(wykład wygłoszony na XVIII Ogólnopolskiej Konferencji Samorządowej "Dlaczego Jednomandatowe Okręgi Wyborcze?" pod hasłem "Poseł z każdego powiatu" zorganizowanej w Toruniu 24 stycznia 2004 r.)

Polityka jako biznes

Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, media z zadziwiającą regularnością informują o kolejnych aferach korupcyjnych z udziałem polityków i urzędników wszystkich szczebli władzy w naszym kraju. Wiedza społeczeństwa o nadużyciach rozlicznych przedstawicieli władzy od posłów, senatorów, ministrów poczynając na radnych samorządów terytorialnych, starostach, prezydentach, burmistrzach, wójtach i całej armii urzędników kończąc jest rzecz jasna znacznie bogatsza od ich medialnego przekazu. Praktyki korupcyjne nabrały tak masowego charakteru, że ich opis w kategoriach patologii władzy stwarza mimowolnie fałszywy obraz sytuacji, skoro korupcja, która z natury rzeczy winna mieć incydentalny i sporadyczny charakter, stała się normą czy prawidłowością funkcjonowania organów państwa.

W zrozumieniu tej sytuacji przydatnym może okazać się potraktowanie polityków i urzędników oraz instytucji i organizacji parających się działalnością polityczną jako podmiotów prowadzących, nastawioną na uzyskiwanie dochodów, działalność gospodarczą. Takie podejście na pierwszy rzut oka może prowadzić do banalnych obserwacji, że na przykład, by ograniczyć się do najwyższego poziomu władzy, posłowie i senatorowie żywo zainteresowani są uzyskiwaniem jak najwyższych diet i jak najszerszych przywilejów związanych z wykonywaniem swoich obowiązków. Taka sytuacja rzeczywiście ma miejsce, co jest o tyle prawnie ułatwione, że w czasie trwania kadencji pozostają oni w stanie swego rodzaju „samo zatrudnienia", polegającym na ustalaniu dla samych siebie „warunków pracy i płacy". Znacznie bardziej poznawczo płodny jest przypadek „etatowego" senatora i przedsiębiorcy, niezbyt zresztą aktywnego na niwie politycznej, który przez kilka lat uzyskał decyzją ministra finansów nadzwyczajne ulgi podatkowe w wysokości kilkudziesięciu milionów złotych. Jednak i ta sytuacja nie ma typowego charakteru, bowiem stosunkowo niewielu posłów czy senatorów jest zarazem właścicielami przedsiębiorstw. Natomiast, co jest zdecydowanie najciekawsze, wielu z nich na rzecz rozmaitych firm działa z największym zaangażowaniem.

Ten skomplikowany stan rzeczy nabiera jasności, gdy przyjmie się założenie, że w aktualnej sytuacji politycznej w naszym kraju poseł czy senator winien być rozpatrywany jako swoisty podmiot gospodarczy a więc jako potencjalny prywatny przedsiębiorca. Chodzi tutaj wyłącznie o posiadanie przez niego mandatu posła czy senatora, a nie firmy, której jest właścicielem, współwłaścicielem bądź pełniącym w niej wysokie funkcje menedżerskie w życiu gospodarczym. Taka zbieżność nie ma w tym przypadku istotnego znaczeniu, co najwyżej jest on wówczas niejako „podwójnym" przedsiębiorcą, a więc w pierwszej kolejności jako poseł czy senator oraz dodatkowo jako biznesmen w ścisłym sensie. Typowa sytuacja odnosiłaby się zatem do takich, nader licznych, przypadków, gdy poseł czy senator traktuje swój mandat jak swoisty „regon", który otwiera mu rozległe pole do prowadzenia szczególnego rodzaju prywatnej działalności gospodarczej na swój rachunek o profilu doradczo-usługowym, opartej jedynie na majątku osobistym. Ten sam mechanizm odnosi się do radnych na wszystkich poziomach samorządów terytorialnych.

Jeśli przyjąć ten punkt widzenia należy uznać za całkowicie racjonalne skoncentrowanie się naszego przedstawiciela Narodu na licznych zabiegach o zapewnienie sobie, swojej rodzinie czy przyjaciołom, na jak najkorzystniejszych warunkach, luksusowych mieszkań, samochodów, gruntów, kamienic i szeregu innych dóbr materialnych a także atrakcyjnych posad oraz uczestnictwa w rozmaitych intratnych interesach. W tym obszarze działań korzystne jest także wspieranie w rozmaitych urzędach załatwiania zaprzyjaźnionym przedsiębiorcom rozlicznych spraw o charakterze biznesowym i wiele innych tego typu starań. Dzięki temu powstaje interesująca sieć wzajemnych powiązań i zobowiązań parlamentarzystów z jednej strony z szeroko pojętym światem biznesu oraz administracji państwowej i samorządowej różnych szczebli z drugiej. Naturalną konsekwencją tego stanu rzeczy jest stały przyrost dochodów i majątków szeregu posłów i senatorów, co uwidacznia obszerna lista milionerów znajdujących się w gronie wybrańców narodu zasiadających w fotelach parlamentarnych na Wiejskiej. Być może nawet istnieje pewien subtelny, aczkolwiek nieuchwytny dla niewprawnego obserwatora, związek między przyrostem średniej bogactwa na głowę parlamentarzysty a rosnącą pauperyzacją społeczeństwa czyli przyrostem biedy na głowę mieszkańca naszego pięknego kraju.

Powyższy opis, jakkolwiek poznawczo płodny, razi jednak zbytnią powierzchownością ze względu na nadmierną personifikacje bohaterów naszego życia politycznego. Wszak posłowie czy senatorowie nie działają w pojedynkę, ale są delegowani do parlamentu z partyjnych list wyborczych i funkcjonują w ramach określonych klubów parlamentarnych. Zresztą już sama nazwa „klub" ma posmak pewnej elitarności i przyjemnie kojarzy się z zamkniętym kręgiem pewnej starannie dobranej grupy osób, czym zajmują się właśnie partie polityczne.

Kierowniczą rolę w strukturach władzy państwowej i samorządowej spełniają partie polityczne i na nich należy skoncentrować uwagę jako na głównych podmiotach życia politycznego. Ta oczywista konkluzja rodzi jednak proste pytanie dotyczące statusu funkcjonowania partii politycznych w naszym kraju jeśli zważyć, że tylko nieliczne wśród nich, na dodatek z reguły marginalne ugrupowania, używają słowo „partia" w swej nazwie. Wszak w naszym życiu politycznym mamy akcje, bloki, fronty, koalicje, konfederacje, kongresy, obozy, porozumienia, ruchy, sojusze, stronnictwa, unie, wspólnoty a nawet zjednoczenie czy platformę, słowem wszystko, co się da wymyślić, tylko nie partie.

