/JOW: droga prostsza i bardziej skuteczna

JOW: droga prostsza i bardziej skuteczna

(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 29 kwietnia 2004, godz. 10.00 i 21.30)
 
Do naszego słownika, być może już na trwałe, weszło nowe słowo "globalizacja". Jak się wydaje, słowo to w nikim pozytywnych uczuć nie budzi i wygląda na to, że niebawem Polacy będą na nie reagowali równie alergicznie i nieprzyjemnie jak na słowo "partia". O partii poeci pisali wzniosłe wiersze, wylewali jeziora potu, żeby nam to słowo jakoś ocieplić i pozwolić się w nim rozsmakować, ale nic z tego nie wyszło. Pomimo, że komunistycznej partii już nie ma, samo słowo "partia" kojarzy się większości Polaków z czymś niesympatycznym. O globalizacji jeszcze żaden Majakowski wierszy nie pisze, słowo to od początku kojarzy się źle i odpychająco. Dziwna to jakaś socjotechnika, jakaś socjotechnika na odwrót. Właśnie w dniach kiedy Polska ma się włączyć w globalną strukturę europejską zafundowano nam obrzydliwy spektakl, o którym prędko nie zapomnimy. Warszawa została zadrutowana, zabarykadowana, wystawy sklepowe i okna zabite deskami, po mieście krążą opancerzone samochody wojskowe, dziesiątki tysięcy policji "jawnych, tajnych i dwupłciowych", kontrole dokumentów, przepustki, kontrole toreb i bagażu, auta jadące do Warszawy zatrzymywane już na granicy państwa. Po prostu koszmar. W telewizorni wypowiadają się uczeni profesorowie, przekonując nas, że tak właśnie jest dobrze, tak jest w porządku, tego wymaga globalizacja, a bez globalizacji, w dzisiejszym świecie, ani rusz.

     Pretekstem do tego obłędnego show mają być jacyś "alterglobaliści", tzn. tacy globaliści trochę gorsi, którzy mają się zlecieć do Warszawy na pierwszy znak, że przyjeżdżają do nas dobrzy globaliści, aby przeciwko nim protestować. Kim są ci "alterglobaliści", skąd się wzięli i dlaczego jest ich aż tylu, nie zupełnie wiadomo. Tym bardziej, że jeszcze parę dni temu nawet samo słowo, "aletrglobaliści", nie istniało. Wylęgli się więc gdzieś w jakimś podziemiu, nie wiadomo naprawdę, jak i kiedy. Idą więc na Warszawę. Ale, aby było śmieszniej, ci "alterglobaliści:" wcale nie są tacy źli. Pisze do nich ckliwe i podniosłe listy globalny święty, p. Jacek Kuroń, ich przedstawiciele zapraszani są do studiów telewizyjnych i radiowych, gdzie przeprowadza się z nimi rozmowy i dyskusje. I wszyscy z utęsknieniem czekają, aby zaczęli rozbijać te zakratowane i zabite deskami okna, a wtedy ogromna armia naszych policjantów i żołnierzy zademonstruje przed całym światem, jak sprawne i profesjonalne są nasze siły porządkowe i wojsko. Może w Iraku to się w oczy specjalnie nie rzuca, ale tutaj na pewno pokażemy na co nas stać. Może manewry z udziałem zwiezionych, diabli wiedzą skąd, "alterglobalistów" są naszą przepustką do Europy, naszym koronnym i ostatnim dowodem na to, że polscy politycy mogą bez wstydu zasiadać w gronie innych europejskich globalistów? Widziałem w dzienniku telewizyjnym Prezydenta Warszawy. Miał minę dość rzadką, sto razy nas zapewniał, że on z tym wszystkim nic wspólnego nie ma, to znaczy, że on tego idiotyzmu nie wymyślił, ale stanie na wysokości zadania i całemu światu udowodni, że Warszawa to naprawdę godne globalizmu miasto.
     Tak oto wygląda państwo polskie dosłownie na dzień przed oficjalnym włączeniem nas w Unię Europejską, w przededniu kolejnej rocznicy Konstytucji 3 Maja. Państwo bez rządu, państwo w którym nie działa prawo, nie działają sądy, skorumpowane od góry do dołu, z parlamentem, którego przedstawiciele, w najlepszym razie, wywołują u obywateli niesmak i politowanie. Jedyne na co to państwo stać, to zwieźć do Warszawy policjantów z całej Polski, aby pilnowali, żeby jacyś niepowołani warszawiacy nie przełazili przez barierki i nie zbliżyli się na odległość strzału do naszych zacnych gości – dobrych globalistów z różnych stron świata.
     Coraz więcej Polaków dostrzega ponurą analogię pomiędzy tym, co się obecnie w Polsce rozgrywa, z ostatnimi latami I Rzeczypospolitej. Wtedy też był "globalizm", chociaż samo słowo było jeszcze nieznane. Car czy caryca, król pruski i cesarz austryjacki też się zjeżdżali, może akurat nie do Davos i nie do Warszawy, i rozstrzygali problemy globalne, do których Polska miała się dostosować. Ich szczególną troską, podobnie jak dzisiaj, była "tolerancja" wobec mniejszości narodowych i religijnych i te sprawy, tak jak dzisiaj, szczególnie leżały im na sercu. Aby tę tolerancję zagwarantować musieli, rzecz naturalna, używać sił militarnych. Inną ich troską były wolności obywatelskie w Polsce. Każdy, kto poczuł się skrzywdzonym przez polskie władze, przez polskiego króla, mógł być pewnym, że jego skargi wysłuchają w Petersburgu, Berlinie czy w Wiedniu. Dzisiaj też za granicą mamy gdzie się poskarżyć. Najbardziej naszym patronom i sojusznikom zależało, żeby zachowane było liberum veto, prawo każdego posła do zerwania sejmu.
     Całe ćwierć wieku panowania Stanisława Augusta, do Konstytucji 3 Maja, to nieustający trud króla i innych światłych ludzi, zreformowania państwa, cierpliwe i odważne budowanie nowego państwa, które mogłoby stać na własnych nogach, jako państwo suwerenne a nie jako wasal ościennych potęg. Reformatorzy Rzeczypospolitej ponieśli porażkę. Brutalna przemoc ówczesnych globalistów obróciła w niwecz ich szlachetne wysiłki. Po Majowej Jutrzence, po uchwaleniu pierwszej w Europie nowoczesnej konstytucji, nastąpił trzeci rozbiór Polski i państwo polskie przestało istnieć. Trud i króla i współpracujących z nim reformatorów nie przyniósł bezpośrednich owoców, ale pozostał we wdzięcznej pamięci Polaków. Ówcześni golobaliści uznali, że suwerenne państwo polskie to szkodliwy anachronizm i że nie jest potrzebne ani Polakom, ani nikomu. Następne 123 lata niewoli wykazały, że ten pogląd był błędny.
     A dzisiaj? Jak jest dzisiaj? Komu jest potrzebne dobre polskie państwo? Czy wysiłki w kierunku zreformowania państwa polskiego nie są dzisiaj skazane na porażkę, tak samo jak dwa wieki temu?
     Dobre państwo polskie jest potrzebne nam, Polakom, którzy chcą na tej ziemi zostać i żyć. Może nie czują tej potrzeby ci, którzy tylko marzą o wyjeździe z Polski przy najbliższej okazji. Ale wszyscy inni potrzebują dobrego, sprawnego, funkcjonującego państwa. Dobrego państwa polskiego potrzebuje też większość mieszkańców Europy, bo nikt nie chce utrzymywać 40 milionów Polaków i wykładać na nas pieniądze. Oczywiście, są tacy, dla których dobre państwo polskie jest przeszkodą w realizacji planów, i którzy gotowi są wiele pieniędzy i wysiłku włożyć w to, aby, jak za czasów Katarzyny i Fryderyków, można było z Polską i Polakami robić co im się spodoba. Płacą więc i utrzymują tu, jak dwa wieki temu, rozbudowaną agenturę. Z każdym dniem przybywa dowodów na to, że ta wielostronna i różnorodna agentura, dobrze jest ulokowana w elicie i przy elicie władzy.
     Dlatego wyzwaniem dnia dzisiejszego jest, jak pozbyć się tej przeżartej agenturą elity politycznej? Wydarzenia ostatnich dni pokazują, że do niczego nie przydała się tu słynna lustracja, której, tak naprawdę, przeprowadzić się nie udało. Jedynym prawdziwym sposobem "lustracji", a właściwie sposobem na zasadniczą wymianę elit i oczyszczenie sceny politycznej pozostaje ordynacja wyborcza i wprowadzenie JOW w wyborach do Sejmu. Jest to pierwszy i najważniejszy warunek reformy państwa.
     Sprawa ta, napotyka na zdecydowany opór tej elity, której chcemy się pozbyć. "Alterglobaliści" są dobrym przykładem. Wywiady, rozmowy, prezentacje tych jakoby wrogów globalizmu, których celem jest zadyma i sceny uliczne. I ani słowa na temat ordynacji wyborczej, nie tylko nie zaprasza się do żadnego studia przedstawicieli Krajowego Komitetu Referendalnego o JOW w Wyborach do Sejmu, ale w ogóle żadnej wzmianki nie uświadczysz. Nie dostrzega tych działań gazeta "Rzeczpospolita", której redakcja jest podobno całym sercem za JOW. Nie dostrzega Platforma Obywatelska, która także ponoć chce takiej zmiany.
     Ale przeciwnicy, to są przeciwnicy i trudno mieć pretensje do przeciwnika, że nas zwalcza, albo przemilcza. Wielu jednak, inteligentnych skądinąd ludzi, jeszcze nie zrozumiało jaki ma związek właściwa ordynacja wyborcza z dobrym, normalnym państwem? Wydaje im się, że JOW to tylko jakiś inny sposób przeliczania głosów na mandaty, a przecież tyle już tych sposobów wypróbowano, więc co może zmienić jeszcze jakiś inny? Nie rozumieją, że JOW to zmiana fundamentalna, której skutkiem będzie przebudowa wszystkich instytucji państwa. Nie rozumieją tego nawet ludzie na serio zajmujący się polityką. Przypadkiem trafił mi w ręce druk sprzed lat, kiedy premier Jan Olszewski zmontował sobie ekipę doradców, a na ich czele znalazł się, utalentowany podobno, architekt, Czesław Bielecki. Ten komitet doradczy pod dowództwem Bieleckiego wydał broszurę "Silne państwo – minimum". Przy konstruowania tego raportu udział brała cała plejada ówczesnych intelektualistów politycznych. To bardzo ciekawy dokument i ciekawa propozycja. Ale najciekawsze w niej jest to, że nie ma tam ani słowa na temat ordynacji wyborczej, zupełnie tak, jakby zmiana ordynacji wyborczej była zmianą o takim samy znaczeniu, jak np. zmiana godzin przyjęć w magistracie czy innej ważnej kancelarii.
     Ale to się zmienia. Już nawet najważniejsi intelektualiści ostatniego piętnastolecia zaczynają zdawać sobie sprawę, że się mylili. Występująca na konferencji w Nysie, w dniu 24 kwietnia, prof. Jadwiga Staniszkis, bez ogródek stwierdziła, że JOW są konieczne, bo bez nich nie podobna dokonać wymiany elit. W 213 rocznicę 3 Maja chciałbym życzyć wszystkim, którym na Polsce jeszcze zależy, żeby zrozumieli, że dobre państwo jest nam nadal niezbędne, a droga do tego państwa wiedzie poprzez zasadniczą reformę systemu wyborczego do Sejmu. JOW to droga lepsza, łatwiejsza, prostsza i bardziej skuteczna niż walki na ulicach i powstania narodowe.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych