/Nieformalne grupy interesu w RP

Nieformalne grupy interesu w RP

W Polsce toczy się gra o znaczeniu cywilizacyjnym, której wynik przesądzi o tym, jakiego rodzaju częścią maszynerii światowej okaże się Polska. Czy będziemy pionkiem, czy figurą na światowej szachownicy. Jest to gra o to, czy nasza demokracja będzie płytka, rytualna, odświętna, hedonistyczno-konsumpcyjna, reaktywna, fasadowa itd. Czy też będzie pogłębiona, uczestnicząca, ufundowana na gęstej tkance codziennej aktywności obywatelskiej.

Wiemy z historii, że różne kraje rozwijają się w różnym tempie. Przechodzą fazy kryzysów, zastoju, upadku (przypadek naszych rozbiorów), ale i dynamicznego rozwoju. Od czego zależy to, co dzieje się z poszczególnymi krajami? Spośród wielu czynników skoncentrujmy się na jednym, specjalnym wymiarze. Współczesne państwo to wysoce złożona maszyneria – tego typu maszynerie socjologowie nazywają instytucjami. Instytucje cechują się tym, że występują w nich (chyba zawsze) dwa programy działania. Pierwszy to jawne i sformalizowane procedury.
Są one istotne, ale nie decydują o wszystkim, co dzieje się w danej instytucji. Drugi program to – zazwyczaj pozostające w cieniu – faktyczne, nieformalne zasady reagowania danej instytucji na wyzwania. Te nieformalne zasady często pozostają pod kontrolą nieformalnych właśnie grup interesu.
Zgadzam się z tezą Zdzisława Krasnodębskiego, że "w ciągu piętnastu ostatnich lat mieliśmy (…) do czynienia z dwiema transformacjami. Jawną, która polegała na przekształceniu struktur komunistycznego państwa i gospodarki w formalne instytucje demokracji parlamentarnej i gospodarki rynkowej, oraz drugą – ukrytą – polegającą na lokalnej modyfikacji i interpretacji nowych instytucji i reguł w taki sposób, by jak najlepiej służyły przetransformowanym elitom komunistycznym i dokooptowanym do nich segmentom dawnej elity opozycyjnej".
O tych nieformalnych regułach napiszę poniżej.
W każdej dostatecznie złożonej instytucji nieformalne grupy interesu są obecne. Nie ma na to rady. Taka jest istota życia instytucjonalnego. Sedno sprawy wyraża pytanie o naturę tych grup ocenianą z perspektywy całości: czy owe nieformalne interesy przejawiają charakter rozwojowy, czy przeciwnie – pasożytniczy, antyrozwojowy.
Gra cywilizacyjna
W Polsce we wspomnianej grze cywilizacyjnej mamy, z jednej strony, rozproszony archipelag wysp faktycznej demokracji i obywatelskości, a z drugiej – ufortyfikowane rejony ARGI, czyli AntyRozwojowych Grup Interesu. Podajmy przykłady jednych i drugich.
Do rozproszonego archipelagu demokracji zaliczę takie instytucje jak Rzecznik Praw Obywatelskich, część mediów, część środowiska sędziowskiego, część środowiska akademickiego, część środowisk samorządowych, NIK, grupki urzędników w administracji państwowej, może i niektórych funkcjonariuszy służb specjalnych.
Jeśli chodzi o ARGI, choć trudno powiedzieć, że istnieje ich jednolity układ, spójnie zarządzany z jakiegoś centrum sterującego, to nie ulega wątpliwości, że są one znacznie mniej rozproszone, o wiele lepiej skoordynowane niż archipelag demokracji.
Od ujawnienia sprawy Rywina archipelag demokracji uległ wyraźnemu wzmocnieniu (choć wątpię, czy to wzmocnienie przełomowe). Media stały się bardziej dociekliwe i konsekwentne w penetracji stref patologii transformacyjnych, opisy afer są bardziej pogłębione, a presja na rozliczanie winnych silniejsza.
 
Czy można "zatrzymać" media?
Nie jest jednak jasne, czy można jeszcze "zatrzymać" media w Polsce. Czy istnieją takie dźwignie (i kto ewentualnie może mieć do nich dostęp), za pomocą których zwiększoną – w porównaniu z sytuacją sprzed sprawy Rywina – dociekliwość mediów można przywrócić do stanu poprzedniego.
Z rozmów autora z dziennikarzami wynika, że takie obawy są w środowisku obecne. Skąd obawa przed "zatrzymaniem" mediów? Może wynika z przeczucia, że tzw. patologie nie są czymś – jak to bywa z chorobami – przejściowym, ulokowanym na marginesie organizmu państwowego, że są one zakotwiczone w samym rdzeniu naszego państwa…
Tak głębokie zakotwiczenie oznaczałoby, że każda bardziej konsekwentna próba walki z tymi "patologiami" prowadzi do naruszenia tego, co można nazwać integralnością państwa. Na przykład do naruszenia dobrej opinii Polski na arenie międzynarodowej, do podważenia wiary w podstawowe elementy państwa – takie jego organa naczelne jak parlament, urząd prezydenta, premiera, niezawisłość władzy sądowniczej. Inaczej mówiąc – istnieje obawa, że ARGI zakorzeniły się w taki sposób, iż walka z nimi grozi naruszeniem także faktycznych interesów rozwojowych naszego kraju.
Jak to było możliwe?
Zastanówmy się, czy tzw. patologie są tylko rozproszone, czy raczej skoncentrowane.
Czy funkcjonują tylko na peryferiach maszynerii państwa, czy przeniknęły jej rdzeń. O czym świadczy np. to, że sporo z afer (sprawa Orlenu to tylko czubek góry lodowej) zdarzyło się w instytucjach, które były/są objęte tzw. ochroną kontrwywiadowczą, czyli bezpośrednią opieką ze strony służb specjalnych.
O tym, że osoby z tymi służbami związane (nieistotne, czy idzie tu o związki formalne, czy koleżeńskie) w konstruowaniu takich afer uczestniczyły.
Tygodnik "Nie" pyta, dlaczego najwyższe władze państwa (wymienia się tu m.in. urząd prezydenta i premiera), choć zostały poinformowane o aferze związanej z udziałem Wojskowej Akademii Technicznej przy wyprowadzeniu wielu milionów z PKO BP, nigdy odpowiednio nie zareagowały. Po drugiej stronie sceny politycznej tygodnik "Głos" docieka, dlaczego brak reakcji odpowiednich organów na ustalenia Sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych na zawiadomienie o prowadzeniu przez WSI nielegalnego handlu bronią. A opinia społeczna chciałaby wiedzieć, dlaczego afera FOZZ tak konsekwentnie zmierza do kompromitującego dla wymiaru sprawiedliwości końca. Wszystkie te sprawy łączy wątpliwa (by wyrazić się delikatnie) rola Wojskowych Służb Informacyjnych.
A jeśli tajne służby wojska nie stanowią jednej z rdzeniowych instytucji państwa, to co do nich należy? Zwróćmy uwagę, że w odróżnieniu od prezydenta, premiera, posłów, którzy kadencyjność swoich urzędów mają wpisaną prawnie, tak samo prawnie określonym zadaniem tajnych służb jest prowadzenie długofalowych operacji, niekiedy zaplanowanych na wiele lat, operacji mających służyć bezpieczeństwu państwa.
A co się dzieje z państwem, kiedy rdzeniowa instytucja, bardziej stabilna od wybieralnych władz demokratycznych zostaje opanowana przez AntyRozwojowe Grupy Interesów? Czy to nie wyjaśnia, dlaczego z ARGI nie potrafił uporać się dotąd żaden polski rząd – niezależnie od jego ideologicznych deklaracji?
Zasady działania ARGI
Wielu obserwatorów naszego życia publicznego czuje się zagubionych. Natłok trudno zrozumiałych zdarzeń. Incydenty w Sejmie. Afery w prasie (prawie nigdy do końca niewyjaśniane). Niezrozumiałe wymiany ministrów. Polityków migracje międzypartyjne. Stosy prawnych bubli. Zagrywki z immunitetami. Słodkie słowa polityków w telewizji. Dziwne akty prawne w życiu.
Zatem totalny chaos? Nie! Socjolog wie, że życie społeczne zawsze toczy się wokół pewnych zasad.
Z tym, że często są to zasady inne od tych, wpajanych dzieciom w szkole. Za chaosem na politycznej scenie kryją się reguły obowiązujące za kulisami. Spróbujmy opisać reguły rządzące zachowaniem jednostek tworzących (lub tylko uwikłanych w) ową drugą transformację wskazaną przez Krasnodębskiego.
Zacznijmy od zasady "umoczenia": na odpowiedzialne stanowiska nie awansuje się osób, na które nie ma żadnych haków. Osoby nieumoczone mogłyby bowiem w pewnym momencie zerwać się z uwięzi i np. zacząć konsekwentnie działać na rzecz konkurencyjnego układu interesów bądź – co gorsza – praworządności. Stąd m.in. walka wokół lustracji – bo powoduje ona prześwietlanie umoczonych.
Nasycenie naszego życia publicznego przez umoczonych prowadzi do zasady gry na haki: należy gromadzić haki na przeciwników, sojuszników i współpracowników, ale upubliczniać je wolno tylko w ostateczności. W świetle tej zasady warto przyglądać się np. informacjom orlenowym, które ujawnił Wiesław Kaczmarek. Oraz zastanowić się, po jakim czasie je ujawnił.
"Umoczonych" można zapewne znaleźć we wszystkich ugrupowaniach politycznych i układach biznesowych – choć w różnym nasileniu. Nadaje to grze na haki wytłumiony charakter: "My nie ruszamy waszych aferzystów, wy naszych".
Dzięki licznej obecności umoczonych działa zasada ciągłości układu i reprodukcji bezkarności: osoba opuszczająca kluczowe stanowisko winna zadbać, by sukcesorzy nie stanowili zagrożenia dla interesów poprzedników oraz ich klienteli politycznej. W Rosji przejęcie władzy przez Putina z rąk Jelcyna określa się mianem operacji "Dziedzic", czyli zapewnienia bezpieczeństwa poprzednikowi i jego klientom.
Pod tym kątem należy przyjrzeć się rządom Marka Belki oraz poszukiwaniom w środowiskach postkomunistycznych następców Aleksandra Kwaśniewskiego.
Aby rozgrywający zachowali wysoki poziom bezkarności, potrzebna jest zasada buforowania: do realizacji ryzykownych przedsięwzięć wyznacza się ogniwa (osoby lub instytucje) pośredniczące między mocodawcą a kontrahentem; w razie potrzeby ogniwa biorą winę na siebie. Tu należy pochylić się nad zjawiskiem doradców ministra i osób zatrudnianych w ministerialnych gabinetach politycznych. Wydaje się, że zasada buforowania nieźle sprawdziła się w sprawie Rywina: wziął wszystko na siebie. Czy przejawem buforowania jest też to, że listę z pożądanymi członkami Rady Nadzorczej Orlenu miał wręczyć Kaczmarkowi Marek Ungier, a nie jego zwierzchnik?
Zasada kooptacji (czyli zassania i neutralizacji) mówi: skuteczniejsze (np. mniej kosztowne) od podjęcia walki z przeciwnikiem może być przeciągnięcie go do swojego obozu. W wersji potocznej zasadę tę wyraża zalecenie: podziel się z kim trzeba, smaczniej będziesz spał. Dla zrozumienia przygód III RP istotna jest kooptacja nowych (solidarnościowych) elit do starych (postkomunistycznych) i z powrotem. Ale nie zawsze trzeba się faktycznie dzielić. Często wystarczy dopuścić do "towarzystwa". Stąd mamy zasadę towarzyskości: by zneutralizować krytyków lub uzyskać ich lojalność, należy dopuścić ich do "towarzystwa". Dopuszczenie do "towarzystwa" (czasami tylko do ploteczek) dowartościowuje i neutralizuje. Dotyczy to nie tylko różnej rangi polityków, urzędników i dziennikarzy.
Są także przedstawiciele nauk społecznych, których badawcza dociekliwość jest – dzięki dopuszczeniu do towarzystwa – osłabiana i ukierunkowywana w sposób bezpieczny dla ARGI. Z zasadą towarzyskości wiąże się kolejna: zasada odmowy wiedzy – należy unikać wprowadzania do świadomości informacji, które mogą zagrozić naszej dobrej samoocenie tożsamości (np. "Są pewne patologie, ale ogólnie transformacja się udała").
Zasada rozprowadzania: członków układu należy umieścić w takich ogniwach otoczenia, by maksymalizować korzyści i – zarazem – minimalizować ryzyko związane z niecnymi operacjami. Bez rozprowadzenia trudno konstruować wielowymiarowe, prawnie skomplikowane operacje przepompowywania środków publicznych w ręce prywatne oraz zapewnić osłonę, gdy już coś wyjdzie na jaw. Dzięki ukrytemu rozprowadzeniu można np. skutecznie maskować konflikt interesów – np. ludzie ustawieni przez ten sam układ są w Ministerstwie Skarbu, w prywatnej firmie konsultingowej przygotowującej projekt operacji prywatyzacyjnej, w przedsiębiorstwie prywatyzowanym oraz w mediach kibicujących danej prywatyzacji.
Nie zrozumiemy jednak działania Układu bez przywołania zasady podczepienia (może ze wszystkich najważniejszej): nielegalne interesy należy włączać w strukturę oficjalnych działań instytucji posiadających wysoki prestiż w taki sposób, by ewentualne wyjaśnienie kulis afer narażało na szwank wizerunek owych instytucji.
Działanie tej zasady może mieć charakter trójwarstwowy. Pierwszą warstwę stanowią jawne przedsięwzięcia konstytucyjnych organów państwa (jeśli się da, to najlepiej na skalę międzynarodową). Warstwę drugą – zatwierdzone przez owe organy osłonowe działania służb specjalnych. Przebiegają one zgodnie ze starą wywiadowczą zasadą, iż – zacytujmy słowa jednego z wiceszefów wywiadu wojskowego PRL – "nic z działalności wywiadu nie powinno przebiegać samodzielnie i na powierzchni wydarzeń, każda aktywność winna zachodzić na maskującym tle i w podskórnym nurcie".
Takie działania występują np. w przypadku prywatyzacji przedsiębiorstw zbrojeniowych oraz przekształceń sektora surowców strategicznych.
W działania podskórne warstwy drugiej – są one, przypomnę, na gruncie prawa krajowego legalne – wprowadzono warstwę trzecią: przepompowywanie zasobów publicznych w ręce prywatne.
Podczepienie daje maksymalną wydajność i niski stopień ryzyka. Podczepienie zwiększa bezkarność. Gdy odpryski jakiejś afery wychodzą na jaw, przeciw nadmiernej dociekliwości przywołuje się argumenty najcięższego kalibru: ochrona aktywów służb, interes służb (utożsamiany z interesem kraju), racja stanu, opinia Polski w świecie, autorytet urzędu prezydenta, premiera itp. Takie racje "wyższe" trafiają także do niezdemoralizowanych jeszcze dziennikarzy, policjantów, prokuratorów, sędziów itd.
Zgodnie z zasadą podczepienia skonstruowano FOZZ – "matkę" transformacyjnych afer. Zapewne w podobny sposób obmyślono operacje KGHM "Polska Miedź" w Afryce, afery wokół WSK Mielec i wiele innych. Ważne, że liczne afery miały miejsce w firmach, które objęte były opieką służb specjalnych. Gdyby w grę nie wchodziły interesy środowisk służb i neutralizowanych metodami służb polityków oraz przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, trudno byłoby przez kilkanaście lat skutecznie przewlekać sprawę FOZZ.
Zasada podczepienia powoduje, że nawet w tych sytuacjach, gdy przedstawiciele wysokich władz nie są w pewne afery bezpośrednio uwikłani, to dążenie do pełnego wyjaśnienia afer grozi naruszeniem autorytetu tych władz oraz majestatu państwa.
Czy tym właśnie kierował się Rywin, wręczając prezydentowi Kwaśniewskiemu słynną karteczkę?
Łączne działanie wymienionych zasad wytwarza stan dość wysokiej stabilności dla największych ARGI. Wytwarza samoregulujący się, wysoce odporny na zakłócenia mechanizm pasożytniczego Układu interesów. Afera Rywina nadgryzła ten mechanizm, ale w istocie nie pozbawiła go możliwości dalszego działania. Dlaczego? Bo badania afery Rywina nie sięgnęły rdzenia mechanizmu aferowego.
Czy bez wstrząsu dla systemu – a wszystko wskazuje na to, że sprawa Rywina nim się nie okazała – ARGI będzie można rozbić?
Dlaczego afery nie wygasają?
W połowie lat 90., po którejś już serii afer opisanych przez prasę, spotkałem się z poglądem, że skoro kolejne afery są przecież nagłaśniane, to następnych będzie znacznie mniej, bo potencjalni sprawcy zaczną liczyć się z tym, że mogą zostać wykryci. Nic takiego się jednak nie wydarzyło.
Jeśli przyjąć, że afer gospodarczych nie tworzą oszołomy i przygłupy, ludzie, którzy nie potrafią przewidywać i wyciągać wniosków z doświadczeń, to znaczy, że aferzyści zazwyczaj racjonalnie myślą i planują. Skoro mimo wykrywanych afer wybuchają kolejne – w dodatku są afery, przy których powtarzają się te same nazwiska – to widocznie gospodarcze operacje aferowe są nadal opłacalne.
Socjolog powie, iż jeśli w życiu społecznym coś trwa, to znaczy, że jest funkcjonalne, że pełni w systemie istotną funkcję. W kontekście warunków powodujących trwałość afer prof. Jadwiga Staniszkis mówi o "funkcjonalizacji patologii". Wydaje się, że na obecnym etapie jednym z przejawów tej funkcjonalności może okazać się sytuacja polegająca na tym, że chcąc wykorzystać efektywnie pomoc Brukseli, musimy dostosować się do typu jej racjonalności biurokratycznej, na co często mogą sobie pozwolić tylko ARGI, potrafiące elastycznie wykorzystać zasoby skumulowane w swoich sieciach.
A w polityce? Złożoność i nieprzejrzystość procesu wyborczego (wiążąca się głównie z obecną tzw. proporcjonalną ordynacją wyborczą) powoduje, iż racjonalne jest niegłosowanie, rezygnacja z obywatelskiego aktu wyborczego. Ilość informacji, które wyborca musi przyswoić i przeanalizować, by dokonać sensownego wyboru przy urnie, jest tak duża, że racjonalniejsza jest absencja niż dokonanie nieracjonalnego wyboru na podstawie informacji niepewnych.
Podobnie sprawa ma się z aktywnością społeczną i gospodarczą. Złożoność, niejasność, absurdalność wielu koncesji/pozwoleń/decyzji urzędników, którzy stanowią otoczenie (a raczej presję instytucjonalną) ludzi próbujących aktywnie działać w Polsce, prowadzi do kolejnego negatywnego zjawiska. Przyzwolenia do "kiwania" państwa, a także do empatii wobec osób ignorujących przepisy.
W momencie, kiedy prawie każdy jest "ubrudzony" (choć trochę), trudno znaleźć argumenty do piętnowania zjawisk patologicznych. Wiąże się to z brakiem wiarygodności, a także brakiem sił osobistych i moralnych – "oni robią to samo tylko na większą skalę".
Co z tego wynika? Bez wstrząsu dla systemu (np. związanego ze zmianą ordynacji na większościową, przyjmującą jednomandatowe okręgi wyborcze), bez przełomu choćby symbolicznego, bez nowego silnego impulsu aktywności obywatelskiej ARGI są nie do ruszenia. Nie sposób rozerwać Układu Zasadniczego spajanego przez nieformalne, ale silne reguły gry. Bez takiego impulsu demokracja pozostanie fasadowa, a cywilizacyjna gra – przegrana.
Autor wykorzystał w tekście wyniki badań, które prowadził w ramach projektu "Syndrom wielkiej zmiany", kierowanego przez prof. Marię Jarosz z Instytutu Studiów Politycznych PAN.
"Do rozproszonego archipelagu demokracji Zybertowicz zalicza takie instytucje jak Rzecznik Praw Obywatelskich, część mediów, część środowiska sędziowskiego, część środowiska akademickiego, część środowisk samorządowych, NIK, grupki urzędników w administracji państwowej, może i niektórych funkcjonariuszy służb specjalnych". I dodaje, że "afery w Polsce nie wygasają", ponieważ tak naprawdę stanowią element zarządzania państwem i gospodarką. Aby ograniczyć ich zasięg, należy zastąpić zasadę partyjnej i towarzyskiej kooptacji prawdziwie merytokratycznym doborem kadr.
Andrzej Zybertowicz, ur. 1954, bada zakulisowe wymiary życia społecznego. Jest profesorem i dyrektorem Instytutu Socjologii UMK w Toruniu. Wydał m.in. wraz z Marią Łoś książkę "Privatizing the Police-State: The Case of Poland" ("Prywatyzowanie państwa policyjnego: przypadek Polski"), Londyn – Nowy Jork 2000.
 "FAKT" – artykuł pochodzi z wydania EUROPA (25) 223/04 (22.09.2004) z działu POLSKA (str. 11)

About Andrzej Zybertowicz