Oczywiste, że po okresie „Rzeczpospolitej Drugiej i Pół" termin „partia" kojarzy się tak dalece negatywnie, że lepiej go unikać w nazwie ugrupowania politycznego, będącej rodzajem imienia własnego, która pełni funkcję logo firmy. Z drugiej jednak strony być może należy potraktować poważnie zabiegi liderów życia politycznego i uznać jako merytorycznie zasadne staranne unikanie przez nich słowa „partia" w nazwach swoich ugrupowań politycznych jako rzeczową informację o tym, że w naszym kraju partii politycznych w ścisłym tego słowa znaczeniu po prostu nie ma. Wystarczy jako punkt odniesienia w tej materii dla naszej powojennej rzeczywistości przyjąć PPS czy PSL Mikołajczyka, by sobie uświadomić, że tego typu partii politycznych obecnie w Polsce nie ma i nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości miały się pojawić. Na przykład, aktualnie rządzące ugrupowanie polityczne w efekcie przeprowadzenia formalnej „weryfikacji" około stu pięćdziesięciu tysięcy członkiń i członków, ograniczającej się praktycznie do ponownego wypełnieni ankiety personalnej potwierdzającej przynależność do organizacji, utraciło około jednej trzeciej stanu osobowego. Równocześnie, liczące w 2001 roku grubo poniżej stu członków, czyli tyle, co niewielki komitet wyborczy, ugrupowanie polityczne osiągnęło niewątpliwy sukces w ostatnich wyborach, stając się jednym z wiodących opozycyjnych klubów parlamentarnych. Przykłady te nie dają się sprowadzić do żadnego wspólnego mianownika, pokazują natomiast organizujące się politycznie grupy interesów i komitety wyborcze, co uwiarygodnia tezę o braku partii politycznych w naszym kraju.

Jednak przyjęcie poglądu, że działające obecnie w naszym kraju ugrupowania polityczne nie posiadają faktycznego statusu partii politycznych nie powinno prowadzić do pomniejszania ich znaczenia. Wręcz przeciwnie, poprzez nader aktywne uczestnictwo w rozmaitych strukturach władzy państwowej i samorządowej na różnych ich poziomach owe grupy polityczne, a zwłaszcza ich elity kierownicze, odgrywają pierwszorzędną rolę w podejmowaniu kluczowych decyzji zarówno kadrowych jak i merytorycznych, w pierwszej kolejności działając jako podmioty prowadzące własną działalność gospodarczą pod politycznym szyldem .

W celu poprawnego zrozumienia sensu decyzji tychże ugrupowań politycznych najbardziej płodne poznawczo wydaje się potraktowanie ich jako swoistych podmiotów gospodarczych w sensie szczególnego typu spółdzielni czy spółek z o.o., ale raczej jednak z nieograniczoną nieodpowiedzialnością należących do nich osób. Tego typu ugrupowanie poprzez uczestnictwo w strukturach władzy uzyskuje pole do prowadzenia szczególnego rodzaju działalności gospodarczej na swój rachunek o profilu doradczo-usługowym, co prawda bez posiadania własnego majątku, ale za to z potężnym kapitałem politycznym, którym jest wpływ na podejmowanie kluczowych decyzji w państwie czy samorządzie. Z tego punktu widzenia grupa osób prowadząca działalność polityczną faktycznie zachowuje się jak podmiot parający się, nastawioną na uzyskiwanie własnych dochodów, działalnością gospodarczą a nazwa ugrupowania politycznego, jako logo firmy, pełni funkcje swego rodzaju „regonu".

Kategoria dochodów ugrupowania politycznego daje się opisać przy pomocy standardowych określeń obejmujących zarówno jego majątek wspólny jak i poszczególnych członków i ich najbliższych, w pierwszej kolejności będących w posiadaniu przywódczych elit. Są to zarówno atrakcyjne posady i określone dobra luksusowe takie jak samochody, rezydencje czy nieruchomości ale także wymierne korzyści materialne i stałe zasilanie kont rożnymi kwotami pieniędzy za wspieranie w rozmaitych urzędach korzystnych dla zaprzyjaźnionych przedsiębiorców rozlicznych decyzji o charakterze biznesowym. Dobrze widziane jest powoływanie do życia intratnych interesów oraz nowych firm i przedsięwzięć gospodarczych z udziałem wskazanych osób na z góry ustalonym polu na przykład w celu wygrywania „ustawionych" przetargów czy operacji prywatyzacyjnych. Dopiero tutaj w pełnym zakresie powstaje bogata sieć wzajemnych powiązań i zobowiązań polityków z szeroko pojętym światem biznesu oraz administracji państwowej i samorządowej różnych szczebli, w której ugrupowania polityczne, a zwłaszcza ich liderzy, pełnią rolę swoistego spoiwa tego szczególnego typu „holdingu", sprawującego rzeczywistą władzę w całym kraju.

Wskazany „holding" działa jak klasyczny podmiot gospodarczy nastawiony na powiększanie zasobów i dochodów, ale jego części składowe nie są łatwe do opisania. Jądro „holdingu" stanowią bez wątpienia szeroko pojęte struktury państwa z jego budżetem i majątkiem, obejmujące rząd oraz jego rozliczne agendy centralne i terenowe, parlament, urząd prezydenta, samorządy terytorialne i wiele innych instytucji władzy państwowej a także liczne ugrupowania polityczne. Nie tylko te ostatnie, ale wszystkie części składowe, jak w prawdziwym holdingu, konkurują między sobą o uzyskanie jak największych zdobyczy majątkowych a działające w nim osoby o uzyskanie osobistych korzyści w maksymalnej skali. W dalszej perspektywie zwycięża jednak zawsze troska o wspólny interes czego dobrą ilustracją jest zgodne przeprowadzenie przez zintegrowane elity polityczne reformy samorządowej, dzięki której powstały powiaty, czyli cały szereg całkowicie zbędnych, ale intratnych posad i możliwości korzystania z apanaży władzy. Siłę „holdingu" najlepiej rozpoznaje się po sposobie jego funkcjonowania, gdy bez względu na krytyczny stan gospodarki i nikłe zasoby kasy państwowej oraz mizerię społeczeństwa z całą konsekwencją bezustannie się rozwija kadrowo, dochodowo, materialnie. Innym przykładem mogą być takie prywatyzacje majątku państwowego, w wyniku których szereg przedsiębiorstw przechodzących w prywatne ręce pozostaje nadal de facto, chociaż nie bezpośrednio, w zasobach „holdingu" jako prywatna własność należących do niego z góry wytypowanych osób. W ten sposób zamieszkaliśmy w królestwie korupcji, które ma trwać wiecznie, co ma zapewnić skorumpowana, tak jak i „holding", „partia władzy".

Być może brak w naszym kraju partii politycznych w ścisłym sensie ułatwił ugrupowaniom politycznym i strukturom władzy, zorganizowanie wokół siebie „holdingu", który stał się trzonem szeroko pojętej „partii władzy", podejmującej rzeczywiste decyzje odziane w szaty rozmaitego typu państwowych aktów prawnych. W tej perspektywie spory między rządem a opozycją posiadają nader ograniczone znaczenie i to jedynie w krótkiej perspektywie czasowej, a ich spektakularny obraz obliczony jest wyraźnie na doraźny użytek publiczny. W kluczowych kwestiach szeroko pojęty „holding" czyli władza, by wyrazić się językiem publicystycznym, „ma się dobrze" a kierując się wspólnym interesem zabiega przede wszystkim o zapewnienie sobie stabilnych warunków funkcjonowania i długiej perspektywy rozwojowej.

Jednak życie nie znosi próżni. Jeśli brak rzeczywistych partii politycznych ich funkcje muszą wypełniać inne instytucje społeczne, w pierwszej kolejności Kościół, który w naszej sytuacji z konieczności pełni funkcję partii chadeckiej, której realnie u nas nie ma. Ten sam mechanizm polityczny podnosi do rangi partii politycznej działalność wiodących prywatnych mediów, w szczególności gazety, której „nie jest wszystko jedno", pełniącej wraz z wpływowym tygodnikiem o tradycji sięgającej niemal półwiecza, świeżutką stacją telewizyjną i nader popularną radiostacją rolę ideowego i organizacyjnego ośrodka liberalno-demokratycznej orientacji. Tylko w tych warunkach możliwy był pomysł, by popularnego telewizyjnego dziennikarza informacyjnego obsadzić w roli kandydata na prezydenta. Został on zapewne starannie przemyślany przez elity rządzące prywatnymi mediami, niestety, jak się okazało, z pominięciem pracodawcy tegoż, który zachował zdanie odrębne i żurnalista przestał być pracobiorcą. W tym miejscu warto dodać, że publiczne radio i telewizja należą do „holdingu", a zatem właśnie w jego ramach dzielnie wypełniają swoją polityczną misję i wiernie służą „partii władzy".

Tym samym zarówno Kościół jak i prywatne media w naturalny sposób wpisują się w szeregi „partii władzy" zajmując, jak pokazują niedawne wydarzenia, w pełni równorzędne pozycje w jej strukturach obok ugrupowań politycznych i organów władzy państwowej. Taki sposób funkcjonowania zarówno Kościoła jak i prywatnych mediów zabezpiecza im pełne możliwości realizacji własnych ekonomicznych interesów, co objawia się z całą wyrazistością w sytuacji pojawienia się jakiejkolwiek groźby osłabienia ekonomicznych podstaw ich funkcjonowania.

To niepełne wyliczenie udziałowców „partii władzy" wstępnie zamykają elity biznesu i kadry wysokiego szczebla menedżmentu oraz przywódcy związkowi, których oczywiste spory i kontrowersje kiepsko skrywają rzeczywiste, chociaż ukryte przed szerszą publicznością, ścisłe współdziałanie dla zabezpieczenia wzajemnie korzystnych profitów.

Bez struktur mafijnych ani „holding" ani tym bardziej „partia władzy" nie mogłyby funkcjonować i nie ma powodu się o to martwić, bo akurat ten problem został już dawno rozwiązany. Szczęśliwie przed Okrągłym Stołem rozwiązano w ówczesnej policji wydziały do zwalczania przestępczości gospodarczej a i do dzisiaj niewidzialna ręka czuwa nad utrzymywaniem wymiaru sprawiedliwości w stanie politycznie wymuszonej niewydolności. Czasem jej się coś omsknie i wypadnie z utrudzonej dłoni, jak to w życiu, i wtedy mamy aferę ale do czasu – jak by napisał publicysta.

„Partia władzy" rodzi naturalną przeciwwagę w postaci „partii protestu", której rzeczywistym liderem jest Ruch na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Dzieje się tak dlatego, ponieważ jest on żywiołowym i autentycznym ruchem radykalnego protestu społecznego przeciwko rządzącym Polską elitom władzy, mechanizmom ich kształtowania i masowym praktykom korupcyjnym. W praktyce Ruch na rzecz JOW idzie jednak dalej, bowiem wprowadzenie większościowej ordynacji wyborczej w jednomandatowych okręgach wyborczych zagraża funkcjonowaniu „holdingu", ponieważ prowadzi do powstania po wyborach rzeczywistych partii politycznych, co oznacza upadek „partii władzy". Tym samym Ruch na rzecz JOW jest radykalnym reprezentantem antysystemowej opozycji, wymierzonej de facto w ustalony na salonach władzy polityczny układ.

„Partia protestu" ma charakter niezorganizowany i przejawia się w rozmaitych działaniach rozlicznych komitetów protestacyjnych, wśród których wiodącą rolę odgrywa Komitet Protestacyjny Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A. Są to spontaniczne akcje w postaci blokad dróg, ulicznych manifestacji, pikiet czy innych form akcji bezpośredniej. Protesty te przejawiają się zresztą także w formach bardziej pokojowych, takich jak organizowanie petycji, prowadzenie akcji ulotowych i informacyjnych przez różne grupy społeczne i komitety. Ich wspólnym mianownikiem jest występowanie w postaci opozycji antysystemowej, która odrzuca niedemokratyczne metody sprawowania władzy i porzucenie przez nią żyjących w biedzie obywateli. W tym kontekście sporadycznie zaczynają pojawiać się także antyreżimowe inicjatywy medialne czy ugrupowania polityczne o antysystemowym charakterze jak chociażby ruchy antyklerykalne zmierzające wyraźnie do obalenia „partii władzy".

Oczywiste, ze „partia władzy" nie pozostaje bierna wobec żywiołowo rosnącej w siłę „partii protestu". Sytuacja jest poważna skoro Prezydent Wszystkich Polaków, apolityczny rzecz jasna, rzeczywisty Szef „partii władzy", rzuca na szalę wszystko czyli najpierw siebie, idąc na, niestety zakończony klęską, nierówny bój z równie apolitycznym Premierem Wszechczasów, aby zmusić go do zakończenia rządów; następnie, poświęca swoją żonę, od niedawna apolityczną kandydatkę na kandydata na prezydenta III RP i a także swoje

ukochane dziecko – Senat, na którego żywym ciele mają być testowane okręgi jednomandatowe, ale i kolejne maleństwo – już absolutnie apolityczne, ale niezwykle zacne stowarzyszenie osób, ostatnio co prawda nienajlepiej się kojarzące, o niezbyt zresztą wykwintnej nazwie, jak na pałacowe progi, nie wspominając już o nazwiskach, ale jak powiadają mądrzy ludzie, co swoje, to swoje i nie odstawiamy od piersi.

Na wstępie jednak, jak świetnie pamiętamy, niemal rok temu, naczelny redaktor całkowicie apolitycznego i bezpartyjnego dziennika spontanicznie zorganizował szereg podpisów niezwykle ważnych osobistości pod petycją do tegoż prezydenta, aby zmienić ordynację proporcjonalną na większościową w jednomandatowych okręgach wyborczych. Radość był wielka, bowiem przez pewien, chociaż niezbyt długi czas, ale i tak dobrze, nawet wolno było pisać w tej gazecie o zmianie ordynacji wyborczej, ale raczej bez wspominania o istnieniu Ruchu na rzecz JOW, jego szalonych pomysłach a zwłaszcza argumentacji.

Jak z tego wynika „partia władzy" ma kłopot i trzeba go jakoś rozwiązać a z drugiej strony skoro korupcja przekroczyła wszelką miarę, trzeba państwo wyremontować a salony przewietrzyć. Skoro udało się przy Okrągłym Stole, to dlaczego dzisiaj nie ma się udać, skoro sytuacja wydaje się znacznie łatwiejsza do opanowania. Ale „holdingu" i „partii władzy" ich udziałowcy ruszyć nie pozwolą, co najwyżej tłuszcza dostanie od czasu do czasu na pożarcie poszczególne osoby, może nawet z rzadka mało ważne instytucje ale struktury władzy, jak ta oblężona twierdza, muszą być obronione. W każdym razie, jak widać, za remontowanie życia politycznego biorą się ci sami fachowcy stolarze, co przed piętnastu laty, i to jest pewna szansa – może ich zgubić pycha i zarozumialstwo, jak to nieraz drzewiej bywało.

Traktowanie przez nasze elity polityki na sposób biznesowy oznacza zatem, że poszczególni politycy i działacze, rozliczne ugrupowania i instytucje polityczne zachowują się jako podmioty nastawione w pierwszej kolejności na prowadzenie działalności gospodarczej. Zatem pensje, płace, wynagrodzenia, diety czy szerzej oficjalne dochody związane z funkcjonowaniem – osób, grup czy instytucji – w tej perspektywie nie powinny być traktowane jako ich najważniejsze źródło dochodu, bo i oni sami tak nie czynią.

Celem i sensem uprawiania polityki jako biznesu jest więc uzyskiwanie dodatkowych korzyści, w postaci dóbr materialnych i pieniędzy, związanych z udziałem w sprawowaniu władzy, które wielokrotnie przekraczają podstawowe wynagrodzenia i dochody. Takie możliwości pojawiają się jedynie dzięki szerokiemu współdziałaniu osób, grup czy instytucji, mafii nie wyłączając, prowadzących masowe praktyki korupcyjne związane z bezustannym nadużywaniem władzy. Tak powstaje szczególnego rodzaju polityczna Organizacja o gospodarczym charakterze, którą wygodnie jest nazwać „holdingiem", żeby wskazać na fundamentalne i bezpośrednie odniesienie polityki do jej ekonomicznych podstaw. Ale jak gdyby z drugiej strony, tenże nietypowy „holding" staje się opoką szeroko i specyficznie pojmowanej „partii władzy", dla której korzyści materialne i uzyskiwane dzięki politycznym nadużyciom ekonomiczne źródła utrzymana odgrywają pierwszorzędne znaczenie. Udziałowcy „holdingu" i szerzej „partii władzy", beneficjenci tego stanu rzeczy mają zatem czego bronić, niektórzy z nich nawet walczą o przeżycie, wszak im także grozi bezrobocie, i łatwo swojej skóry nie oddadzą.

Polityka jako spektakl

Potoczny obserwator naszego życia politycznego bez trudu zauważy, że swoistym znakiem rozpoznawczym publicznego dyskursu politycznego toczącego się w Polsce po 1989 roku, stał się charakterystyczny termin „scena polityczna". Zarówno politycy rozmaitych orientacji, jak i publicyści w swoich wypowiedziach, relacjach, analizach, komentarzach i prognozach nie mogą się obyć bez nieustannego używania w rozmaitych kontekstach tego już rutynowego zwrotu.

Mówi się zatem i pisze o tym, jakie nowe ugrupowania polityczne pojawiły się na scenie politycznej a jakie z niej wypadły oraz o nowych politykach na tej scenie. Wiele uwagi poświęca się miejscu zajmowanemu przez poszczególne postacie na scenie politycznej od lewicy do prawicy, ich rozlicznym przemieszczeniom na tej osi. Często charakterystyka wpływów politycznych i sił oddziaływania na władzę na przykład klubów parlamentarnych określana jest w kategoriach ich dominacji bądź słabości właśnie na scenie politycznej. W ten sposób powstaje wrażenie, że termin „scena polityczna" stopniowo wypiera z użycia takie tradycyjne zwroty, jak polityka, życie polityczne i im podobne.

W bardziej fachowych analizach i komentarzach, często w powiązaniu z pogłębioną analizą wyników badań opinii publicznych, rozpoznać można echo naukowej terminologii, stosowanej zwłaszcza w anglosaskiej politologii, psychologii politycznej czy socjologii. W tych przypadkach w środkach przekazu dodatkowo autoryzuje się nie tylko kluczowy zwrot „scena polityczna" ale także określanie polityków jako aktorów, których działalność rozpatrywana jest w kategoriach odgrywania przez nich na scenie społecznej szczególnej roli, jako roli politycznej. (Por. K. R. Monroe: Psychology and Rational Actor Theory. „Political Psychology" (special issue: Political Economy and Political Psychology) 1995, nr 16, s. 1-22; S.D. Tansey: Nauki polityczne. Poznań 1997, s. 27-30; Psychologia polityczna, pod red. K. Skarżyńskiej. Poznań 1999.)

W tej perspektywie zasadne jest rozważenie mimowolnej redukcji, w procesie przekazu informacyjnego, życia politycznego do jego scenicznego kształtu, który niejednokrotnie staje się przeciwieństwem realnych zdarzeń. Zdominowanie dyskursu politycznego przez formułę sceny politycznej i jej pochodnych w rozmaitych kontekstach faktycznie lokuje społeczne postrzeganie sprawowania władzy publicznej w konwencji spektaklu.

Ta metaforyczna formuła jest używana przez polityków i komentatorów na oznaczenie instytucjonalnej przestrzeni życia politycznego, w której poruszają się zarówno osobistości, jak i rozliczne ugrupowania polityczne czy instytucje władzy publicznej. Ma ona wiele zalet, umożliwia bowiem segmentację życia politycznego wedle rozmaitych kryteriów, takich jak prawica, lewica, centrum, obóz solidarnościowy i postkomunistyczny, koalicja i opozycja czy reformatorzy i konserwatyści. Zarazem oznacza jednak dyskwalifikację określonych zdarzeń politycznych jako niescenicznych, nawet wtedy, gdy są one zgodne z demokratycznymi regułami „gry".

W tym kontekście należy przypomnieć, że przed ponad trzydziestu laty kategoria „spektaklu" stała się słowem-kluczem służącym do totalnej krytyki społeczeństwa opartego na gospodarce rynkowej w jego zróżnicowanych sferach funkcjonowania – od rozrywki do systemów ekonomicznych i politycznych. Uczynił to Guy Debord, francuski artysta, poeta, autor filmów i współtwórca „Międzynarodówki Sytuacjonistycznej" w publikacji Społeczeństwo Spektaklu (1967), która stała się kultową książką paryskiego maja. Zdaniem Anny Ptaszkowskiej, tłumaczki i komentatorki twórczości Deborda, jego poglądy społeczne dają się zawrzeć w takiej oto syntezie: „Spektakularny charakter obecnej cywilizacji: odrealnienie, zastąpienie rzeczywistości obrazem, a bycia – reprezentacją, relatywizacja prawdy na wszelkich poziomach i jej permanentna wymienność z kłamstwem, zanik pamięci i idąca za nim destrukcja historii, odosobnienie, alienacja, pasywność, nieokiełznana konsumpcja, wszelka działalność ludzka jako towar – te i wiele innych cech społeczeństwa spektaklu koncentruje się w aspekcie niejako nadrzędnym, a mianowicie w konkretnej perspektywie śmierci społeczeństwa, które zastępuje życie jego pozorem".(A. Ptaszkowska: Posłowie od tłumacza. W: G. Debord: Społeczeństwo spektaklu. Gdańsk 1998, s.113-114.)

Społeczeństwo Spektaklu zawiera całościową, często na wysokim poziomie ogólności, krytyczną teorię Deborda, która ma wymiar oryginalnej filozofii społecznej. Analiza procesów politycznych w ramach koncepcji spektaklu odnosi się tu w mniejszym stopniu do konkretnych instytucji demokratycznych, co nie przeszkadza w wykorzystaniu do tego celu jego ogólnoteoretycznych rozważań.

W niniejszym opracowaniu nasze życie polityczne ostatniego dziesięciolecia, rozpoznawane od strony dyskursu politycznego, zostanie zinterpretowane w konwencji spektaklu, co naturalnie stwarza sposobność także do szerszych konkluzji odnoszących się do kondycji społeczeństwa polskiego jako całości.

W celu rozpoznania bogactwa kontekstu znaczeniowego w pojmowaniu życia społecznego jako swoistego spektaklu konieczne jest przywołanie podstawowych tez filozoficznych Deborda. Dla potrzeb tych rozważań akcentowanie wizerunku życia politycznego w publicznym dyskursie w formule sceny politycznej i związanych z nią pojęć pochodnych w naturalny sposób prowadzi do interpretowania życia politycznego w perspektywie spektaklu w rozumieniu Deborda. Niżej cytowane podstawowe założenia jego koncepcji dają się bez trudu odczytać jako charakterystyka spektaklu politycznego także w jego konkretnym wymiarze.

„1. Całe życie społeczeństw, w których królują nowoczesne warunki produkcji, zapowiada się jako gigantyczne nagromadzenie s p e k t a k l i. Wszystko, co było dotąd przeżywane bezpośrednio, oddaliło się w przedstawienie.

2. Oderwane od poszczególnych aspektów życia obrazy łączą się we wspólnym nurcie, w którym jedność życia nie może już zostać przywrócona. Rzeczywistość pojmowana

c z ę ś c i o w o rozwija się teraz w swoją własną, uogólnioną jedność jako o d d z i e l n y pseudoświat, będący jedynie przedmiotem kontemplacji. Specjalizacja w dziedzinie obrazów świata znajduje swe spełnienie w świecie zautonomizowanego obrazu, gdzie kłamstwo samo się okłamuje. Spektakl jako taki, będący konkretnym odwróceniem życia, jest autonomicznym ruchem nieżycia.

3. Spektakl przedstawia się jako samo społeczeństwo, a zarazem jako jego część i jako

n a r z ę d z i e z j e d n o c z e n i a. Jako część społeczeństwa jest on w sposób wyraźny obszarem, który skupia wszystkie spojrzenia i wszelką świadomość. A ponieważ jest obszarem w y d z i e l o n y m, staje się miejscem nadużycia spojrzeń oraz fałszywej świadomości, a zjednoczenie, którego dokonuje, to tylko oficjalny język powszechnego rozdzielenia.

4. Spektakl nie jest zbiorem obrazów, ale społecznym stosunkiem między ludźmi, nawiązywanym za pośrednictwem obrazów.

5. Spektakl nie powinien być rozumiany jako nadużycie świata wizji ani jako produkt techniki masowego rozpowszechnienia obrazów. Jest raczej światopoglądem, który się zmaterializował i stał rzeczywisty – światopoglądem, który się zobiektywizował" (G. Debord: Społeczeństwo spektaklu, s. 11-12.)

W perspektywie poznawczej Deborda zarysowana jest wizja dwóch poziomów rzeczywistości społecznej: życia społeczeństw, realnie przeżywanego świata i jego przedstawienia jako zbioru gigantycznych spektakli, a zatem nieżycia. Siła oddziaływania tego obrazu świata jest tak potężna i zobiektywizowana, że chociaż jest on efektem realnego życia staje się światem samym. Ten w istocie pseudoświat staje się domeną świadomości fałszywej i zarazem powszechnie funkcjonującym światopoglądem. Spektakl jest w tej koncepcji podstawowym stosunkiem społecznym zapośredniczonym poprzez obrazy realnego świata, który funduje rzeczywistość nowoczesnego społeczeństwa producentów towarów, opartego na społecznym podziale pracy. W rezultacie tego procesu spektakl w swej istocie staje się towarem.

Scena polityczna jest oczywiście miejscem dziania się spektaklu, którego geneza tkwi w realnym życiu politycznym społeczeństw. W naturalnym procesie przekształceń spektakl zastępuje owo życie polityczne, które rozpoznawane jest w kategoriach świadomości fałszywej jako rezultat scenicznych zdarzeń. To odwrócenie świata realiów i pozorów dokonuje się w rezultacie fetyszyzacji politycznego widowiska nadając mu rangę rzeczywistości samej.

Wyrażenie „scena polityczna" wbrew pozorom nie jest znaczeniowo neutralne. Odsyła ono do konotacji, które jednak w nikłym stopniu kojarzą się z klasycznym kontekstem demokratycznych rozwiązań ustrojowych, opartych, w każdym szczegółowym wariancie, na spontanicznej aktywności politycznej obywateli, ich umiejętności samoorganizacji i wypracowaniu reguł samorządności. Tymczasem, charakterystyka życia politycznego w konwencji spektaklu redukuje obywatela do pozycji widza, szerzej publiczności spektaklu, który toczy się na scenie politycznej.

Ten widz-obywatel jest oczywiście niezbędną częścią składową spektaklu ale starannie w niego wkomponowaną. Każde wyłamanie się z konwencji przypisanych publiczności zachowań prowadzi automatycznie do odsunięcia widza z udziału w spektaklu jak w przypadku analogicznych naruszeń reguł aktorów ze sceny. Także w sferze polityki zachowania niekonwencjonalne muszą się mieścić w ramach reguł gry społecznej, aby uniknąć zakwalifikowania jako awanturnictwo i eliminacji z trwającego spektaklu.

Bohaterem spektaklu w sposób oczywisty stają się aktorzy odgrywający dla publiczności określone role w ramach odtwarzania pewnej historii. Formuła sceny politycznej automatycznie nadaje politykom pierwszoplanowy status, zakładając milcząco pasywne i kontemplacyjne zachowanie społeczeństwa jako swoistej publiczności. W tych warunkach społeczeństwo także ma do odegrania ściśle określoną rolę, która niewiele różni się od zachowań kibica na zawodach sportowych czy widza w teatrze. Idąc tym tropem warto zauważyć banalną okoliczność, że to sami obywatele demokratycznego państwa, tak jak widzowie czy kibice, opłacają swój udział w spektaklu w tej właśnie biernej roli.

Spektakl polityczny zakłada, że społeczeństwo wynagradza swoich politycznych przedstawicieli za to, że ono samo przestaje zajmować się polityką i zajmuje pozycje pasywnego obserwatora toczącego się na jego oczach widowiska. Ten oczywisty fakt, że podmiotem i bohaterem życia politycznego jest w strukturach demokratycznych samo społeczeństwo, jest skutecznie maskowany przez wysunięcie na plan pierwszy aktorów, opłacanych zawodowców od uprawiania polityki. Jak pisze Debord, to odwrócenie ról jest konstytutywnym elementem spektaklu.

„Najstarsza specjalizacja społeczna – specjalizacja sprawowania władzy – tkwi u korzeni spektaklu. Spektakl jest więc specjalistyczną działalnością, która mówi za innych, za ogół. Jest on dyplomatyczną reprezentacją przed sobą samym hierarchicznego społeczeństwa, z której wszystkie inne słowa zostały wyrugowane. Najnowocześniejsze jest tu zarazem najbardziej archaiczne". (Ibidem, s. 16). Współcześnie oznacza to, że rządzenie staje się towarem, za który społeczeństwo płaci zawodowcom, także wtedy, gdy działania władzy są wymierzone przeciwko niemu.

Ale scena polityczna jako miejscy gry politycznej to tylko jedna część swoistego teatrum władzy, w którym są także kulisy i ukryta przed publicznością cała maszyneria życia politycznego, bez których spektakl w ogóle nie daje się pomyśleć. Za sceną polityczną funkcjonuje zatem rzeczywisty mechanizm sprawowania władzy, który jest tajemnicą. Do natury spektaklu należy także uchylanie tzw. rąbka tajemnicy, zazwyczaj pod staranną kontrolą jego reżysera, który ważną różnicę między tym co jawne i tajne czyni jednym z istotnych momentów funkcjonowania sceny politycznej.

Interpretacja polityki w konwencji spektaklu nie ma więc niewinnego charakteru, skoro prowadzi do artykulacji w dyskursie politycznym, fundamentalnego w demokracjach, stosunku społecznego między obywatelem i politykiem pod postacią relacji między widzem i aktorem. Relacja ta wymaga naturalnego rozwinięcia, bowiem o ile w polityce dosyć często jesteśmy świadkami teatru jednego aktora o tyle teatr jednego widza jest po prostu niemożliwy. Zarówno spektakl jak i życie politycznie adresowane są do pewnych zbiorowości widzów – publiczności. Symetrycznie, regułą jest występowanie na scenie wielu aktorów odgrywających symbolicznie zróżnicowane wobec siebie postacie, reprezentujące określone realia pozascenicznej rzeczywistości. W praktyce spektakl polityczny oznacza spotkanie dwóch odmiennych zbiorowości, które bez siebie nie mogą istnieć: działających na scenie politycznej aktorów i znajdującej się na swoistej widowni publiczności, zainteresowanej kwestiami publicznymi.

Charakterystyka sceny politycznej jako swoistej przestrzeni, w której funkcjonują politycy jako szczególnego rodzaju aktorzy, stwarza rozliczne komplikacje. Przestrzeń ta ma oczywiście wymiar symboliczny, chociaż odnosi się także do rozmaitych realnych budowli, które nie mając z teatrem nic wspólnego, pełnią symboliczną funkcję sceny.

Przemawiający na forum parlamentu polityk staje się aktorem dla widowni złożonej z siedzących na sali obrad posłów czy senatorów. Równocześnie toczy się prawdziwy spektakl polityczny o społecznym wymiarze, w którym parlament jako całość staje się faktyczną sceną polityczną dla śledzącej obrady w środkach masowego przekazu publiczności, fachowo zwanej elektoratem. W tym sensie, w społecznej wyobraźni, spektakl polityczny toczy się na scenie wykreowanej przez media, w szczególności przez telewizję.

W efekcie, rozliczne publiczne budynki oraz ich wnętrza opatrzone stosowną symboliką tworzą znaczące tło jako swoista scenografia sceny politycznej dla aktorskich popisów polityków. Podobnie wszelkiego rodzaju masowe zdarzenia polityczne i zgromadzenia publiczne, takie jak wiece, manifestacje czy strajki, posiadają właściwą sobie oprawę scenograficzną dla politycznych komunikatów.

Bezpośrednio sceniczny charakter mają konferencje prasowe i wywiady polityków, które adresowane są wprost do medialnej publiczności. Z kolei reklamówki polityczne pełniące funkcje „spotów" wyborczych są już scenografią niemal w czystej postaci a okienko telewizyjne, odbiornik radiowy czy prasa same stają się dla nich rodzajem politycznej sceny.

Bogactwo zdarzeń i form funkcjonowania „sceny politycznej" uprawnia do traktowania jej jako całościowego obrazu życia politycznego państwa, uporządkowanego wedle głównych jego postaci – liderów, ugrupowań politycznych i społecznych oraz instytucji życia publicznego, jaki wytworzył się w oczach szeroko pojętej opinii publicznej. Osobliwością tak pojmowanej sceny politycznej jest jej podwójnie subiektywny charakter, relatywizowany zarówno w odniesieniu do polityków, jak i publiczności.

Chociaż w abstrakcyjnym ujęciu scena polityczna jest jedna, to w jej praktycznym wyrazie jest ich bardzo wiele i to bez względu na naturalne preferencje mediów w kreowaniu obrazu życia politycznego. Z jednej strony, poszczególni uczestnicy życia politycznego starają się kształtować scenę polityczną w taki sposób, aby odgrywane przez nich postacie i role wypadły jak najkorzystniej w oczach opinii publicznej. Z drugiej, wizerunki rozmaitych liderów i ugrupowań podlegają ocenie publicznej zrelatywizowanej wedle preferencji ideowych i politycznych widzów toczącego się spektaklu. Mimo prób operowania formułą sceny politycznej jako jednolitą kategorią w praktyce – jak wspomniano – funkcjonuje ich wiele, dając się uporządkować wedle pewnych typów i standardów zróżnicowanych politycznie scen. Kwestia ta jest starannie maskowana, bowiem, co zrozumiałe, każde ugrupowanie polityczne stara się własny obraz sceny politycznej przedstawić jako uniwersalny i powszechnie obowiązujący.

Wielość scen politycznych i ich zróżnicowany charakter zakłada pewne wspólne reguły gry, praktykowane przez uczestników politycznych spektakli, nie wyłączając kontestatorów, które zapewniają komunikatywność nadawanych przekazów. Formuła spektaklu zakłada swoistą homogenizację obydwu jego stron, zarówno aktorów jak i publiczności, jako dominującą tendencję. Mimo realnych podziałów społecznych zarówno na scenie politycznej jak i wśród politycznie aktywnej części społeczeństwa jego funkcjonowanie jako sceny i publiczności pełni funkcje integrujące. Charakterystycznym przejawem owej homogenizacji życia politycznego jest odrzucenie wszelkich podziałów, w tym tak fundamentalnego jak podział na władzę i opozycję, gdy całość sceny politycznej pod naciskiem żywiołowych protestów jest zagrożona.

Podobnie zgodna z regułami gry politycznej operacja, zmierzająca do zmiany ordynacji wyborczej na taką, która prowadzi do wymiany części elit politycznych, spotyka się ze zorganizowanym oporem wszystkich aktorów sceny politycznej, z opozycją na czele. Przykładem mogą być tutaj społeczne inicjatywy zmierzające do zmiany naszej ordynacji wyborczej na jednomandatową i wiekszościową, co osłabia władzę aparatów partyjnych nad politykami. Proponowany typ ordynacji w znacznym stopniu zbliżony jest do pewnej części mechanizmów demokracji bezpośredniej, która z trudem mieści się w tradycyjnej formule spektaklu. (Por. Otwarta księga. O jednomandatowe okręgi wyborcze. Wyd. III, pod red. R. Lazarowicza, J. Przystawy. Wrocław-Nysa 1997; M. Dakowski, R. Lazarowicz, J. Przystawa: Jednomandatowo! Nysa 1997.) W tym przypadku dla ilustracji problemu należałoby odwołać się do tych postaci teatralnej awangardy, w której aktywność widza jest fundamentem spektaklu. To złamanie ustalonych dotąd reguł funkcjonowania sceny politycznej nie jest przez jej aktorów akceptowane, co automatycznie oznacza, że także w medialnym przekazie taka inicjatywa społeczna nie może się zmaterializować. Nawet całkowicie legalne i uprawnione zabiegi o referendum w tej sprawie w całości toczą się poza oficjalną opinia publiczną. Ten przykład dobrze ilustruje jedność aktorów sceny politycznej i ich ścisłą więź z rzeczywistymi dysponentami środków społecznego przekazu. Niezwykle ważnym momentem tej jedności jest oczywiście społeczeństwo, które broni utrwalonej konwencji spektaklu, którą zna, praktykuje i w swej zdecydowanej przewadze akceptuje. Operacja wciągnięcia widza na proscenium, nie mówiąc już o jego udziale w akcji scenicznej, należy do najtrudniejszych działań teatralnych, o czym zaświadcza historia każdej tego typu awangardy.

Głównymi bohaterami spektakli są oczywiście aktorzy, czyli artyści tworzący postacie sceniczne, grające jakąś rolę. Na politycznej scenie występują starannie dobrane osoby odgrywające role polityków, którzy poprzez wygłaszanie stosownych poglądów i opinii prezentują rozmaite orientacje polityczne, partie, organizacje, obozy, bloki, sojusze, koalicje czy opozycje. W tym sensie politycy jako aktorzy są uosobieniem tych struktur politycznych do których należą, starając się zarazem wyrażać nastroje tych grup społecznych, których mandat muszą potwierdzać w swych działaniach scenicznych pod groźbą utraty publiczności.

Jak wiadomo, aktorzy to zawodowcy, którzy za odpowiednie wynagrodzenie wygłaszają do widowni cudze teksty, oczekując aplauzu widowni nie tyle ze względu na walory tych tekstów, ile raczej za mistrzostwo ich prezentacji. Ta reguła w pełni odnosi się do polityków-aktorów, chociaż każdy z nich kreuje się na polityka-autora, wygłaszającego ze sceny własne teksty.

Paradoksalnie, odwracając sytuację można uznać, że rzeczywistymi bohaterami sceny politycznej są raczej rozliczne obozy, bloki, sojusze czy koalicje jako swoiste ogólne formacje ideowe, za którymi kryją się realne podmioty społeczne, niż politycy jako osoby. W tym sensie, wypowiadane na scenie politycznej kwestie są co najwyżej autoryzowane przez polityków, bowiem ich podstawowym zadaniem jest artykulacja określonych nastrojów społecznych pod groźbą utraty własnej widowni.

Jednak prezentacja poglądów opinii publicznej nie ma powszechnie obowiązującego charakteru. Kryteria dopuszczenia do występów na scenie politycznej są bardzo surowe. Najprościej można je określić syntetyczną formułą: scena polityczna jest dla zwycięzców. Polityk czy ugrupowanie polityczne latami obecne na pierwszych stronach gazet znika ze sceny politycznej wraz z utratą znaczącej pozycji politycznej. Najczęściej obejmują oni rolę „czarnego charakteru", która ciąży na nich także w przypadku powrotu na polityczną arenę w rezultacie kolejnego sukcesu wyborczego. W tej sytuacji ich realne znaczenie polityczne, dzięki kreującym scenę polityczną mediom i przy czynnym udziale polityków odgrywających role pierwszoplanowe, jest skutecznie redukowane do roli przysłowiowego „halabardnika".

Scena polityczna operuje zatem niepisaną regułą wykluczeń. Odnosi się to przede wszystkim do opozycji pozaparlamentarnej, która nawet gdy znajduje się w swoistej „sali prób", do której trafia się po przegranych wyborach, ma małe szanse na występy na scenie politycznej i rozpoznanie przez potencjalnego widza. Scena polityczna konstruowana jest w taki sposób, aby opozycja pozaparlamentarna była odcięta od publiczności przez nadzwyczaj restrykcyjne działania mediów. Przeciętnie zainteresowany sprawami publicznymi obywatel nic się o jej istnieniu nie dowie, a te pozaparlamentarne partie i ugrupowania, które mają własne publikacje, także periodyczne, nie mają szans, aby pojawić się w przeglądach prasy, także w publicznych mediach. Prawicowa czy lewicowa orientacja polityczna nie ma tu żadnego znaczenia, bowiem reżyserzy sceny politycznej stosują tradycyjną technikę „obcinania skrzydeł".

Sytuacja zmienia się wtedy, gdy w ramach toczącego się spektaklu politycznego potrzebny jest wizerunek „warchoła" czy "oszołoma", który w ściśle określonych warunkach zostanie instrumentalnie wprowadzony ze stosowną etykietą do obiegu publicznego. Takie tło daje określony efekt estetyczny, pokazując naturalność scenicznych zachowań głównych aktorów prezentowanego spektaklu, które utwierdzają ich pierwszoplanową rolę. Zabieg dyskredytacji fragmentów sceny politycznej, zwłaszcza w jej obszarach granicznych z rzeczywistością pozasceniczną, jest jednym z konstytutywnych elementów spektaklu.

Najczęściej dzieje się tak przy okazji publicznych zgromadzeń, które dla opozycji pozaparlamentarnej są jedynym sposobem zaznaczenia swego istnienia zarówno wobec swoich zwolenników, jak i szerszej publiczności. Pokazywanie w mediach w odpowiednim kontekście wieców, manifestacji i protestów opozycji pozaparlamentarnej jako marginalnych i niestosownych w ramach istniejącej sceny politycznej skutecznie je marginalizuje w opinii publicznej i tak koło się zamyka.

Prawidłowością funkcjonowania sceny politycznej jest bezustanne lokowanie na niej pierwszoplanowych postaci i struktur polityczny jako z założenia apolitycznych. W ten sposób wyraża się jedna z fundamentalnych właściwości politycznego spektaklu – jego depolityzacja. Czyni się to za pomocą różnych mechanizmów, nie wyłączając estetycznych.

Odnosi się to do tak czołowej postaci sceny politycznej jak prezydent państwa, który jest konsekwentnie etykietowany jako prezydent wszystkich obywateli. Taka kwalifikacja osłabia jego funkcjonowanie jako politycznego reprezentanta tej części społeczeństwa, która udzieliła mu poprzez głosowanie poparcia politycznego. Okazało się ono zresztą, zgodnie z procedurami demokratycznymi, całkowicie wystarczające do objęcia najwyższej funkcji w państwie. Tymczasem, wedle reguł demokracji, prezydent państwa jest konstytucyjnym reprezentantem wszystkich obywateli, co nie przekreśla jego politycznej roli jako przedstawiciela określonej partii politycznej. Podobne tendencje przejawiają się w próbach lokowania w wyobraźni politycznej naszego społeczeństwa marszałków Sejmu i Senatu, a nawet premiera rządu, jako apolitycznych aktorów sceny politycznej.

Zbliżony charakter mają zabiegi wokół innych kluczowych instytucji państwa, zmierzające także do narzucenia im statusu szczególnie pojętej apolityczności. Dotyczy to w pierwszej kolejności wojska, policji, służb specjalnych, dyplomacji czy szeroko pojętego wymiaru sprawiedliwości. Podobnie, chociaż mniej natarczywie, kształtowany jest wizerunek resortów finansów, gospodarki czy skarbu jako apolitycznych instytucji kierowanych przez fachowców, którzy realizują ogólnikowo charakteryzowany interes publiczny czy zobiektywizowane wymogi gospodarki.

Tendencja ta zmierza coraz wyraźniej do lokowania na scenie politycznej całości rządu, szerzej państwa jako apolitycznej instytucji publicznej, która służy interesom obywateli bez oglądania się na ich opcje polityczne czy preferencje partyjne. Natomiast skład rządu, będący niewątpliwie funkcją działania politycznej maszynerii, staje się emanacją bliżej nieokreślonego „rozumu politycznego" społeczeństwa.

Kolejnym przykładem z tej dziedziny politycznych działań są zabiegi wokół utworzenia apolitycznego korpusu urzędników państwowych. Oczywiście publiczna telewizja i radio z definicji mają mieć całkowicie apolityczny charakter, a wszelkie odstępstwa od tej reguły są natychmiast wynoszone na proscenium.

Aktorzy sceny politycznej w licznych dyskusjach zarzut „polityczności" czy „upolitycznienia" bądź kierowania się przesłankami czy motywami „politycznymi" traktują jako epitet i kluczowy argument zamykający wymianę poglądów.

Przedstawiony ogólny zarys funkcjonowania sceny politycznej III Rzeczpospolitej zdaje się być wyrazem trwałej tendencji do pozornej depolityzacji życia politycznego. Osobliwie procedury i reguły demokratycznych rozwiązań ustrojowych wprowadzone w Polsce po 1989 roku z natury swej winny kształtować autentyczne życie polityczne. Tymczasem, mechanizmy przemian ustrojowych zmierzają w kierunku przeciwnym. Wielokrotnie zwracała na to uwagę Jadwiga Staniszkis, łącząc procesy depolityzacji ze zjawiskiem korupcji władzy.

Jest to oczywisty spadek po „Rzeczpospolitej Drugiej i Pół", w której polityka kojarzyła się w opinii publicznej jednoznacznie negatywnie. Sam termin „partia" obciążony jest tak dalece negatywną konotacją, że mimo wprowadzenia ustawy o partiach politycznych tylko nieliczne, na dodatek z reguły marginalne ugrupowania polityczne, używają go w swej nazwie. Wystarczy rozpoznać zabiegi liderów nowych partii politycznych, które skoncentrowane są na tak starannym komponowaniu ich nazw, żeby oddalić wszelkie skojarzenia ze skompromitowanym terminem. Dlatego na naszej scenie politycznej nie występują partie tylko akcje, bloki, fronty, koalicje, konfederacje, kongresy, obozy, porozumienia, ruchy, sojusze, stronnictwa, unie, wspólnoty a nawet zjednoczenie. (Por. Wybory parlamentarne 1991 i 1993 a polska scena polityczna, pod red. S. Gebethnera. Warszawa 1995.) Zapewne nie jest to koniec politycznego słowotwórstwa. Sprawa jest więc bardzo poważna, jeśli zważyć, że chodzi o wizytówką ugrupowania politycznego, które już w swej nazwie, będącej rodzajem imienia własnego, dobitnie sygnalizuje minimalizację politycznego kontekstu swego funkcjonowania.

Przełomową rolę we wprowadzeniu demokratycznych przemian ustrojowych w Polsce odegrał jak wiadomo Okragły Stół. Była to, jak widać po latach, niezwykle udana próba wprowadzenia demokracji „od góry". Wedle lapidarnego wyrażenia Andrzeja Stelmachowskiego, dobrze poinformowanego uczestnika zakulisowych negocjacji, dalekosiężne porozumienie w kluczowych dla interesów Polski sprawach zawarto w rzeczywistości „między pułkownikami i biskupami". Prezentacja publiczna przebiegu i wyników Okrągłego Stołu odbyła się w konwencji starannie wyreżyserowanego spektaklu politycznego, skonstruowanego przede wszystkim pod kątem prezentacji na ekranach telewizyjnych.

Spektakl ten, jak wiadomo, zakończył się przed laty pełnym sukcesem i trwa nadal. Opinia publiczna zaakceptowała w pełni jego formułę, chociaż także w trakcie prezentacji obrad Okrągłego Stołu występowały obok siebie dwie przeciwstawne strony polityczne: partyjno-rządowa i społeczno-solidarnościowa. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z sytuacją wzajemnie się wykluczających się warunków – albo Okrągły Stół albo dwie strony. Tymczasem konwencja spektaklu pogodziła ze sobą te wykluczające się okoliczności i usunęła oczywistą sprzeczność. (Por. Porozumienia Okrągłego Stołu. Warszawa 1989; Pęknięty dzban. Wybór dokumentów Związku „Solidarność" 1988-1990, pod red. M. Zagajewskiego. Wyd. II. Szczecin 1991.)

W tym także zawiera się istotne źródło obecnego stanu życia politycznego w Polsce, tym bardziej, że i obecnie, po dziesięciu latach praktykowania demokracji, paradoksalnie wracają negatywne oceny społeczne polityki jako takiej, polityków, władzy, państwa i partii. Nie jest to zresztą zjawisko zaskakujące dla ustrojów demokratycznych, w które trwale wkomponowana jest krytyka demokracji na rzecz demokracji, bezustanna debata nad stanem demokratycznych instytucji w kierunku ich stałego doskonalenia. (Por. W. Mills: Elity władzy. Warszawa 1961.)

Specyfika polskiej sceny politycznej objawia się także w niezwykle silnej obecności Kościoła rzymskokatolickiego i związku zawodowego „Solidarność". Kościół prezentuje się tradycyjnie jako apolityczna organizacja, zwłaszcza wówczas gdy zajmuje publiczne stanowisko w kwestiach politycznych. Sprawa „Solidarności" jest bardziej skomplikowana bowiem od samego początku funkcjonowała ona jako dystansujący się do polityki związek zawodowy i ruch społeczny. Ta dwoista funkcja naturalnie predestynowała „Solidarność" do występowania na scenie politycznej pod postacią społecznego ruchu narodowego, także wymykającego się prostym politycznym identyfikacjom. Do tego należy dodać ukierunkowanie samorządów na działalność apolityczną.

W rezultacie tych realiów naturalne jest traktowanie polityki jako synonimu partyjności, co wywołuje negatywne skojarzenia w opinii publicznej i od czego ucieka cały nasz polityczny świat i co prowadzi mimowolnie, a czasami świadomie do pozornej depolityzacji całości naszego życia politycznego. Tendencja ta nie wydaje się możliwa do utrzymania w dłuższej perspektywie funkcjonowania demokratycznego ustroju. Grozi ona zastąpieniem politycznej aktywności obywateli swoistego rodzaju „miękkim" totalitaryzmem demokratycznym.

Nasza demokracja zdaje się wymagać publicznej poważnej debaty nad istotą polityki i apolityczności, rolą elit i polityków w działaniach na rzecz realizacji interesów społecznych i bezpieczeństwa państwa. Trwała tendencja do depolityzacji życia publicznego w Polsce ma charakter pozorny i iluzoryczny. Realia wskazują na dokładnie odwrotny proces. W instytucjach, które faktycznie w mniejszym stopniu nasycone są politycznością takich jak władza lokalna, samorządy różnych szczebli, w tym kasy chorych, kadry zarządzające gospodarką, a nawet kulturą czy sportem decyzje kadrowe i merytoryczne nasycone są niezwykłą dynamiką walk politycznych. W tych sferach spektakl, o którym mowa, nie został dostatecznie rozwinięty i w mniejszym stopniu utrwaliły się konwencje pełniąca funkcje samoregulatorów.

Osobliwością aktualnych tendencji zmierzających do wtłaczanie życia politycznego w ramy spektaklu toczącego się na scenie politycznej przy biernej postawie publiczności jest to, iż faktyczną genezą kształtowania struktur demokratycznych w Polsce były masowe działania polityczne o obywatelskim charakterze i samorządnej inicjatywie społecznej. Sierpień 1980 roku był swego rodzaju festiwalem różnych postaci demokracji bezpośredniej przy jej totalnego braku w sensie ustrojowym. (Por. B. Świderski: Gdańsk i Ateny. O demokracji bezpośredniej w Polsce. Warszawa 1996.)

Tymczasem w elementarzu demokracji wszelkie formy bezpośredniego udziału obywateli w polityce, poczynając od protestu społecznego w rozlicznych formach do poparcia określonych inicjatyw politycznych, stanowią jej fundament ustrojowy. Paradoksalnie, formuła spektaklu charakterystyczna dla demokratycznych struktur w istocie swej eliminuje z życia społecznego żywiołowe ruchy polityczne i usuwa je na jego margines. Podstawą ideologiczną tego procesu stają się zabiegi wokół depolityzacji demokracji w realnych formach jej funkcjonowania. (Por. M. Hirszowicz: Spory o przyszłość. Warszawa 1998, s. 137-149.)

Paradoks obecnej sytuacji politycznej w Polsce polega na tym, że w sposobie pojmowania polityczności wraca swoiste echo PRL-u. Gdy przed laty, w okresach kryzysów i przełomów, „lud pracujący miast i wsi" czynnie i żywiołowo uprawiał politykę protestując masowo na ulicy i w zakładach przeciwko biedzie i niesprawiedliwości, dyskwalifikowany był w języku ówczesnej partyjnej propagandy przy pomocy znanych epitetów – warchoły, chuligani czy awanturnicy. Nie wdając się w szczegóły, widać tu znany nam zabieg depolityzacji zdarzeń politycznych w tych przejawach, które nie są wygodne dla władzy. Równocześnie akcje poparcia władzy przy okazji rozmaitych świąt politycznych i narodowych w minionej epoce były przedstawiane w konwencji spektaklu wypranego z treści politycznych. Tropy manipulowania politycznością przez władzę prowadzą zatem w niezbyt odległą przeszłość, do której wszyscy uczestnicy sceny politycznej pryncypialnie się dystansują.

M. Zagajewski: Polityka jako spektakl. „Filozofia", nr 9, Wydawnictwo Naukowe US. Szczecin 2001, s. 43-57.

About Marek Zagajewski

dr filozofii, publicysta, uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj