(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 31 maja 2005, godz. 9.00 i 21.30)

3 czerwca zbieramy się, w samo południe, na Placu Zamkowym w Warszawie, aby głośno domagać się przywrócenia nam naszych niezbywalnych praw obywatelskich, przede wszystkim tzw. biernego prawa wyborczego w wyborach do Sejmu, zagwarantowanego w art.99 ust.1 Konstytucji RP, a następnie potwierdzonego w Ustawie Ordynacja Wyborcza do Sejmu RP. Z Informacji o działalności Trybunału Konstytucyjnego przedstawianej Sejmowi, wynika, że prawa nie mogą mieć charakteru fikcyjnego. Tymczasem ta sama Ustawa ogranicza to prawo w takim stopniu, że skorzystanie z niego, dla ogromnej większości obywateli, zostało sprowadzone do fikcji.

     Przede wszystkim, żaden obywatel polski, nawet gdyby jego kandydaturę poparły miliony innych, nie może kandydować do Sejmu indywidualnie. Żaden, nawet powołany zgodnie z Ustawą (art.98) komitet wyborczy nie może w sposób skuteczny zarejestrować pojedynczego kandydata. Art.143 pkt.2 Ordynacji Wyborczej wymaga, aby na liście kandydatów znajdowało się co najmniej tyle nazwisk, ile mandatów poselskich przypada na dany okręg wyborczy. Najmniejszy okręg wyborczy może mieć 7 mandatów, dla Warszawy, przykładowo, ta liczba wynosi 19, a więc lista kandydatów w Warszawie nie może zawierać mniej niż 19 nazwisk. W rzeczywistości musi zawierać więcej, na wypadek, gdyby jakiś kandydat np. umarł, albo z innego powodu nie mógł kandydować.

     Co te przepisy oznaczają? Oznaczają, ni mniej ni więcej, tylko tyle, że bierne prawo wyborcze przysługuje obywatelom Rzeczypospolitej kolektywnie: moja kandydatura może zostać oficjalnie zarejestrowana POD WARUNKIEM, że razem ze mną zgodzi się kandydować grupa innych osób, w Warszawie co najmniej 18 innych.

     Jednakże nawet gdybym znalazł w Warszawie ok. 20 innych gotowych kandydować wraz ze mną, zarejestrował odpowiedni komitet wyborczy poparty 1000 podpisów wyborców, a ten komitet zebrał jeszcze dodatkowo 5 tysięcy podpisów pod listą wyborczą, i nas wszystkich zarejestrował, i gdyby nawet wszyscy wyborcy Warszawy na nas zagłosowali, to i tak nie wystarcza to do uzyskania mandatu poselskiego. Art.133 tej samej Ustawy wymaga bowiem, żeby na listę tego komitetu padło co najmniej 5% głosów wyborców w skali całego kraju! Okręgów wyborczych jest w Polsce 42, co oznacza, że średnio, w jednym okręgu wyborczym zamieszkuje 2,38% wyborców. Nawet w dwóch okręgach nie mieszka, średnio, 5% tylko 4,76%. Innymi słowy, nawet zakładając, że wszyscy wyborcy w okręgu, w którym chciałbym kandydować będą głosowali na mnie to i tak figa z makiem, jeśli w co najmniej dwóch innych okręgach wyborcy zagłosują na jakichś innych ludzi. Cóż to za kuriozalne bierne prawo wyborcze, które mnie jakoby przysługuje, ale tylko pod warunkiem, że gdzieś tam w Polsce ludzie oddadzą swoje głosy na całkiem innych kandydatów?!

     W piątek, 3 czerwca, w Warszawie zbieramy się, aby domagać się, żeby obywatelowi RP przyświecały takie same prawa, jakie mają Anglicy, Szkoci, Walijczycy, Irlandczycy, Francuzi, Niemcy a nawet Papuasi. Chcemy, aby każdy posiadający pełnię praw wyborczych obywatel Polski mógł skutecznie kandydować do Sejmu, a jego wybór zależał tylko od woli wyborców, a nie od widzimisię partyjnych baronów. Anglikowi, aby mógł skutecznie kandydować wystarcza 10 podpisów wyborców z jego okręgu i wpłacenie 500 funtów kaucji. Te kaucję mu oddadzą, jeśli w wyborach poprze go 5% wyborców w tym okręgu.

     Zbieramy się w Warszawie, 3 czerwca, aby zaprotestować przeciwko zgubnym dla Polski skutkom pogwałcenia naszego biernego prawa wyborczego, dyskryminacji obywateli a uprzywilejowaniu partyjnych bonzów i ich partyjnych pretorianów.

     Te szkodliwe, zgubne dla Polski skutki to w pierwszym rzędzie niemożliwość wyłonienia tą drogą partii posiadającej większość parlamentarną, a co za tym idzie, mandat obywatelski do wyłonienia rządu. Nigdy się jeszcze nie zdarzyło, żeby w wyniku wyborów w Polsce (ani ‑ trzeba to wiedzieć ‑ w żadnym kraju na świecie, gdzie posługują się podobnymi pomysłami wyborczymi) wyłoniony został stabilny, nie koalicyjny rząd. Od czasów „pierwszego nie komunistycznego premiera w Europie Środkowo-Wschodniej", mieliśmy już 11 premierów, czyli jednego premiera na półtora roku, a co rząd i co premier, to gorszy. Przyczyna tego stanu rzeczy tkwi w wadliwym, szkodliwym systemie wyborczym i tę wadę trzeba jak najszybciej usunąć. Teraz szczególnie, kiedy po odrzuceniu przez Francuzów projektu konstytucji europejskiej ważą się losy Europy, w takim momencie Polsce szczególnie potrzebny jest rząd cieszący się poparciem większości obywateli, a nie chimeryczna partyjna jaczejka podatna na przekupstwo i ulegająca najróżniejszym wpływom agentur z całego świata. Nic nie wskazuje na to, żeby w tym systemie wyborczym mogło dojść do wyłonienia takiej większości, bez względu na to, co deklarują dzisiaj przywódcy tych czy innych partii.

     3 czerwca w Warszawie idziemy zaprotestować przeciwko gangrenie korupcji, jaką nieustannie rodzi i rozwija ten system wyborczy. Politycy wszystkich partii mają usta pełne frazesów o nieustającej i zdecydowanej walce z korupcją i codziennie usiłują nam dać dowody, jak to oni bezkompromisowo korupcję zwalczają. Tymczasem korupcja wpisana jest w ten system wyborczy i żadna partia walcząca o władzę nie może przed nią uciec. Tę korupcję rodzą ogromne koszta kampanii wyborczej. Jak pokazują oficjalne już statystyki koszt zdobycia jednego mandatu poselskiego wynosi ok. 1 miliona złotych. Konieczność przekroczenia progu wyborczego winduje wstępne koszta skutecznej kampanii wyborczej na ok. 20 milionów. Aby zdobyć liczącą się liczbę mandatów w Sejmie, koszty sięgają setek milionów. Takich pieniędzy partie polityczne w Polsce nie zdobywają ze składek swoich członków. Muszą więc, volens-nolens, sięgać do kieszeni najróżniejszych „sponsorów", nic więc dziwnego, że potem już muszą w tych kieszeniach siedzieć.

     3 czerwca zbieramy się Placu Zamkowym, aby powiedzieć naszym Rodakom, że jest nadzieja na to, żeby Polska miała odpowiedzialną, nieskorumpowaną, patriotyczną klasę polityczną – polityków, nad którymi władzę i kontrolę sprawują obywatele, ich wyborcy. Nie jest to nadzieja iluzoryczna, nie jest to jakaś utopia, nie są to żadne pobożne życzenia. Istnieje sprawdzony, wypróbowany w świecie sposób, aby tak mogło być. Tym sposobem jest prosty, jasny, klarowny system wyborczy, zrozumiały dla każdego: jednomandatowe okręgi wyborcze. Polacy, w swojej masie, opowiadają się za takim systemem wyborczym, dowodzą tego badania opinii publicznej, dowodzą tego setki uchwał rad gmin, powiatów i województw, dowodzą tego deklaracje gremiów akademickich, związków zawodowych, stowarzyszeń i różnych organizacji, dowodzi tego ponad 750 tysięcy podpisów zebranych pod obywatelskim wnioskiem o referendum, którego jednym z pytań ma być pytanie o jednomandatowe okręgi wyborcze.

      Na razie politycy, posłowie, senatorowie i prezydent udają, że tych wezwań nie słyszą, że głos obywatelski w tej sprawie jest za cichy, za słaby. Idziemy 3 czerwca pod Kolumnę Zygmunta w Warszawie, aby ten głos był donośny, żeby wypadły zatyczki z uszów prezydenta, posłów i senatorów.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.