Rzeczpospolita nr 129, 03.06.04

Ordynacja proporcjonalna w polskich warunkach pozwala na efektywne programowe rządzenie najwyżej przez rok, później jest już tylko rozpacz

Kto czego powinien się uczyć
JERZY STĘPIEŃ
Pamiętam dobrze refleksję po przeczytaniu w latach 60. w podręczniku prawa państwowego wzmianki o istocie proporcjonalnej ordynacji wyborczej. Byłem studentem II roku prawa, podręcznik wspominał o niej drobnym drukiem w przypisach i bardzo skrótowo. Rzecz pewnie wyłożono poprawnie, ale jej istota przedstawiała się tak zawile, że pierwsza myśl, jaka przemknęła mi wówczas, była taka: tego chyba pojąć się nie da.

Grzechy młodości

Z czasem zrozumienie tej materii przyszło, a nawet stałem się gorącym entuzjastą proporcjonalnego systemu dzielenia mandatów i to do tego stopnia, że dziś z zażenowaniem wspominam czas, kiedy na przykład na posiedzeniach Krajowej Komisji Wykonawczej "Solidarności", gdzieś w pierwszej połowie 1981 r., kilkakrotnie namawiałem do angażowania się związku w przyszłych wyborach do rad narodowych, pod warunkiem że przeprowadzi się je zgodnie z zasadami proporcjonalności.

Opamiętanie

Nie pamiętam, w jakich okolicznościach przekonałem się do wyborów proporcjonalnych, pewnie gdzieś wyczytałem, w jakimś wiarygodnym opracowaniu, że tak jest lepiej, ponieważ mniejszość, która przegrywa wybory, nie jest automatycznie pozbawiona reprezentacji, ale wprowadza ją do parlamentu w liczbie proporcjonalnej do uzyskanych głosów.

Opamiętanie przyszło w jakiś czas od chwili powołania mnie przez premiera Tadeusza Mazowieckiego na stanowisko generalnego komisarza wyborczego. Teraz mogłem testować systemy wyborcze w praktyce obejmującej wszystkie ich aspekty, nie tylko prawnoustrojowe i polityczne, ale także logistyczne, finansowe, psychologiczne itd. Po dwóch latach pracy w tym charakterze, a także po pogłębionych studiach, również porównawczych, a w końcu na podstawie osobistego doświadczenia, jako trzykrotnie weryfikowany parlamentarzysta i dwukrotnie pełnomocnik komitetu wyborczego, nie miałem już żadnych wątpliwości: wybory proporcjonalne w warunkach pierwszych lat polskiej demokracji to błąd, a w przypadku samorządu – wręcz absurd.

Kto co rozumie

O zaletach i wadach ordynacji większościowych i proporcjonalnych powiedziano i napisano już wszystko; nie jest moim zamiarem powiększanie listy publikacji po jednej czy drugiej stronie. Chciałbym natomiast, odwołując się głównie do osobistego doświadczenia, postawić tezę, że jeśli mechanizm wyborczy jest głównym instrumentem praktyki demokratycznej, największym grzechem naszej młodej demokracji jest właśnie to, że wyborcy, zmuszeni do posługiwania się tym narzędziem w warunkach ordynacji proporcjonalnej, aczkolwiek wiedzą, na czym polega technika głosowania, nie rozumieją logiki tego systemu, a zatem i jego konsekwencji. To oznacza, że nie znając podstawowego mechanizmu kreowania klasy politycznej, zawsze będą narażeni na rozminięcie się swego zamierzenia z rezultatem. Postaram się tę tezę udowodnić…

Wiosną 1993 r., kiedy widać było już gołym okiem, że przez dziwaczną ordynację proporcjonalną z progami i z głosowaniem na konkretne osoby na liście wykreujemy parlament o składzie dalece rozmijającym się z rzeczywistymi opcjami, jeden ze znajomych, notabene uniwersytecki profesor matematyki, obruszał się na moje uwagi do przygotowywanej właśnie ordynacji sejmowej. "O co ci chodzi? – mówił. – Przecież mamy ordynację większościową. Wygrywa ten, kto dostanie najwięcej znaczków "x" przy nazwisku". Była to dla mnie chwila przełomowa. Rzecz w tym, że wszystkie nasze ordynacje proporcjonalne posługują się techniką głosowania na daną partię przez zaznaczenie nazwiska konkretnej osoby z listy danej partii. Jest to ewidentnie sprzeczne z filozofią głosowania na listy, ponieważ w gruncie rzeczy ten mechanizm zdejmuje z kierownictwa ugrupowania wystawiającego listę odpowiedzialność za skład osobowy późniejszego klubu reprezentującego program tego ugrupowania. Tę odpowiedzialność przejmują wprost wyborcy. Ich głos liczy się jakby podwójnie: w pierwszej kolejności zalicza się go na rzecz danej listy, następnie rozdziela się mandaty między listy, a liczba znaczków przy nazwisku rozstrzyga o kolejności kandydata do przydziału pierwszego i kolejnych mandatów z tej listy. Mój przyjaciel dostrzegł jedynie mechanizm większościowego głosowania na konkretnego kandydata, ale już mniej się interesował systemem zaliczenia swego głosu na listę, co następowało automatycznie! I nawet jeśli rano sprawdził na wywieszonym na drzwiach protokole obwodowej komisji wyborczej wyniki wyborów w swoim obwodzie, nie powędrował przecież już tam, gdzie okręgowa komisja wyborcza dokonuje rozdziału mandatów. Głosy bowiem w lokalach wyborczych jedynie się zlicza, następnie sumowane są w skali okręgu, ale już w biurach odpowiedniej komisji, i tam też rozdziela się mandaty między partie.

