Rafał Ziemkiewicz słusznie zniecierpliwiony poziomem obecnej kampanii wyborczej proponuje w "Rzeczpospolitej" (5.10 2007), aby za przykładem Francji zakazać partiom prowadzenia kampanii na zasadach rynkowych, używania billboardów i emisji reklam w telewizji. Nie da się ukryć, że obecna kampania wyborcza powiela najgorsze wzory reklamy podpasek czy proszków do prania. Przede wszystkim reklama komercyjna nie pełni przypisywanych jej funkcji informacyjnych. Może być (jak reklamy większości parafarmaceutyków) wmawianiem zdrowemu choroby, a najczęściej jest obiecywaniem gruszek na wierzbie. Tak też traktują wyborcy wszelkie wyborcze obietnice.

Choć związek pomiędzy reklamą i wzrostem sprzedaży jest trudny do udowodnienia wiadomo, że źle pomyślana reklama może produktowi zaszkodzić. Takim efektem był spadek notowań obu konkurujących największych partii po emisji słynnych spotów z mordą.

Reklama pomimo pozorów prawie nigdy nie jest merytoryczna. Najczęściej odwołuje się do wyznaczników stratyfikacji społecznej. Ma cię przekonać, że przez zakup reklamowanego produktu dołączysz do tak czy inaczej rozumianej elity, a przeciwnie – używając zwykłego płynu do mycia okien czy proszku do prania stawiasz się na marginesie społeczeństwa. Taką rolę w kampanii wyborczej odgrywa stałe eksponowanie rzekomego składu społecznego elektoratu PiS-u (starzy, niewykształceni, nieudacznicy).

Za reklamę płaci wbrew pozorom klient a nie producent, który koszty reklamy ukrywa w cenie produktu. Za kampanię wyborczą ogromne pieniądze płaci podatnik (czyli my wszyscy) i nikt nawet nie usiłuje tego skandalicznego faktu ukrywać.

Za nasze pieniądze politycy obrzucają się błotem (jak ktoś powiedział PRL-em) i zabawiają kabaretowymi skeczami. (Nota bene nie są tu honorowane żadne zasady rodzącej się z trudem etyki reklamy. Czy do pomyślenia byłoby, żeby ten sam zespół aktorów występował w spotach dwóch konkurujących ze sobą firm?)

Co gorsza do konkursu stają stale te same mordy ty moje, zabawiające się ku oburzeniu obywateli w przeskakiwanie z partii do partii, co dla wyborcy jest czytelnym sygnałem, że nie posiadają czegoś takiego, jak światopogląd czy własny program. Pomimo wszystko ludzie wolą głosować na te mordy, niż na szczątkowe programy partii o zmiennym składzie, które słusznie traktowane są przez wyborcę jak obietnice, że po posmarowaniu trylisinem wyrosną mu włosy na dłoni (bo trylisin, bo trylisin jest największym wrogiem łysin – śpiewano w czasach mojej młodości).

Obecna kampania wyborcza powinna stać się grobem proporcjonalnej ordynacji wyborczej.

Zakazy i nakazy, które proponuje pan Ziemkiewicz sprawią tylko, że wzrośnie liczba opłacanych przez nas urzędników, których zadaniem będzie pilnować, żeby te zakazy nie były łamane. Zakaz stosowania komercyjnych reklam nie zlikwiduje przewagi partii bogatych. W czasie jednej z poprzednich kampanii wyborczych wszystkie komitety otrzymywały za darmo ten sam czas antenowy. Bogate partie stać było na zatrudnianie reżyserów stylistów i doradców. Ubogie prezentowały przed bezlitosnym okiem kamery wszelkie błędy warsztatowe.

Nie ma innej drogi niż zmiana ordynacji na większościową, gdzie każdy obywatel za niewielką kaucją ma prawo stanąć do walki wyborczej. Zapewnia mu to realizację biernego prawa wyborczego (naruszonego pod panowaniem ordynacji proporcjonalnej) i zwalnia od ponoszenia ogromnych kosztów cudzych kampanii wyborczych, bo własną kampanię prowadzi na własny koszt.

Przeciwnicy ordynacji większościowej twierdzą, że w małych okręgach wygrywaliby oligarchowie i aferzyści. Przypomnijmy, że niejaki Stokłosa dostał się do parlamentu dzięki ordynacji proporcjonalnej, ale jeden producent smrodu Sejmu nie czyni. Ordynacja proporcjonalna nie uchroniła nas za to przed obecnością w Sejmie różnych osobistości ściganych przez sądy, które teraz jako przywódcy partii oferują bez ładu, składu i logiki miejsca na listach Millerowi, Ikonowiczowi i Wrzodakowi.

Polacy jeszcze jeden wysiłek. Wprowadźmy JOW.

About Izabela Falzmann

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.