje o przyłączenie się do tej akcji, tłumaczy i wyjaśnia, że Polski nie stać na sezonowe partie polityczne, na kraj bez rządu, na utrzymywanie klasy próżniaczej. Do Komitetu zgłosiło akces wielu prezydentów miast, burmistrzów i wójtów, rektorzy polskich uczelni, jak np. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Wrocławskiego, Lubelskiego, Gdańskiego, rektorzy wielu innych szkół wyższych, którzy zrozumieli, że próżne jest kołatanie do tej klasy o zrozumienie najbardziej elementarnych potrzeb narodu. Miałem parę dni temu gościa, wielkiego amerykańskiego fizyka, który mi tłumaczył, że warunkiem rozwoju kraju, w perspektywie dziesięcioleci, jest minimum 2,5% PKB przeznaczone na naukę. Kiedy mu powiedziałem w Polsce jest to niecałe 0,4% patrzył na mnie z niedowierzaniem. Ale po co Polsce takie pieniądze, ani Tadeusz Mazowiecki, ani Aleksander Kwaśniewski, o Lechu Wałęsie nie wspominając, studiów wyższych nie ukończyli, a klękajcie narody, jacy mądrzy!
     15 lat, z punktu widzenia budowania Państwa Polskiego, to czas stracony. Kończy się kolejny sezon polityczny, sezonowe partie polityczne przystępują do natarcia o swój byt i o swoje przywileje. Mija kolejny rok walki narodu polskiego z partiami politycznymi. Jest to walka wyniszczająca. Czas z tym skończyć. Anglikami nie będziemy, to jasne i pewne, ale możemy od Anglików wziąć ich ordynację wyborczą. Pora, żebyśmy to wszyscy zrozumieli.

Artykuł ukazał się w "Nowym Kurierze" w Kanadzie

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych