/Długosza z Jagiełłą mamienie Jagielińskim

Długosza z Jagiełłą mamienie Jagielińskim

(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 4 marca 2004, godz. 10.00 i 21.30)
 
Z wczorajszych dzienników telewizyjnych mogliśmy się dowiedzieć, że – jak było do przewidzenia – tzw. plan Hausnera będzie uratowany i że stanie się to za sprawą nowej partii politycznej pod nazwą FKP (oczywiście, nie bez wsparcia innej "opozycji" ale o tym potem). Jest to na razie dość mała partia, ma zaledwie 15 członków, ale za to nie byle jakich: 5 z nich niebawem zostanie członkami rządu, wprawdzie na skromnych posadach wiceministrów, czyli, inaczej mówiąc sekretarzy albo podsekretarzy stanu. Jeszcze nie wiadomo, którzy członkowie tej partii obejmą te stanowiska rządowe, ani też jakimi resortami będą zarządzać, ale to są nieistotne szczegóły, bo pozostali członkowie, w liczbie 10, mają prawo mieć nadzieję, że koledzy o nich nie zapomną. Kto tam do czego się nadaje jest bez znaczenia, wiadomo przecież, że nasi parlamentarzyści nadają się do wszystkiego, są przecież wybraną elitą narodu. Oczywiście, polscy wyborcy, którzy uczestniczyli w ostatnich wyborach, mogą się czuć ociupinkę zaskoczeni – nikt przecież nie jest w stanie sobie przypomnieć, żeby oddawał swój głos na kandydatów FKP, bo o czymś takim jeszcze kilka tygodni temu nikt nie słyszał. Ale teraz już słyszymy wszyscy.

     Przyjrzyjmy się więc troszeczkę tej najbardziej "urządzonej" partii. Skąd ona się wzięła? Ano, wszyscy jej członkowie to wyrzutki z innych klubów parlamentarnych. 8 wyrzucił ze swojej partii Andrzej Lepper, 5 Leszek Miller i dwóch wystąpiło z PSL-u. Na czele stoi wytrawny wyga parlamentarny, zasiadający we wszystkich kolejnych sejmach, od I Kadencji. Tak, to jest ten sam polityk, któremu parę dni temu Krzysztof Janik kazał spadać na drzewo, nazywa się Roman Jagieliński, były członek SLD. Jest to niewątpliwie wybitny fachowiec od rolnictwa. Ma gospodarstwo rolno-leśne, które, według oświadczenia majątkowego na początku kadencji przynosiło straty, ale teraz już, dzięki jego pracy, wychodzi na zero. Do Sejmu I Kadencji wszedł z listy PSL-u, ale jako fachowiec, w rządzie Pawlaka dochrapał się teki wicepremiera i ministra rolnictwa. Wszyscy pozostali członkowie klubu to nowicjusze parlamentarni, ale przecież też nie byle jacy! Wśród nich mamy byłego ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego, mamy zasłużonego dla Ziemi Kieleckiej, a osobliwie dla Starachowic, Andrzeja Jagiełłę, jest i Tomasz Mamiński, znany związkowiec, jest i największy polski detektyw wszechczasów, Krzysztof Rutkowski. Wiadomość z ostatniej chwili: Mamiński jest wysuwany nawet na stanowisko szefa SLD, po Millerze. Na czele SLD mamy już jednego zawołanego związkowca, to Andrzej Celiński, kiedyś prawa ręka Lecha Wałęsy. Jeśli dojdzie do tego jeszcze Mamiński z OPZZ to SLD stanie się naprawdę prawdziwą partią zgody narodowej, nowym wcieleniem Frontu Jedności Narodu.
     Ogłoszono więc wczoraj o nowej "formule koalicyjnej", czyli SLD-UP-FKP. SLD wciąż jeszcze liczy 191 posłów, plus 15 z UP plus 15 z FKP to daje 221. To jeszcze za mało do bezwzględnej większości, dla bezpieczeństwa potrzeba by jeszcze co najmniej 10 posłów. Ponieważ jednak, w wypadku nieuchwalenia planu Hausnera grozi (tak przynajmniej zapowiadają!) rozwiązanie Sejmu i nowe wybory, więc Leszek Miller ma gdzie tych dodatkowych głosów szukać. Jest przecież jeszcze żelazna rezerwa w postaci 16 posłów tzw. niezrzeszonych. Ach, jeszcze dzień wcześniej, jak sprawdzałem na witrynie sejmowej, było ich 17, jeden więc już gdzieś się "zrzeszył", pewnie przeszedł do partii Jagielińskiego? Nie, przepraszam, pomyłka, już go Leszek Miller odzyskał, wrócił do macierzy i klub SLD od wczoraj liczy już 192 posłów! A zatem klub niezrzeszonych w kluby to jest też świetny klub, chociaż tak się nie nazywa i nadaje się do koalicji jak ulał, i stanowi jej żelazną rezerwę. Aktualnie, dzisiaj rano sprawdzałem, jest w nim 5 posłów wyrzuconych z SLD, ze sławnym baronem kieleckim, Długoszem, jest 6 usuniętych z Samoobrony, jest dwóch żelaznych posłów wszystkich kadencji, reprezentujących Mniejszość Niemiecką. Leszek Miller na pewno ma jeszcze w zapasie kilka wolnych posad sekretarzy lub podsekretarzy stanu, które rzuci na szalę w razie potrzeby.
     Te "dobre wieści" z Wiejskiej, te skoki w małpim gaju, ilustrują lepiej niż cokolwiek innego jakim złowrogim absurdem jest tzw. ordynacja proporcjonalna i jak deprawuje ona i degeneruje kraj i struktury państwa. W tym systemie wyborczym zarówno sam sejm, jak i rząd to nie są najważniejsze konstytucyjnie instytucje państwa, zapewniające państwu i jego obywatelom bezpieczeństwo i godziwe życie, ale łupy, które się rozdziela na podstawie konkursu popularności, tak jak przy wszelkiego rodzaju innych konkursach publicznych, np. wyborach "miss" czy "mister". Adwokaci tego systemu głoszą, że jest to system bardziej "sprawiedliwy" i bardziej "reprezentatywny" dla rozkładu opinii i preferencji publicznych, bo każdej "preferencji" czy każdej odmianie partyjnej ideologii przyznaje się "proporcjonalnie" odpowiedni udział w rządzeniu państwem. Jeśli tak to warto spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie kogo, jaką część opinii publicznej reprezentuje poseł Jagieliński i jego Federacyjny Klub Parlamentarny? Kto i dlaczego dał im prawo zasiadania w ławach sejmowych? Kogo reprezentują posłowie w bezklubowym klubie niezrzeszonych? A przecież na tym nie koniec: mamy jeszcze 5 innych klubów partyjnych, o których wyborcy nie mieli pojęcia kiedy oddawali na nich swoje głosy, SKL, PBL, RKN, PP i ROP. Wszystko to są odszczepieńcy od list partyjnych, które zapewniły im mandat sejmowy. Gdyby ludzie ci mieli jakieś poczucie przyzwoitości i odpowiedzialności przed swoimi wyborcami, to powinni byli już dawno oddać mandaty poselskie.
     Ale, oczywiście, ani im to w głowie. Ich odszczepieństwo i wyjście z partii politycznych, które umożliwiły im zasiadanie w ławach poselskich i korzystanie z przywilejów tego stanu, podyktowane jest zupełnie inną kalkulacją. Większość z nich to starzy wyjadacze, którzy już wiele partii zaliczyli i pod wieloma szyldami wchodzili do kolejnych sejmów. Teraz też chwacko przebierają nogami szykując się do skoku na kolejnego konia, albo na inną "platformę", która dowiezie ich do kolejnego sejmu, piątej tym razem kadencji.
     Jak długo jeszcze Polacy będą ten cynizm i bezideowość akceptować, popierać, łożyć na to swoje pieniądze? Ile jeszcze koalicji tego rodzaju, ile tych przefarbowań, ile tych platform Polska jest w stanie unieść i wykarmić? Wszystkie media nam donoszą, że trwa niebywały run na Platformę Obywatelską, że masowo zapisują się do niej nowi poszukiwacze konfitur. Co to znaczy "masowo"? Wczoraj przeczytałem w jakiejś gazecie, może w "Rzeczpospolitej", że liczba członków PO sięgnęła już 15 tysięcy! Największa partia, obecnie rządząca Polską, ogłosiła, że liczy sobie 75 tysięcy. Jak przyjmą posła Mamińskiego na szefa, to będzie o jednego więcej. Ale nawet bez niego to i tak 5 razy tyle co PO. Razem 100 tysięcy. Ile mogą liczyć członków wszystkie pozostałe partie, razem z FKP? Dajmy im jeszcze 100 tysięcy, choć to pewnie kilka razy za dużo. Mamy więc taką sytuację, że istnieje w Polsce uprzywilejowana warstwa partyjniaków, licząca sobie, w porywach do 200 tysięcy ludzi. Do jakiej partii kto należy jest bez znaczenia, bo jak widzimy, granice miedzy tymi partiami są nadzwyczaj płynne i odbywa się tam nieustanna wędrówka z partii do partii. Polska wciąż ma prawie 40 milionów mieszkańców. Jeden na 200 Polaków należy do tego zbioru uprzywilejowanych, którzy mają pełne prawa wyborcze i mogą być wybierani do Sejmu. Kiedyś, za PRL-u, rządząca nami partia podobno robotnicza, liczyła sobie ponad 2 miliony członków, a więc do partii należał co dwudziesty Polak. Dzisiaj najwyżej jeden na dwustu. I godzimy się na to, żeby ta garstka bezideowych pieczeniarzy dzieliła nasz kraj, między siebie, jak sienkiewiczowski postaw sukna.
     Wyjście z tej pułapki istnieje. To można zmienić. Sposób na wyjście nazywa się jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach do Sejmu.

ERRATA

Szanowni Państwo,

W moim wczorajszym (4 marca) komentarzu radiowym, zatytułowanym "Długosza z Jagiełłą Mamienie Jagielińskim", który wygłosiłem na antenie wrocławskiego Radia Rodzina o godzinie 10.00, znalazł się przykry błąd: pomyliłem osobę posła Tomasza Mamińskiego, członka FKP, z Maciejem Manickim, ponieważ w moim tekście sugerowałem, że Mamiński jest wysuwany na stanowisko szefa SLD po Leszku Millerze. Tymczasem, jak się dowiaduję z gazet, tym kandydatem jest Maciej Manicki, wcale nie poseł, szef OPZZ.

Trochę może mnie usprawiedliwić to, że pisałem swój komentarz po wysłuchaniu dziennika telewizyjnego, w którym padło właśnie nazwisko Mamińskiego, powtórzone zresztą za wiadomością radia RMF. Natychmiast zajrzałem na stronę internetową Sejmu i tam znalazłem dane o Mamińskim. Nie wiem jak mogłem przypuścić, żeby taki bogacz jak Mamiński, właściciel wielomilionowego majątku – jak wynika z jego oświadczeń poselskich – mógł kandydować na szefa lewicowej partii i jeszcze być szefem centrali związkowej? No, po prostu wstyd.

Biję się w piersi i przepraszam za ten błąd. Niestety, nie jest łatwo komentować wydarzenia zachodzące w wielkim świecie z pozycji obserwatora na zapyziałej prowincji, który na salony wstępu nie ma i może polegać tylko na tym, co głuchym uchem usłyszy. I jeszcze wierzy w to co podają dziennikarze telewizyjni. Mea culpa. Ale nie słyszałem, żeby TVP (albo RMF) sprostowała swoja pomyłkę.

A oryginalna, w skali światowej, koalicja partii rządzącej z nieistniejącą partią polityczną, koalicja SLD-UP-FKP, przejdzie do historii. W pierwszym rzędzie do historii kabaretów politycznych.

Wszystkich serdecznie pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam,

Jerzy Przystawa

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych