/Obywatelski obowiązek – czyli dlaczego NIE PÓJDĘ głosować w wyborach do sejmu*

Obywatelski obowiązek – czyli dlaczego NIE PÓJDĘ głosować w wyborach do sejmu*

Nowe wybory. I nowe nawoływania ze wszystkich stron, aby 21 października wyjść z domu i wrzucić do urny wyborczej kawałek papieru. Apelują biskupi, dziennikarze, politycy. Namawiają aktorzy, piosenkarze i sportowcy. Że trzeba, że to nasz obywatelski obowiązek, że jeśli nie idziemy do wyborów, nie mamy później prawa krytykować polityków itp.

Głosowanie jest trendy. Rusza cała wielka machina propagandowa, która ma nas przekonać, że jednak mamy jeszcze na coś wpływ we własnym kraju. Podsyca się nadzieję, że może w końcu dojdzie do jakiejś zmiany systemowej, że może tym razem, może ci ludzie… Jednak z wyborów na wybory coraz mniej z nas daje się na to nabrać, co widać choćby po stale malejącej frekwencji.

To, że pierwszy lepszy aktor czy któryś z dyżurnych autorytetów mówi o obowiązku głosowania, nie powinno dziwić. Ma okazję wystąpić przed kamerą, to mówi to, co inni chcą usłyszeć. Ale przecież nie tylko takie osoby się wypowiadają. Dlatego bardzo dziwi mnie i zastanawia brak dyskusji nad tym, w jaki sposób system wyborczy działa w Polsce. Bo czy można wytłumaczyć tak wysoką absencję wyborczą tylko niedojrzałością społeczeństwa i tym, że nie dorośliśmy do demokracji?

Popatrzmy na problem z innej strony. Niedawno na łamach "Dziennika" toczyła się debata na temat udziału młodych ludzi w życiu politycznym. Jeden z dyskutantów stwierdził, że wbrew modnej opinii nie uważa, by życie polityczne odbiegało in minus poziomem od innych sfer aktywności Polaków. Politycy nie są jakąś genetycznie ułomną kastą. Nie ma powodu zakładać, że do polityki trafiają zwykle mniej uzdolnieni ludzie, niż np. do biznesu czy mediów. Po przeczytaniu takich słów poczułem się trochę nieswojo. Jeśli nie ma powodu zakładać, że do polityki przychodzą ludzie mniej uzdolnieni niż do np. biznesu, to znaczy także, że przeciętny poseł nie odbiega poziomem od np. moich kolegów ze studiów. Mimo, że nie byliśmy może towarzystwem wielce elitarnym, to jednak sądzę, że moglibyśmy się trochę za takie porównanie obrazić.

A bardziej serio – w przytoczonej wypowiedzi jedynym prawdziwym stwierdzeniem jest to, że politycy nie są genetycznie skrzywieni. Oczywiście, że nie genetycznie. Są skrzywieni – można powiedzieć – systemowo. W polskim życiu politycznym od upadku komunizmu obowiązuje zasada negatywnej selekcji elity politycznej. Jest to prosta konsekwencja systemu wyborczego, który sprzyja powstawaniu scentralizowanego i zbiurokratyzowanego systemu partyjnego. Wąskie grono kierownictwa partyjnego decyduje w praktyce o tym, kto może dostać szansę zostania posłem. W tej sytuacji zupełnie naturalnym jest, że partyjny wódz dobierze sobie ludzi lojalnych, niewybijających się, a już na pewno nieprzewyższających swojego lidera. Wszystko według starej, dobrej zasady BMW – bierny, mierny ale wierny. Bo w Polsce tym się różni polityka od np. biznesu, że w tej pierwszej nie kompetencje mają wartość najwyższą, a posłuszeństwo.

Nie trzeba oczywiście dodawać, że wybrany w takim systemie poseł kompletnie nie czuje się związany ze swoimi wyborcami. Nie wspominając już nawet o swoim programie wyborczym. I może sobie na to spokojnie pozwolić, bo i tak jego kolejna kadencja będzie zależeć od dobrych układów z kierownictwem tej czy innej partii. Dlatego zupełnie nie dziwi, że młodzi ludzie – często bardzo ideowi – do tak rozumianej polityki się nie garną. Jak pisał Karl Popper: System wyborczy reprezentacji proporcjonalnej odziera posła z odpowiedzialności osobistej i czyni zeń maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka. A mało kto z nas widzi zwieńczenie swojej kariery politycznej jako osiągnięcie statusu takiej maszynki. Ani na takie maszynki nie ma ochoty głosować.

Idąc 21 X do lokalu wyborczego, czułbym się jak ten pożyteczny idiota, który bierze udział w grze, bo tak trzeba – tylko nie zna jej prawdziwych reguł. Dlatego postanowiłem, że na wybory nie pójdę. Nie jest to wcale – wbrew pozorom – proste. Mnie także udzielają się czasem emocje związane z kampanią wyborczą. Ale postanowiłem, że swój obywatelski obowiązek potraktuję poważnie. I niech mi nikt nie mówi, że idę na łatwiznę. O ile łatwiej jest raz na 4 lata wrzucić ten kawałek kartki do urny i poczuć się usprawiedliwionym – niż podjąć konkretne działania mające na celu rzeczywiste zmiany systemowe w naszym kraju.

Temat jest szeroki i nie sposób go wyczerpać w kilku zdaniach – dlatego mam nadzieję, że tym tekstem zachęcę Czytelników do dyskusji. Bo przecież z młodymi ludźmi w życiu społeczno-politycznym nie jest tak naprawdę źle. O ile politykę będziemy rozumieć jako rozumną troskę o dobro wspólne, a nie uczestnictwo w partyjnych rozgrywkach. Wielu naszych znajomych 20 – 30-latków aktywnie działa w różnego rodzaju organizacjach pozarządowych. Na uczelniach odbywają się debaty i spotkania dyskusyjne. Rozmawia się na nich o różnych ideach i rozwiązaniach systemowych – politycznych i społecznych. Zauważa się problemy i proponuje konkretne rozwiązania. Nie tak dawno np. Zarząd Krajowy Niezależnego Zrzeszenia Studentów przyjął uchwałę wzywającą do zmiany systemu wyborczego w Polsce i wprowadzenia 460 jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu. To, że mało który polityk spostrzega tego rodzaju aktywność, nie jest może dziwne. Ale może warto, aby od czasu do czasu zauważali ją np. dziennikarze? 

—————————————————————————————————–

*Artykuł ukazał się w "Dzienniku" 11 październiak 2007 http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=14&ShowArticleId=63615, a także na stronie http://ok-no.pl/node/261