/Do czego nam nasza mowa?

Do czego nam nasza mowa?

(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 2 października 2003, godz. 10.00)
 
Teraz, kiedy "kości zostały już rzucone", miłościwie nam panująca elita podnosi jazgot okropny, że nas w tej Brukseli chcą oszwabić, i zamiast "parytetów" zaklepanych w Traktacie Nicejskim, nie chcą nam dać tylu miejsc w Radzie Unii Europejskiej, ile by z tego uroczystego zobowiązania międzynarodowego wynikać miało. Rozjeżdża się po europejskich dworach Aleksander Kwaśniewski i tam, z wrodzonym sobie czarem osobistym, usiłuje uwodzić coraz to innych szefów państw, aby zechcieli dotrzymywać raz danego słowa i poparli nasze stanowisko w tej sprawie. Traktat Nicejski, tu wyjaśniam osobom mało zorientowanym, przewidywał dla naszej elity europejskiej tyle samo miejsc, co dla hiszpańskiej, i tylko o dwa mniej niż dla niemieckiej. Według więc tzw. przedakcesjnych i akcesyjnych uzgodnień, Polska miała tam zasiadać na prawach wręcz supermocarstwa europejskiego, prawie tak jak dzisiaj zasiada w Iraku, z taką wręcz siłą głosu jak Niemcy, Francja czy Włochy. Dla każdego, kto cokolwiek rozumie z polityki międzynarodowej i z pozycji Polski w stosunku do Niemiec, Francji czy Włoch, było jasne od początku, że takie "równouprawnienie" to nic więcej jak humbug i że silny i bogaty nigdy nie będzie równorzędnym partnerem słabego i biednego, zadłużonego po uszy i chodzącego na niemieckiej linewce niczym stworzenie merdające ogonkiem. Dlatego kolacyjki i obiadki prezydenta Kwaśniewskiego z Chiraqiem, Schroederem, Berlusconim i Aznarem nie mogły przynieść, i nie przyniosły, żadnego pozytywnego efektu. Aleksander Kwaśniewski jest za sprytny, żeby tego od początku nie rozumiał, dlatego jego starania i podróże to nic więcej jak gra wyborcza i próba pozyskania resztek patriotycznego elektoratu, który może dać się nabrać na tę "twardą, patriotyczną postawę obrony polskiego interesu".

     W taki sam sposób odbieram wszystkie tromtadrackie głosy innych krajowych polityków, w szczególności tych, którzy dziś rzucają hasło przeprowadzenia w tej sprawie ogólnonarodowego referendum. Takie referendum nie miałoby żadnego sensu i nawet gdyby było "wygrane" to nie wpłynęłoby ani na decyzje w Brukseli, ani na naszą sytuację w Unii, no może by ją troszeczkę pogorszyło, jeśli coś takiego w ogóle jest możliwe. Dlatego sam ten pomysł, jak i jego ewentualne wykonanie, i cała kampania wokół tego jest tym samym, co podróże Kwaśniewskiego: próbą wmówienia nam, że autorzy takich pomysłów to pierwszorzędni obrońcy polskiego interesu i należy im zaufać i na nich głosować w nadchodzących wyborach. Kto chce – niech wierzy. Ja na wybory pójdę i zagłosuję tylko wtedy, gdy zmieniona zostanie ordynacja wyborcza i wprowadzone Jednomandatowe Okręgi Wyborcze, i wszystkim to samo doradzam.
     W tym jazgocie inna sprawa zwróciła moją uwagę i chciałbym o niej parę słów powiedzieć. Dwa dni temu gazeta "Rzeczpospolita" przytoczyła wypowiedź obecnego ministra Spraw Zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza w sprawie europejskich języków urzędowych. Otóż do tej pory była w Unii Europejskiej sytuacja zaiste koszmarna: wszystkie dokumenty urzędowe Brukseli musiały być wydawane w językach wszystkich państw do niej należących! Prawdziwy koszmar i zalew papieru, bo tych języków urzędowych było do tej pory 11. Od dawna też "kraje wiodące", a więc przede wszystkim Niemcy, starały się zmniejszyć tę górę papieru i ograniczyć liczbę języków europejskich. Jakieś 10 lat temu byłem na jednej z ważnych europejskich konferencji, zaraz po Traktacie z Maastrich, gdzie przedstawiciele Niemiec ten problem podnieśli i zaproponowali ograniczenie liczby języków urzędowych do trzech. Zgadujecie Państwo do których? Tak, angielski, francuski i niemiecki. Natychmiast poderwali się przedstawiciele Holandii, maleńkiego państewka na skraju Europy, i zapytali czy nie byłoby pójściem w dobrą stronę, gdyby ograniczyć liczbę urzędowych języków europejskich tylko do dwóch: angielskiego i francuskiego? Po takim dictum acerbum Niemcy wycofali swoją propozycję i sprawa już nie wracała.
     Jak z powyższego widać, pomimo tego, że słowa "Poland" i "Holland" brzmią bardzo podobnie, to Polacy, a przynajmniej ci, którzy oficjalnie w roli Polaków występują, to nie Holendrzy i sprawę języka polskiego w Unii Europejskiej oddali walkowerem i na samym wstępie. Jak słyszymy z enuncjacji prasowych, Niemcy gotowi byliby zapłacić nam 7 miliardów euro za odstąpienie od domagania się przestrzegania traktatu z Nicei. Z rozwoju sytuacji widzimy, że tyle płacić na pewno nie będą musieli i że uzyskają co chcą za dużo niższą cenę i bez oficjalnych umów. Ile już zapłacili, albo gotowi byliby zapłacić za odstąpienie od domagania się wprowadzenia języka polskiego jako jednego z urzędowych języków Unii, tego nie wiemy i pewnie się nie dowiemy. Usłużność i uniżoność naszych elit jest tak daleko posunięta, że wychodzą naprzeciw żądaniom swoich nowych panów nie czekając nawet na wyrażenie życzenia. Przykładów mógłbym podać mnóstwo. Przed laty byłem zaproszony na ogłoszone z hukiem polsko-niemieckie seminarium poświęcone 50 rocznicy zakończenia II Wojny Światowej. Seminarium odbywało się w Muzeum Architektury we Wrocławiu. Na Sali siedzieli dygnitarze miasta i Urzędu Wojewódzkiego. Pierwszym mówcą był znany przyjaciel Polaków p. Herbert Hupka. Ciekawostką jego wystąpienia było to, że mówił po niemiecku i bez tłumacza. Kiedy się zorientowałem w tej sytuacji demonstracyjnie opuściłem salę obrad, ale wysocy przedstawiciele polskich władz lokalnych i regionalnych nie widzieli niczego niestosownego. Jako radny Rady Miejskiej Wrocławia nie jeden raz miałem okazję przekonać się, że oficjalne delegacje Rady Miejskiej, wyjeżdżały do Niemiec i zawierały tam porozumienia, które nawet nie były tłumaczone na język polski! Byli "Europejczykami" od początku, nie czekając na traktaty akcesyjne!
     Tygodnik "Polityka" w nr 48 z 4 października br. przynosi reportaż pt. "Posłowie na językach". Okazuje się, że nasz pracowity Sejm i jego najbardziej zapracowani posłowie, w pocie czoła, po wiele godzin dziennie i ponoć za ciężkie pieniądze, uczą się pilnie języków zachodnich, żeby na europejskich salonach nie wyglądać na kmiotków ze wsi, ale na światowców, którzy potrafią i parlefranse, i spikinglisz. Sposobią się na potęgę do karier europejskich. Wprawdzie mówią im, że w Brukseli będzie symultaniczne tłumaczenie na polski, ale już nie bardzo w to wierzą. I mają rację, że nie wierzą, bo już wiemy, że Unia nie zatrudni tylu tłumaczy. Po co zresztą polscy delegaci mają wszystko rozumieć? Wystarczy im piąte przez dziesiąte, im mniej zrozumieją, tym dla nich lepiej, bo nie będzie ich głowa bolała.
     W latach komunizmu sztuka posługiwania się obcymi językami została zaniedbana. Nie było nauczycieli, nie było potrzeby, tylko nieliczni mieli okazje dobrego opanowania języków zachodnich. Żelazna kurtyna, cywilizacyjna i technologiczna przewaga Zachodu wyrobiły w nas kompleksy, z których niełatwo się wyzwolić. W tamtych czasach, a pewnie i do dzisiaj, w Anglii, osoba kalecząca język angielski jest uważana za dzikusa, a w każdym razie za gorszy gatunek człowieka. Ta sytuacja zmieniała się, idąc z Zachodu na Wschód. Jeszcze we Francji sytuacja była podobna do tej w Wielkiej Brytanii, ale już w Niemczech można było uchodzić za człowieka, kiedy mówiło się po angielsku lub francusku, niekoniecznie po niemiecku. W Polsce, mówienie obcymi językami było już poważnym wyróżnieniem, ale cudzoziemiec potrafiący powiedzieć kilka słów po polsku był noszony na rękach. W Związku Sowieckim prawdziwym człowiekiem było się dopiero wtedy, kiedy nie rozumiało się ani słowa po rosyjsku. Wiem o tym dobrze z własnego doświadczenia. Załatwić tam coś można tylko było udając, że się nic nie rozumie po rosyjsku i wzywając tłumacza. To dziedzictwo odbija nam się dzisiaj czkawką.
     Posłowie, oddający się z zapałem i za nasze pieniądze nauce języków obcych nie budzą mojej sympatii. Po pierwsze uczyć należy się przede wszystkim w szkole i za młodu, a języków obcych w szczególności. Dlatego na darmo ponosimy te ekspensa. Ich zapał to tylko uzupełnienie tej postawy, która pozwoliła naszym przedstawicielom w Brukseli już z góry przesądzić o wyeliminowaniu języka polskiego z listy języków urzędowych Unii. To postawa wasali bez godności. Językiem urzędowym Unii jest duński, którym posługuje się zaledwie 5 milionów Duńczyków, i fiński używany przez 5 milionów Finów, i szwedzki dla niecałych 9 milionów Szwedów, i portugalski dla 10 milionów Portugalczyków. Prawie 40 milionowa Polska jest przez swoje elity z góry skazana na kraj z definicji podrzędny i wasalny. Nawet bez prawa do uszanowania swojej odrębności językowej. Tak jak nie może być Francji bez języka francuskiego, Anglii bez angielskiego, a Niemiec bez niemieckiego, tak Polski nie ma i nie będzie bez języka polskiego. "Ojczyzna – polszczyzna" – głoszą telewizyjne programy Jana Miodka. "Moją ojczyzną jest polska mowa" – pisał Marian Hemar. Równouprawnienie urzędowe języka polskiego jest nie tylko wymogiem racji stanu polskiej kultury, ale także wymogiem racji stanu państwa polskiego. To nieporównanie ważniejsze od problemu "dopłat" czy liczby miejsc na posiedzeniach parlamentu czy Rady Unii.
     Zapał naszych parlamentarnych adeptów znajomości języków obcych wskazuje na ich dobre samopoczucie. Najwyraźniej czują się oni pewni siebie i swoich kontraktów zawodowych na poselskie apanaże. Inwestują, nie bojąc się, że może się im ta inwestycja na nic nie przydać. Przypomina mi się historia popularnego ongiś aktora, Jana Himmilsbacha. Otóż pewnego razu zaproponowano mu kontrakt w Hollywood. Warunkiem podjęcia pracy było jakie takie nauczenie się języka angielskiego. Himmilsbach, chociaż nieuczony, był człowiekiem błyskotliwym i odpalił bez namysłu: "Aha, ja się nauczę angielskiego, coś się zdarzy, że do Hollywood nie pojadę i ja z tym angielskim tak, jak Â…. tu pada słowo często wypisywane na murach, ale które w żadnym wypadku nie nadające się do powtórzenia Â… tenÂ… zostanę".
     Nasze pracowite posłanki i posłowie nie podzielają obaw Himmilsbacha, uważają, że kontrakt jest solidny i wieczny. Zapewniają im to ich układy i ordynacja wyborcza. Jest w interesie całej Polski, w interesie nas wszystkich: zdesperowanych górników, protestujących taksówkarzy, pielęgniarek, lekarzy, nauczycieli i uczniów, aby ich przekonać, że są w błędzie, i ten kontrakt zerwać. Ten kontrakt można zerwać tylko wprowadzając Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. Jeśli tak pokochali języki obce i chcą się ich uczyć, niech się uczą, ale nie za nasze pieniądze, nie naszym kosztem. Polsce nie są potrzebni posłowie, którzy potrafią wydukać parę słów po angielsku czy niemiecku, ale posłowie rozumiejący coś czego w podręcznikach do nauki zachodnich języków nie znajdą: wiedzy o tym, na czym polegają interesy Polski i Polaków i potrafiący tych interesów z poświęceniem bronić. Nawet z poświęceniem poselskiej czy europejskiej posady.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych