(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 20 listopada 2003, godz. 10.00)
 
W sobotę, 15 listopada, miałem zaszczyt uczestniczenia w konferencji w Piastowie pod Warszawą, zorganizowanej przez Mazowiecki Oddział Stowarzyszenia "Wspólnota Samorządowa", pod hasłem "Polska – Polacy – Europa. Czas wyborów". W spotkaniu wzięło udział ok. 200 osób z różnych stron Polski, głównie działaczy samorządowych wszystkich szczebli. Obrady prowadził starosta wołomiński p. Konrad Rytel, do spółki z burmistrzem Piastowa p. Zdzisławem Brzezińskim. Prowadzący obrady od razu na początku zaznaczył, że "Wspólnota Samorządowa" stawia sobie za zadanie wprowadzenie JOW na wszystkich szczeblach, a więc zarówno do Sejmu i Senatu, jak i do władz samorządowych. Z atmosfery na sali wynikało jednoznacznie, że zebrani, w większości, rzeczywiście są zwolennikami takiego systemu wyborczego, a moje wystąpienie w programie konferencji zostało bardzo dobrze przyjęte. Było to dla mnie spotkanie i doświadczenie krzepiące, bo dowodzące, że idea JOW naprawdę się rozchodzi po kraju i zdobywa coraz więcej zwolenników.

     Mniej krzepiące były wystąpienia głównych gości spotkania: dr Tadeusza Wrony, prezydenta Częstochowy i posła Macieja Płażyńskiego, marszałka Sejmu III Kadencji. Z ich wypowiedzi programowych, a także z wypowiedzi niektórych uczestników konferencji, wynikało, że to spotkanie jest jednym z etapów procesu integracji polskiej centroprawicy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, a celem zasadniczym jest powołanie jakiegoś Komitetu Narodowego Centroprawicy, który połączy raz jeszcze wszystkie podzielone odłamy i że najlepszym środowiskiem dla zrealizowania tego szczytnego celu jest właśnie wspólnota samorządowa, w tym, przede wszystkim, wybrani rok temu wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast.
     Inicjatywa ta nie jest, niestety, unikalna. Tego samego dnia podobne jednoczenie centroprawicy odbywało się na zamku w Łęczycy, gdzie, jak się dowiedziałem z prasy, zjechali się centroprawicowcy spod znaku byłego premiera Jerzego Buzka i jego otoczenia. Nie mam informacji czy tam też mówiono o JOW, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby tak było.
     Ale i na tym nie koniec. Jak nam obszernie donoszą pisma tygodniowe, np. ostatni Newsweek Polska, jednoczeniem centroprawicy zajmują się również inne ugrupowania. W tym wypadku chodzi o PO i PiS, które już się prawie zjednoczyły i nawet mają wspólnych kandydatów na premierów i ministrów przyszłego rządu. PO ogłosiła, że JOW są jednym z głównych elementów programu wyborczego, a Bracia Kaczyńscy też chcą JOW, tylko jakby trochę na odwrót! Jednakże obie te partie, w odróżnieniu od Buzka i Płażyńskiego, nie nawołują do utworzenia jednej, wspólnej listy wyborczej, jakiegoś Popisu, ale zamierzają prowadzić jednoczącą kampanię oddzielnie, a połączą się natychmiast po wygranych wyborach. Okazuje się, że politycy tych ugrupowań dobrze zrozumieli na czym polega Prawo Ciesielskiego, jakie zastosował ze znakomitym wynikiem Janusz Sanoki, podczas wyborów samorządowych w Nysie. Przypomnę więc, że dr Ciesielski wykrył i pokazał, iż w tzw. ordynacji proporcjonalnej, kiedy wybory odbywają się na wielomandatowe listy partyjne, partiom o zbliżonych poglądach opłaca się przed wyborami podzielić, bo w ten sposób mają szansę na zdobycie większej ilości mandatów niż występując razem. Jak donosi Newsweek, liderzy PO i PiS-u zauważyli, że tam gdzie w wyborach samorządowych szli razem, jako POPiS, zdobywali mniej mandatów niż by to wypadało z sumowania głosów, a lepiej im szło tam gdzie występowali oddzielnie. Będzie to więc, jak najbardziej, integracja poprzez dezintegrację, czyli łączenie przez podział. Jeden z tricków, na jakie zezwala tzw. ordynacja proporcjonalna dla oszukiwania wyborców i manipulowania nimi. Podobny zabieg ma zamiar zastosować i "centrolewica", o czym świadczą intensywne przygotowania do wprowadzenia przed wyborami na scenę polityczną nowej "centrolewicowej" partii obok SLD.
     O co tu chodzi i na czym polega ten diabelski mechanizm, który utrudnia integrację i połączenie się ludzi o podobnych zapatrywaniach i programach, pomimo nawet ich najlepszej woli? Dlaczego w partyjnej ordynacji, przy głosowaniu na listy wielomandatowe, nie jest możliwe wyłonienie partii, która zdobędzie większość parlamentarną i mandat do samodzielnego rządzenia, a więc do realizowania głoszonego przed wyborami programu?
     Ludzie naiwni myślą, że jak jest głosowanie na listę, na której znajduje się, powiedzmy 10 nazwisk, to ta lista zdobędzie więcej głosów, niż gdyby tych nazwisk było tylko np. 5. Wydaje im się, że każdy ma jakichś zwolenników i ci zwolennicy na swoich pupilków zagłosują, te głosy się zsumują i będzie dobrze. Tymczasem w rzeczywistości jest całkiem na odwrót. Przypuśćmy, że na jednej liście znajduje się Kalinowski z Lepperem, albo Kaczyński z Tuskiem. Jest wielu takich, którzy uwielbiają Kaczyńskiego a nienawidzą Tuska i na odwrót. Ci co nie chcą widzieć w Sejmie Kaczyńskiego, zobaczywszy go razem z Tuskiem nie oddadzą głosu na Tuska i podobnie postąpią zwolennicy Kaczyńskiego a przeciwnicy Tuska. Gdyby okręg był jednomandatowy, i Tusk i Kaczyński umówiliby się przed wyborami, że tylko jeden z nich kandyduje, wtedy robiliby wspólną kampanię i Tusk, powiedzmy, zacierałby nieistotne różnice pomiędzy nimi, przekonując swoich sympatyków, żeby głosowali na Kaczyńskiego i próbował przełamać ich niechęć. Wtedy szanse na zdobycie większej ilości głosów byłyby większe. A w przypadku kandydowania ich obu z jednej listy, będą sobie nawzajem podkładali nogi, podkreślając różnice ich dzielące i przeciągając zwolenników niby-partnera, a w rzeczywistości konkurenta, na swoją stronę. W efekcie tracą obaj i wynik jest gorszy. Każdy, kto miał okazję uczestniczyć aktywnie w jakiekolwiek "proporcjonalnej" kampanii wyborczej, czy to do parlamentu czy to władz samorządowych, wie dobrze, że tak właśnie jest. Gdyby kandydowali nie ludzie, ze swoimi wadami i zaletami, lecz aniołowie, którzy mają same zalety, to sytuacja byłaby inna, ale w przypadku zwykłych, nawet wybitnych śmiertelników, ten mechanizm tak właśnie działa i utrudnia, lub wręcz uniemożliwia samodyscyplinę, odłożenie na bok indywidualnych ambicji i wspólną, lojalną grę o zdobycie jak największej ilości głosów wyborców. Jest to więc mechanizm dezintegrujący. Dotyczy on w takim samym stopniu lewicy, jak i prawicy, obojętnie czy nazwą się one centrolewicą i centroprawicą czy jakoś inaczej.
     Ten prosty mechanizm dezintegracji i rozbicia można w pewnym stopniu osłabić i złagodzić, jeśli do gry wprowadzi się jakieś poważne elementy dyscyplinujące i zmuszające kandydatów do gry wspólnej. Co może być takim czynnikiem dyscyplinującym? Odpowiedź każdy łatwo zgadnie: tym czynnikiem są pieniądze i równoważne im dobra do podziału. To nieprawda, że w jednomandatowych okręgach wyborczych decydującą rolę odgrywać będą pieniądze, to właśnie w partyjnych wyborach pieniądze decydują, bo są jedynym skutecznym środkiem wymuszenia dyscypliny. A ponieważ w Polsce to właśnie "centrolewica" od początku nagromadziła więcej tych środków dyscyplinujących, dlatego wygrywa i dlatego we wszystkich sejmach od roku 1989 mamy zawsze "centrolewicę" – czytaj SLD i PSL, a "centroprawica", a raczej różne partie i partyjki, które decydują się grać w tę nieczystą grę pod prawicowym szyldem, dostają się do Sejmu najwyżej na jeden – dwa sezony.
     Tak samo stanie się i w wyborach do Parlamentu Europejskiego, i w wyborach parlamentarnych, jeśli nie uda nam się zmienić ordynacji wyborczej i wprowadzić JOW. Jednomandatowe Okręgi Wyborcze to jest ten poszukiwany sposób na integrację, natomiast łączenie przez podział, tyle razy już praktykowane, nie przyda się Polsce na nic. Miejmy nadzieję, że ta prawda dotrze wreszcie do ludzi, którzy na scenie politycznej działają z dobrą wolą i w szczerych intencjach znalezienia wyjścia z pułapki w jakiej się znaleźliśmy. Na przekonywanie tych, którzy mają inne zamiary, szkoda zachodu.
     To, co w tych działaniach "integracyjno-podziałowych" jest optymistyczne, to fakt, że wszyscy oni, czy to w Piastowie, czy w Pałacu Prezydenckim, czy jeszcze gdzieś indziej, mówią lub zaczynają mówić o JOW. Pozwala to mieć nadzieję, że czas na tę istotną reformę Państwa Polskiego jest coraz bliżej.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.