Po wielkiej debacie Kaczyński – Kwaśniewski nadszedł czas na telewizyjne starcia liderów innych partii. Kaczyński z Tuskiem przeprawę miał znacznie trudniejszą niż z Olkiem. Wiadomo Donald nie cierpi na żadną filipińska chorobę i w tej mierze nie można sobie z niego pożartować na wizji. Poza tym Tusk był znacznie lepiej przygotowany, niż magister Kwaśniewski, który prawił same banały.

Pierwsza runda w mojej ocenie zakończyła się zwycięstwem lidera PO, potem jednak – zwłaszcza kiedy doszło do dyskusji o polityce zagranicznej Kaczyński odrobił straty. Oczywiście do czasu, kiedy Donald chytrze odpytał go, ile wynosi cena jabłek – podstawowego produktu żywnościowego polskiego społeczeństwa. Okazało się, że Kaczyński nie wie (może woli gruszki) i sprawa się rypła. Poza tym Donald sam prowadzi po polskich drogach swój samochód, a Kaczyńskiego wożą. Wożą go pewnie gdzieś bocznymi drogami, bo naród – jak oznajmił premierowi lider PO – zwłaszcza na Śląsku, tak już znienawidził kaczyzm, że jak widzi coś co przypomina Kaczkę, to od razu wyciąga pancerfausty przezornie zachowane przez dziadków z Wehrmachtu. Rozumiemy, że i na Pomorzu by się coś znalazło, wszak i tam niejeden dziadek ma wnuczka w Platformie Obywatelskiej.

Ogólnie rzecz ujmując debata potwierdziła to, co i tak Polacy wiedzą, że zarówno Pan Jareczek, jak i Pan Donalduś nienawidzą się szczerze i o żadnej współpracy między nimi nie ma co marzyć. Co więc zatem będzie po wyborach? Zakładając, że do Sejmu wejdą PO, PiS, LiD to jasne, że powstanie koalicja PO i LiD.

A co będzie jeśli – jak na to wskazują niektóre sondaże – do Sejmu wejdzie też i PSL i LPR?

Wróćmy jednak do nowo odkrytego przez polskie media zjawiska – debaty. W Stanach Zjednoczonych, gdzie w kampanii występują dwie partie i dwóch kandydatów, debata jest tylko jedna. Jak bokserski mecz o mistrzostwo świata.

My oczywiście mamy system polityczny, podobno sprawiedliwszy (społecznie) od amerykańskiego. Prości Amerykanie mają tylko dwie partie, choć nikt nikomu nie zabrania tworzyć innych, dwa zasadnicze programy polityczno-gospodarcze i dwu kandydatów, pomiędzy którymi przychodzi ludziom wybierać. Taki wybór to oczywiście bułka z masłem. Tu blondynka, tam brunetka. Łatwo także ocenić wybranego kandydata. Nie sprawdziła się brunetka – następnym razem wybiorą blondynkę.

U nas nie jest tak prosto. Mamy znacznie większe możliwości wyboru. Wymieńmy tylko główne partie: PO, PiS, LiD, PSL, Samoobrona, LPR, dodajmy do tego Polską Partię Pracy, Partię Kobiet, Mniejszość Niemiecką – i już nam się zaczyna kręcić w głowie. Wybór wprawdzie jakby był większy, ale czy to na prawdę jest jeszcze wybór? No, bo jeśli Kaczyński wygrał debatę z Kwachem, a przegrał z Tuskiem, a teraz Tusk przegra z Kwaśniewskim, a Giertych wygra z Millerem, to kto z tej kotłowaniny wyjdzie zwycięsko? Trzeba by zatrudnić jakiegoś matematyka, bo prosty wyborca nijak w tym się nie połapie.

Czy zatem jest sens w obecnym systemie organizować w ogóle debaty?

A w ogóle czy jest sens przeprowadzać wybory, w których wyborca ma postawić jeden krzyżyk przy nazwisku jednego z kilkuset kandydatów, należących do jednej z 8 partii?

Jest jasne, że nie ma tu w ogóle mowy o żadnych wyborach, że mamy masową socjotechnikę telewizyjną i odruchy ogłuszonego tłumu reagującego na zasadzie kogo bardziej nie lubię?

Nie ma mowy o jakiejś choćby przybliżonej ocenie programów mnogości kandydatów i partii, które szczują na siebie. Nie ma więc też mowy o realnej ocenie rządów, które wszak zawsze są koalicyjne i którym ktoś zawsze przeszkadza.

W tej sytuacji proponuję zrezygnować z przeprowadzania wyborów i przeprowadzać doroczne sondaże, które pozwoliłyby wyznaczyć premiera. Reszta niech idzie do domu.

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.