To, co się dzieje w biurach komisji, jest dla zwykłego wyborcy czarną magią. A nad głosami oddanymi w wyborach proporcjonalnych odbywają się czary przedziwne, szczególnie wtedy, kiedy stosuje się progi wyborcze. Jeśli np. wyborca głosował na partię, która nie przekroczyła progu, a takie w 1993 r. zgromadziły 35 proc., jego głos zasilił de facto stan posiadania partii, które zdobyły owe 5 proc., a na które przecież nie głosował. Zauważmy, że były to partie, które mogły być mu programowo bliższe, ale także i takie, które odbierał jako wręcz wraże. Jego głos został niejako przeniesiony w częściach ułamkowych na te wszystkie partie, które próg przekroczyły, i to w proporcjach odpowiednich do liczby zdobytych przez nie mandatów.

Nic więc dziwnego, że np. partie koalicji wygrywającej, które w tamtych wyborach zdobyły około 35 proc. głosów, miały w latach 1993 – 1997 aż 67 proc. miejsc w parlamencie. Stąd należy uznać za prawdziwą tezę, że elekcja z 1993 r. była w istocie dysproporcjonalna. Ideą, celem proporcjonalności jest bowiem to, aby stosunek liczby uzyskanych przez poszczególne listy mandatów do sumy miejsc do zdobycia wyrażał się taką samą liczbą (proporcją), jak liczba określająca stosunek głosów zdobytych przez daną listę do sumy głosów oddanych na wszystkie partie. Tymczasem widać gołym okiem, że partie koalicji uzyskały w 1993 r. prawie dwukrotne przebicieÉ

Wracając do głównego wątku, jeśli twoja partia uzyskała 20 proc. głosów, powinna mieć w 460-osobowym parlamencie 92 fotele. Życie nie jest jednak takie proste. Ta operacja uda się tylko przy niewielkich liczbach "okrągłych" z dwoma zerami na końcu oraz z założeniem procentów wyrażanych w liczbach całkowitych, i to zresztą nie zawsze. W rzeczywistości głosy nigdy nie przełożą się idealnie na mandaty, bo realnie dzielić będziemy liczby wielkie i niezaokrąglone, a procenty będą miały ułamki po przecinku. Stąd w systemach wyborczych, poszukując uniwersalnego algorytmu, stosuje się skomplikowane metody przeliczania głosów na mandaty, aby możliwie sprawiedliwie, a przynajmniej według jakiegoś obiektywnego kryterium, zagospodarować reszty z dzielenia. Zawsze jednak powinno zmierzać się do tego, aby te dwie pozycje (głosy i mandaty) pozostawały, w przypadku każdej partii, w możliwie zbliżonym do siebie stosunku. Stanu idealnego z algebraicznego punktu widzenia bowiem osiągnąć się, oczywiście, nie da.

Istota reprezentacji

W kreowaniu demokratycznej władzy publicznej zawsze powinno chodzić o to, aby skład parlamentu (samorządowej rady) odpowiadał rzeczywistym siłom opcji, dochodzącym do głosu w danym momencie. To zrozumiałe, że każdej partii zależy na wygranej, ale paradoksalnie powinny one robić wszystko, abyÉ nie uzyskać większej liczby mandatów, niż wynikałoby to z rzeczywistego rozkładu sił w elektoracie. W przeciwnym wypadku cała zabawa w demokrację nie ma sensu, bo każda nadreprezentacja krzywdzi pozostałych. Jeśli dzieje się inaczej, wybory są jedynie zasłoną dymną dla innych celów niż służenie społeczeństwu. Służebność władzy publicznej w państwie demokratycznym w tym się mianowicie najtrafniej wyraża, że parlamentarna większość powołuje rząd lub go akceptuje (udziela wotum zaufania), a minister to po łacinie sługa.

Po co progi?

Wymyślono je po to, by ratować parlament przed rozdrobnieniem i tym samym ułatwić tworzenie rządu. Mniejsza liczba większych klubów ma tu rzeczywiście ułatwione zadanie. Mechanizm ten wzmocniono tzw. konstruktywnym wotum nieufności, polegającym na możliwości zmiany premiera tylko w przypadku jednoczesnego powołania nowego. Koń, jaki jest, każdy widzi. Przynajmniej od siedmiu lat. Podział sił w parlamencie pod koniec kadencji niewiele ma wspólnego z początkowym obrazem, z kolei mechanizm blokujący zmianę premiera prowadzi w naszych warunkach do uporczywego trwania słabych rządów mniejszościowych aż do następnego rozdania wyborczego, a głównie – do zaklinczowania szefa rządu wskutek niemocy podzielonej opozycji i tzw. parlamentarnego planktonu.

Ordynacja proporcjonalna w polskich warunkach pozwala na efektywne programowe rządzenie najwyżej przez rok, później jest już tylko rozpacz. To oczywiście nie jedyne mankamenty słabego rządzenia w Polsce. Do tego trzeba dodać, pozostawiając na boku przestępcze patologie, kompletne niezrozumienie, czym są gabinety ministrów, jak je budować i do czego służą, na czym polegają mechanizmy koordynacji decyzji w skali rządu. Dalej – anachroniczny sposób tworzenia budżetu państwa na etapie rządowym, katastrofalny brak zrozumienia przez rządzących istoty służby cywilnej, która właściwie pojmowana zawsze służy rządowi lepiej niż doraźnie zatrudniani na szczeblach urzędniczych (niepolitycznych) klienci szefa resortu. Wszystko to sprawia, że ministrowie uciekają od rządzenia w nową, rozdętą legislację, pozwalającą dostatecznie długo mówić o niej na etapie projektowania (trzeba przecież tłumaczyć w telewizji, że coś się w ogóle robi, vide: program budowy autostrad, wiele wskazuje, że być może także reforma finansów publicznych), by ostatecznie zrzucić odpowiedzialność za swoją nieskuteczność na posłów, którzy nic nie rozumieją i utrącają wspaniałe pomysły. A ponieważ stan rządowych i parlamentarnych służb legislacyjnych pozostawia wiele do życzenia, procedury tworzenia ustaw są zaś na poziomie kompromitującym. Niż dziwnego, że wszyscy jesteśmy tu, gdzie właśnie jesteśmy.

Grzech pierworodny

Już od dawna nie mam wątpliwości, że istota ordynacji proporcjonalnej jest rozumiana wyłącznie przez politologów, urzędników wyborczych, pewną grupę polityków, jeszcze mniejszą dziennikarzy (nawet nie wszystkich od polityki), a poza tym kręgiem – przez śladową część wyborców.

Otóż to właśnie: nie można zakładać, że wyborcy będą utożsamiać się z państwem, jeśli mechanizm kreowania władzy publicznej będzie niezrozumiały. To jest największy, chciałoby się powiedzieć – pierworodny grzech naszej państwowości. Co więcej, można bez trudności udowodnić, że ani w II Rzeczypospolitej, ani oczywiście po wojnie, ani po Okrągłym Stole, ani nigdy później, nigdy w całej naszej najnowszej historii nie obowiązywał w Polsce system wyborczy po prostu zrozumiały dla ludzi… Przed wojną też mieliśmy ordynacje proporcjonalne (do 1935 r.), a później wymyślono taki system większościowy z okręgami dwumandatowymi i wprowadzono takie zasady zgłaszania kandydatów, że trudno od tej chwili mówić w ogóle o zachowaniu demokratycznych procedur wyborczych co do zasady.

A zatem wiek XX upłynął nam bądź bez wyborów, bądź pod rządami złego prawa wyborczego. Mają wiele słuszności zwolennicy poglądu, że ordynacja wyborcza jest w pewnym sensie ważniejsza od konstytucji. Oczywiście, to pewien skrót myślowy, ale pamiętajmy, że konstytucja zależy od konstytuanty, a jej kształt z kolei od kreującego ją systemu wyborczego. Konstytucja operuje w dużej mierze treściami niedookreślonymi, klauzulami generalnymi, ale w drodze właściwej interpretacji jej przepisów da się czasami wiele uratować. Ordynacja zaś to głównie bezduszny algorytm. Stosowania konstytucji nie można skomputeryzować, procedury wyborcze – tak, od początku do końca, od techniki głosowania po wskazanie posłowi konkretnego fotela w parlamencie. Wniosek z tego, że z naprawą konstytucji, w wielu miejscach bardzo niedoskonałej, można jeszcze poczekać, naprawa systemu wyborczego jest niezbędna już teraz.

Często pada taki oto argument: owszem ordynacja większościowa, szczególnie z okręgami jednomandatowymi, ma swoje zalety, problem wszakże w tym, że my jeszcze nie dorośliśmy do takiej ordynacji. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie. To właśnie ta prosta w mechanizmie wyborczym ordynacja góruje nad wszystkimi innymi i to z jednego powodu. System jeden wyborca – jeden głos oddany na konkretnego człowieka, ale już nie na listę, pozwala w sposób psychologicznie absolutnie zrozumiały panować wyborcy nad procesem wyborczym, w pełni rozumieć jego istotę i zawsze prześledzić konsekwencje tego najdonioślejszego dla niego aktu. W tym sensie do posługiwania się ordynacją z okręgami jednomandatowymi zawsze jesteśmy wystarczająco przygotowani, natomiast w żadnym wypadku nie można zakładać, że taki sam stan pierwotnego komfortu zapewnia nam ordynacja proporcjonalna. To właśnie do niej wyborcy musieliby dojrzeć przez odpowiednie przygotowanie, a przede wszystkim przez zrozumienie jej mechanizmu. Dziś mamy modę na transparentność. Wybory z okręgami jednomandatowymi są absolutnie transparentne, proporcjonalne zaś – kompletnie nietransparentne.

Kto powinien mieć łatwiej

Prawdą jest natomiast, że do ordynacji większościowej muszą dorosnąć politycy. Okręgi jednomandatowe wymuszają bowiem na nich całkiem odmienny typ zachowań niż ten, którego się wyuczyli na bazie ordynacji proporcjonalnej. Wystarczy zwrócić uwagę, bez zagłębiania się w tę problematykę, że okręg jednomandatowy bezwzględnie zmusza polityków, głównie liderów partii politycznych, do zawierania koalicji przedwyborczych (wszak w okręgu jednomandatowym wygrać może tylko jeden), kiedy ordynacja proporcjonalna (w naszych warunkach jest to zresztą rzekoma proporcjonalność) daje im to, co lubią najbardziej – bezkarne napinanie mięśni i harcowanie do chwili ogłoszenia ciszy przedwyborczej. Na zawieranie koalicji przyjdzie bowiem czas po wyborach. Co więcej, proporcjonalny system wyborczy wręcz takie zachowanie wymusza. Przy okręgach jednomandatowych partie o podobnych programach są sojusznikami i szukają porozumienia, ponieważ apelują do tego samego mniej więcej elektoratu. Muszą więc zacierać różnice i podkreślać podobieństwa. Będą zabiegać o najlepszych kandydatów i cały czas porozumiewać się co do tego, w jakich okręgach mają oni największe szanse. Jeśli wygrają, mogą natychmiast tworzyć rząd. Kampania wyborcza w walce na wspólnym froncie ich bowiem zbliżyła, a może nawet scementowała. System proporcjonalny premiuje natomiast strategię całkowicie odmienną: partie o zbliżonych programach muszą się w kampanii przedwyborczej zwalczać, bo odwołują się również do tego samego elektoratu i muszą wykazać, dlaczego idą osobno. Będą więc niekiedy nawet sztucznie podkreślać różnice programowe i na siłę zacierać podobieństwa.

W okręgu wielomandatowym każda z partii bliźniaczych musi najpierw ugrać coś dla siebie. Na tworzenie koalicji przyjdzie czas później, kiedy realnie policzy się zdobyte fotele i chociaż trochę zeskrobie błoto. Dlatego przeciętny wyborca np. Unii Demokratycznej z 1991 r., któremu tłumaczono, dlaczego dla jego partii największym wrogiem w kampanii są ZChN i inne partie o solidarnościowym rodowodzie, nie mógł się nadziwić, że wszystkie te partie stworzyły razem rząd Hanny Suchockiej. Pół biedy wyborca UD, ale elektorat ZChN do dziś tego pojąć zapewne nie może. Takie wolty w przypadku okręgów jednomandatowych nie są możliwe. Tu nie ma konkurentów taktycznych, są tylko realni przeciwnicy. Ordynacja z okręgami jednomandatowymi bezlitośnie tnie po skrzydłach, pozostawiając skrajności poza parlamentem. Muszą więc szukać miejsca w koalicji albo z czasem znikną.

To jest oczywiście słabość tej ordynacji ze względu na postulat reprezentatywności wybieranego ciała, ale przynajmniej skutków cięcia nikt tu nie próbuje maskować. Zyskuje się natomiast wiele: przede wszystkim możliwość szybszego tworzenia trwałego rządu, bez podtrzymujących go protez proceduralnych w rodzaju progów, konstruktywnego wotum nieufności, wcześniej list krajowych itd. Okręgi jednomandatowe pozbawiają złudzeń reprezentantów skrajności, system proporcjonalny pozwala im natomiast ciągle trzymać ogień pod kotłem, tworząc całkiem realną nadzieję.

Wydaje się więc, że konieczność utrzymania proporcjonalności w naszych warunkach oparta jest na błędnej diagnozie stanu społeczeństwa i jego samoświadomości. A jeśli tak, tu należałoby upatrywać głównej przyczyny rozchwiania nastrojów politycznych. Niczego więc u nas proporcjonalność nie uratuje i przed niczym nas nie uchroni. Taka ordynacja może bowiem jedynie tworzyć sztuczne, przypadkowe byty, kreowane jedynie ze względu na efekt elekcyjny. Świetnie odczytała swego czasu ordynację z 1991 r. KPN. Utworzyła co najmniej dwa podmioty wyborcze, by powiększyć sukces, i sukces odniosła. Czy to jednak pomogło tej partii w czymkolwiek na dłuższą metę? Z kolei PSL upierało się przy małych okręgach wyborczych, licząc, że będą źródłem jego powtarzalnych sukcesów wyborczych. Tak było, owszem, raz – w 1993 r. Małe okręgi dały tej partii premię, ale już cztery lata później były przyczyną jej klęski. Tym razem premia przypadła AWS, powstałej z partii, które przegrały z kretesem elekcję '93, a tym samym fory zyskały PSL i SdRP (SLD).

Ta pobieżna analiza wskazuje, że proporcjonalność w nieustabilizowanych warunkach politycznych prowadzi do przypadkowości reprezentacji. Determinowana jest bowiem w dużym stopniu zachowaniami liderów partyjnych, trafnością lub błędami ich decyzji, a nie rzeczywistym układem sił w społeczeństwie. Klęską przywódców nikt się oczywiście przejmować nie będzie. Rzecz jednak w tym, że życie publiczne nie sprowadza się do ruchów na scenie politycznej. Klęski liderów nie obciążają ich samych, bo przecież ich zniknięcie ze sceny (zwykle na krótko, do czasu, kiedy poprawią taktykę) powoduje, że wyborcy tracą na okres kadencji swe przedstawicielstwo. A to już jest poważny szkopuł, chyba że tą niereprezentowaną częścią społeczeństwa nie musimy się przejmowaćÉ

Każda ordynacja jest z pewnością formą, za pomocą której chcemy ująć i wyrazić jakąś polityczną treść. Może więc tu, w złym doborze narzędzi do uchwycenia politycznego żywiołu w karby cywilizowanego życia publicznego, należy szukać przyczyn jego karykaturalności? W każdym razie z mojego obserwatorium tak to się właśnie jawi.

Żeby partie rosły w siłę

Ponieważ jednak to wyborcy mają problem z ordynacją proporcjonalną, a politycy z większościową, pora zapytać: czyje kłopoty powinny być rozwiązywane w pierwszej kolejności

Nieraz słyszymy taki argument: nie da się silnego demokratycznego państwa budować bez silnych partii politycznych, a ponieważ umacnianiu organizacyjnemu partii lepiej służy ordynacja proporcjonalna, system proporcjonalny jest korzystniejszy w ostatecznym rozrachunku także dla budowy silnego państwa. Innymi słowy, ponieważ tabakiera jest dla nosa, trzeba zadbać o tabakierę, by nos miał komfort… Prawdy trzeba szukać jednak gdzie indziej. Demokracja to przede wszystkim większość zdolna do sprawnego rządzenia i opozycja potrafiąca budować alternatywny program oraz odpowiednie dla niego struktury osobowe, a tym samym gotowa do natychmiastowego przejęcia steru państwa, gdy przyjdzie na nią czas.

Tylko na pierwszy (teoretyczny) rzut oka może się wydawać, że okręgi jednomandatowe prowadzą do rozproszenia sceny politycznej. Ten argument jest demagogicznie nadużywany, dość bowiem przykładów na świecie, ale także i w Polsce, że jest inaczej. Liderzy poważnych partii politycznych (nie odmawiajmy im inteligencji – to błąd) po prostu zmieniają wówczas taktykę i nie pozwalają na bezkarne harce na głównej scenie politycznej, pozostawiając watażkom przestrzeń lokalną, a co najwyżej regionalną. Właśnie tą drogą najskuteczniej wzmacniają się partie silne. W Senacie, na przykład, zawsze była wyraźna większość. Czasami zbyt duża, ale to inna sprawa. Dzieje się tak w rezultacie tworzenia, przy mechanizmie większościowym, czyli nie proporcjonalnym, okręgów wielomandatowych (dwu-, trzy-, a obecnie czteromandatowych), co oczywiście zniekształca "sprawiedliwościowy" aspekt wyborów senackich. W takim systemie każdy wyborca ma tyle głosów, ile jest mandatów w okręgu do rozdzielenia. Zdyscyplinowany elektorat, nawet mniejszościowy, potrafi tym samym zwielokrotnić swą rzeczywistą siłę, wykorzystując efekt zestrzelenia głosów, co musi prowadzić i w tym systemie do niedobrej, jak mam nadzieję już wiemy, nadreprezentacji. A każda ordynacja, która tworzy nadreprezentację, prowadzi nie tylko do zmarnowania głosów partii przegrywających. Takiego określenia w odniesieniu do ordynacji proporcjonalnej z progami używa się jednak bezpodstawnie. Te podprogowe głosy nie są bowiem zmarnowane, przechodzą na partie silniejsze, które próg przekroczyły.

Przechodzą? To raczej rabunek w majestacie kalekiego prawa. Przynajmniej temu w pierwszej kolejności należałoby więc zapobiegać, wprowadzając do ordynacji proporcjonalnej mechanizm przenoszenia głosu utraconego na partie o większych szansach, a zbliżonych programach, wzorem np. Irlandii czy Malty (choć w pierwszym okresie spowodowałoby to jeszcze większe komplikacje systemu wyborczego).

Proste jest piękne

System wyborczy z okręgami jednomandatowymi najkrótszą drogą prowadzi, jak wskazuje powszechne zachodnie doświadczenie, do wyłonienia większości zdolnej powołać rząd czy samorządowy zarząd. Wybory bezpośrednie prezydenta (burmistrza, wójta), przy zachowaniu ordynacji proporcjonalnej, pozwalają dość swobodnie zarządzać w urzędzie, ale już nie w gminie (mieście). Dowodów na prawdziwość tej tezy zdołaliśmy już nazbierać wystarczająco dużo. Wiedzy na temat, jak mechanizm proporcjonalny wzmacnia system partyjny, też po ostatnich 12 latach nam nie brak… Przydałby się tu jakiś współczynnik "lojalności wobec elektoratu" (LWE), wyrażający się stosunkiem liczby członków w klubie po wyborach do ich liczby bezpośrednio przed kolejnymi wyborami. Sądzę jednak, że bez poszukiwania aż tak precyzyjnych instrumentów pomiarowych mamy na co dzień dość żenującej zabawy.

Pytania zaś, czy Polsce jest potrzebny sprawny rząd, oparty na solidnej parlamentarnej większości, czy wójtowie, burmistrzowie, prezydenci potrzebują oparcia w radach, czy można rządzić bez sensownej opozycji, czy my wszyscy przypadkiem nie potrzebujemy i sprawnego, skutecznego rządu, i zarazem silnej opozycji, wreszcie, czy wyborcy chcą głosować przede wszystkim na ludzi, za którymi stoją partie, czy na partie, które potrafią szybko zmienić ludziâ są pytaniami retorycznymi.

Czy musimy ciągle powtarzać, skoro już drzwi zostały dawno otwarte, że głową muru przebić się nie da?

Byłem bezsilny, kiedy w 1993 r. uchwalano ordynację "potrójnie dysproporcjonalną" (progi, d'Hondt jako algorytm przydzielania mandatów, lista krajowa). Próbowałem desperacko inicjować wówczas referendum w sprawie okręgów jednomandatowych, w zasadzie bez oddźwięku. Z przerażeniem obserwowałem w 1998 r., jako wiceminister odpowiedzialny za legislację reformy administracyjnej, w jaki sposób przygotowany przeze mnie projekt ordynacji samorządowej (przewidującej w połowie okręgi jednomandatowe, w połowie system proporcjonalny), który już nawet przyjęto w Sejmie, został sprytnie zwekslowany, wskutek odpowiedniego głosowania poprawek senackich przez Sejm, na system proporcjonalny z 5-procentowymi progami. W dużej mierze zniweczyło to efekt wprowadzanej wówczas decentralizacji i rykoszetem odbiło się ujemnie nawet na systemie ubezpieczeń zdrowotnych. Rady nadzorcze kas chorych, a w konsekwencji ich zarządy, potraktowane zostały bowiem jak łup upartyjnionych do granic wytrzymałości sejmików wojewódzkich. To z kolei stało się łatwym celem ataku przeciwników wprowadzonego systemu ochrony zdrowia.

Eksperci w polityce

Winę za podporządkowanie systemu wyborczego doraźnym interesom ponoszą oczywiście politycy, ale nie tylko oni. Pora także przyjrzeć się ich eksperckiemu zapleczu. Polscy politolodzy i prawnicy nie wymyślili żadnej oryginalnej ordynacji proporcjonalnej. Gdyby tak było, pochyliłbym głowę. Znając natomiast teoretyczne efekty stosowania co najmniej kilkunastu głównych systemów proporcjonalnych w różnych państwach (tu trzeba im oddać sprawiedliwość), jedynie kopiowali i nadal kopiują ordynacje proporcjonalne, tworzone w Europie Zachodniej najczęściej przez matematyków. Tyle że tam testowane później w tysiącach odsłon wyborczych i odpowiednio modyfikowane. Jak w tworzeniu prawa na początku lat 90. przeżywaliśmy swoistą nostalgię legislacyjną (określenie prof. Huberta Izdebskiego), nawiązując do przedwojennych konstrukcji prawnych i ustrojowych, tak w odniesieniu do wyborów mamy ciągle do czynienia z rodzajem ustrojowego naśladownictwa czy wręcz snobizmu. Z tym, że u nas żongluje się właściwie elementami różnych systemów, bez poszukiwania głębszych uzasadnień płynących spoza sfery doraźnej gry. Co więcej, podejrzewam nawet, że nikt poza matematykami nie usiłuje nawet dociec istoty teoretycznego rachunku, prowadzącego do zbudowania końcowego modelu. Reszta specjalistów nie prowadzi tu żadnych badań podstawowych, skupiając się, chciałoby się powiedzieć, wyłącznie na pracach wdrożeniowych.

Jaki jest rezultat tych wdrożeń, każdy widzi.

Jerzy Adam Stępień był senatorem (1989 – 1993), generalnym komisarzem wyborczym (1990 – 1993), wiceministrem MSWiA (1997 – 1999), od 1999 jest sędzią Trybunału Konstytucyjnego.

AD VOCEM

Tym, co nie umieją lub nie chcą czytać
Prawdę mówiąc, niechętnie biorę pióro do ręki, by raz jeszcze zabrać głos w sprawie Apelu siedemnastu intelektualistów. Muszę to jednak robić, bowiem wśród lawiny komentarzy i wypowiedzi, które Apel wywołał, szczególnie dwie wydają mi się kuriozalne. Tym bardziej to dziwne, że pochodzą nie od polityków, którzy notorycznie udają, iż nie rozumieją, co się do nich mówi i co się do nich pisze, ale od kolegów dziennikarzy, których, zdawałoby się, zawodowym obowiązkiem jest rzetelne przekazywanie rzeczywistego stanu rzeczy. Otóż zdaniem Roberta Mazurka i Igora Zalewskiego z "Wprost" Apel, którego jestem jednym z sygnatariuszy, sprzeczny jest z zasadami demokracji, bo wzywając do powołania rządu fachowców, kwestionuje suwerenność narodu i jakoby uznaje za suwerena władzę, z nadania której taki rząd miałby powstać. Konia z rzędem temu, kto pojmie, o co tu chodzi. Mamy się jednak domyślać, że ta władza to rząd SLD – UP i prezydent Aleksander Kwaśniewski, którym sprzyjają sygnatariusze Apelu, myląc III RP z PRL.

Swoją drogą obydwaj autorzy znają ową PRL chyba głównie z opowieści babuni. Gdyby było inaczej, wiedzieliby, że sygnatariusze Apelu dużą część życia poświęcili obaleniu dawnego ustroju.

Można powiedzieć, młodzi są, niech plotą androny, z tego się przecież wyrasta, gorzej, że w ten sam tok myślenia – iż Apel zagraża naszej młodej demokracji – wpisuje się tak doświadczony publicysta jak Jacek Żakowski z "Polityki". Jacku, czy naprawdę przeczytałeś Apel i zamieszczony obok niego komentarz? Obawiam się, że znasz je jedynie ze słyszenia, inaczej nie potraktowałbyś jego sygnatariuszy jako naiwnych, idealistycznych głuptasów, tęskniących za jakąś "oświeconą dyktaturą".

Otóż pragnę ci jednak przypomnieć, że Apel diagnozuje sytuację krytyczną dla funkcjonowania państwa, wzywa do powołania na czas przejściowy ponadpartyjnego rządu fachowców dla przeprowadzenia niecierpiących zwłoki reform, domaga się zmian ordynacji wyborczej na bardziej demokratyczną i nawołuje liderów partyjnych oraz prezydenta RP do zawarcia w tych sprawach kontraktu dla Polski.

Nawiasem mówiąc, to słowo "kontrakt" jest jakoś dziwnie pomijane i w komentarzach, i w wypowiedziach polityków, a przecież tak naprawdę idzie o kontrakt, o kompromis – w sytuacji kryzysowej każdy musi z czegoś zrezygnować, abyśmy mogli zyskać wszyscy. Nikt nie zbierze całej puli; czas skończyć z katastrofalną zasadą kto kogo i za co.

Jeśli jest to idiotyzm, to co nie jest idiotyzmem w tej chwili – chętnie bym to usłyszał od Roberta Mazurka, Igora Zalewskiego i Jacka Żakowskiego. Ale nie słyszę. Tym gorzej więc dla nich, że cel Apelu został osiągnięty. Wszyscy liczący się politycy, z nielicznymi wyjątkami, takimi jak Giertych i Lepper, potraktowali go z najwyższą powagą. Czy pomoże on rozwiązać nasze dramatyczne problemy – czas pokaże. Politycy muszą zrobić to sami, nie zastąpią ich w tym nawet najbardziej wybitni intelektualiści.

Maciej Łukasiewicz

Po apelu intelektualistów Rozmowa z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości

Formacja peerelowska musi być wyeliminowana
Jak pan ocenia opublikowany na łamach "Rz" apel intelektualistów w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych i rządu fachowców?

JAROSŁAW KACZYŃSKI: Pozytywnie oceniam samo zatroskanie sytuacją w kraju. Propozycja rządu fachowców była zresztą naszym pomysłem, po cichu myśleliśmy o pewnych kandydatach, nazwisko jednego z nich nawet wymieniałem. Okazało się to całkowicie nierealne, a dziś jest oczywiste, że prezydent Aleksander Kwaśniewski z tego pomysłu nie skorzysta. Stwierdzenie, że rząd Marka Belki jest rządem fachowców, jest daleko idącym nieporozumieniem.

Dlaczego?

Pan Belka jest w sensie politycznym oraz biznesowym całkowicie związany z częścią prezydencką obozu rządzącego. A to jest obóz nie zatroskanych o polskie sprawy inteligentów, ale obóz postkomunistów zatroskanych o to, by sprzyjający im system trwał. Pan Belka jest może dobrym profesorem ekonomii i w sensie kulturowym robi dużo lepsze wrażenie niż Leszek Miller, ale jego związki z tym obozem są zupełnie oczywiste.

W świetle tego wszystkiego niepokoi mnie, że apel intelektualistów jest przejawem dużego dystansu wobec rzeczywistości. W naszych elitach jest taka wiara, że gdzieś pod tą lawą, zimną i plugawą, są jakieś wartości. A tam niczego nie ma.

Marzę o takim dniu, w którym polska elita intelektualna zrozumie, że nie ma żadnego ponadpartyjnego inteligenckiego poglądu na konieczność naprawiania państwa, a formacja peerelowska musi być na trwałe wyeliminowana z naszego życia publicznego, by można było je uzdrowić.

Oznacza to, że ewentualny rząd fachowców nie mógłby powstawać przy współudziale SLD?

Chyba że uwierzymy w zesłanie Ducha Świętego.

A propozycja SdPl, by wybory zrobić jesienią, a do tego czasu, by rządził Belka?

Marek Belka może być bardzo szkodliwy, czego dowodem są zapowiadane ustępstwa w sprawie konstytucji europejskiej. To powoduje, że nie możemy poprzeć jego rządu nawet na krótki czas. Nie możemy tego zrobić także dlatego, że pan Belka chce dokonywać wielkich prywatyzacji, które mogą mieć fatalne skutki zarówno w sferze ekonomicznej, jak i w sferze strategicznej. Proszę pamiętać, że ktoś mógł być ostatnio za NATO i Unią Europejską, a papiery na niego w Moskwie są i w pewnym momencie mogą być użyte.

Kogo pan ma na myśli?

Ja tylko tak sobie dywaguję.

Jak pan ocenia pomysł autorów apelu, by wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze?

Nasza opinia w tej sprawie jest negatywna. To jest skok na głowę do basenu bez wiedzy, czy tam jest woda. To byłyby okręgi w wymiarze powiatu i dzięki ich wprowadzeniu wielu powiatowych Lepperów i powiatowych gangsterów mogłoby sobie zapewniać wybór. Znam gminę, w której od 1990 roku rządzi ten sam wójt, wszystko już przejął, a gdy ktoś mu się przeciwstawia, jego ludzie wybijają szyby w oknach, straszą. Gdy jakaś pani weszła do rady wbrew niemu i zaczęła mu się przeciwstawiać, on ją w swoim gabinecie ciężko pobił. To jest bardzo skrajny przykład, ale pokazuje, jacy posłowie mogą być wybierani w przypadku wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. Zresztą jestem przekonany, że Platforma Obywatelska i tak dobrze wie, że nie uda się tego przeforsować, ale popiera jednomandatowe okręgi, bo są popularne.

Platforma proponuje też, by po ewentualnym nieprzyjęciu wotum zaufania dla rządu Marka Belki prezydent odczekał z wyznaczeniem terminu wyborów na początek września. Co pan na to?

To pewien rodzaj kuglarstwa prawniczego, ale można się tego od prezydenta domagać, bo to jest w interesie państwa.

Nie byłoby to prawne nadużycie?

W konstytucji nie ma wyraźnego stwierdzenia, że prezydent ma jakiś termin na podjęcie tej decyzji. Zwykle się mówi, że ma być to zrobione bez zbędnej zwłoki. Tu pewne opóźnienie jest niezbędne.

Rozmawiał Piotr Śmiłowicz

Skomentuj