/Amerykańska pułapka polskiej polityki zagranicznej

Amerykańska pułapka polskiej polityki zagranicznej

Wystąpienie Polski jako gospodarza międzynarodowej konferencji bliskowschodniej w Warszawie w lutym tego roku, której faktycznymi autorskimi podmiotami były Stany Zjednoczone i Izrael, a faktycznym przedmiotem Iran, w pełni odsłoniło stan rzeczywistych relacji polsko-amerykańskich w polskiej polityce zagranicznej. Te relacje cechuje istotne podporządkowanie polskiej polityki żądaniom i decyzjom administracji rządowej USA, która traktuje polski rząd skrajnie przedmiotowo, wręcz wasalnie. Na dodatek w tej formule podporządkowanych relacji znalazł się po amerykańskiej stronie również jej strategiczny sojusznik – Izrael, który wystąpił wręcz z takiej samej podporządkowującej pozycji jak USA. Ta sytuacja jest istotnym zagrożeniem dla Polski i jej polityki międzynarodowej, nie mówiąc już o jej pozycji i znaczeniu międzynarodowym.

Ta sytuacja jest swoistą pułapką sojuszniczych relacji z USA i trzeba znaleźć z niej jak najszybciej wyjście. Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie. Pierwszą zasadniczą przyczyną jest bezzasadna wiara w amerykańską obecność militarną w Polsce jako gwarancji naszego bezpieczeństwa. A co najgorsze, to uzależnianie od tej obecności naszych relacji z USA.

Już kilka lat temu w swej książce z 2013 roku, „Pomiędzy centrum a peryferiami na progu XXI wieku”, tak opisałem wyniki moich analiz relacji z USA: „Stany Zjednoczone mają też obiektywny interes polityczny w aktywnym poparciu budowy integracyjnego obszaru międzymorskiego, a w tym samej Unii Międzymorza, szczególnie w kontekście możliwego przeciwdziałania Rosji czy też Niemiec. Stworzenie tego obszaru i samej Unii jest zmianą układu sił geopolitycznych i geoekonomicznych nade wszystko w relacjach z Niemcami i Rosją. Redukuje bowiem możliwości niemieckiej dominacji, a szczególnie hegemonii politycznej w Europie oraz blokuje postimperialną politykę Rosji w stosunku do państw obszaru byłego imperium radzieckiego w Europie Środkowo-Wschodniej oraz Kaukazu Południowego. Oba te państwa zaś wyraźnie dążą do redukcji amerykańskiej hegemonii światowej, a ograniczenie możliwości ich europejskiej dominacji takie dążenia istotnie osłabiają. Mimo bowiem zmierzchu amerykańskiej hegemonii globalnej, w horyzoncie średniookresowym Stany Zjednoczone nadal pozostaną najsilniejszym militarnie, politycznie i ekonomicznie mocarstwem globalnym. Również globalna depresja gospodarcza w co najmniej równym stopniu osłabi unijne kraje centralne na czele z Niemcami, jak i Stany Zjednoczone, a biorąc pod uwagę nadal globalną rolę amerykańskiego dolara i kryzys strefy euro, unijne kraje centralne wydają się być relatywnie bardziej zagrożone skutkami depresji. Potencjalna współpraca polityczna państw międzymorskich ze Stanami Zjednoczonymi jest szczególnie istotna w zapewnieniu im bezpieczeństwa, choć wycofanie się USA z porozumienia o budowie elementów tarczy antyrakietowej w Polsce, a zwłaszcza sposób, w jaki to zrobiła administracja prezydenta Baracka Obamy, każe zachować w przyszłości dystans do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa”.

Nade wszystko Polsce nie jest niezbędna fizyczna obecność wojsk amerykańskich jako gwarancja bezpieczeństwa wobec możliwej agresji militarnej Rosji. Dlatego też i cała koncepcja „Fortu Trump”, jako stałej bazy wojsk amerykańskich w Polsce finansowanej przez polski rząd, jest błędna. I jest wręcz szkodliwa, grożąc silnym uzależnieniem jako bezpośredni instrument nacisku USA. Polska jako blisko 40-milionowy kraj, o średnio rozwiniętym przemyśle, jest w stanie zapewnić sobie samej bezpieczeństwo na wypadek konwencjonalnej agresji militarnej nawet ponad 100-milionowej Rosji. Przy odpowiedniej rozbudowie naszych sił zbrojnych, którą skutecznie rozpoczął jako minister obrony Antoni Macierewicz, będziemy mieli wystarczający militarny potencjał odstraszający. I nie ma sensu wydawanie pieniędzy budżetowych na „Fort Trump”. Jest natomiast sens zwiększenia wydatków na nowoczesne i silne polskie siły zbrojne, zdolne do skutecznego zatrzymania możliwej konwencjonalnej agresji militarnej Rosji.

Polska nie jest natomiast w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa w wypadku rosyjskiego szantażu atomowego. A przypomnę, że armia rosyjska w ramach corocznych manewrów wojskowych u naszych granic, stale ćwiczyła wariant z uderzeniem atomowym na Warszawę. I tu atomowy parasol ochronny USA i NATO jest nam niezbędny. Stąd też sens ścisłego sojuszu polityczno-militarnego z USA. Ale tu wyzwanie jest szczególnie poważne. Polska powinna rozpocząć wszelkie możliwe działania na rzecz dostępu do broni nuklearnej, od wersji użyczenia od NATO i USA w wypadku konfliktu wojennego, po wersję bezpośredniego jej pozyskania na wszelki możliwy sposób. Przypomnę, że Izrael jako państwo oficjalnie bez dostępu do broni nuklearnej, które nigdy nie przeprowadziło prób nuklearnych, posiada najprawdopodobniej ponad 100 głowic atomowych małej mocy.

Konieczne jest więc zróżnicowane zdystansowanie naszych stosunków z USA i zasadnicza asertywność w relacji do globalnych polityk amerykańskich, przy zachowaniu istoty strategicznego sojuszu polityczno-militarnego. Zwłaszcza wobec nieprzewidywalnej w dużej mierze, jak na razie z korzyściami dla Polski, polityki rządu prezydenta Donalda Trumpa. Nie mamy bowiem żadnego interesu i powodu do pogarszania stosunków z Iranem, co do którego nawet szefowie amerykańskich służb specjalnych nie kryją, iż aktualnie nie stanowi żadnego zagrożenia dla Bliskiego Wschodu. Nie mamy żadnego interesu i powodu do pogarszania stosunków z Wenezuelą, traktowaną przez USA jako zbuntowane wobec jego dominacji państwo, dążące do odzyskania suwerenności gospodarczej w zakresie wydobycia i przetwórstwa swojej ropy naftowej. Nie mamy w jeszcze większym wymiarze żadnego interesu i powodu do pogarszania stosunków z Chinami, traktowanymi przez USA jako strategicznego konkurenta w walce o utrzymanie gasnącej perspektywicznie jego globalnej hegemonii światowej. Ba, mamy istotne interesy i powody w rozwijaniu stosunków gospodarczych z Chinami i traktowania ich jako dyskretnej przeciwwagi dla neoimperialnych ambicji politycznych Rosji.

Musimy bowiem stale pamiętać nie tylko o naszym geopolitycznym położeniu europejskim pomiędzy Niemcami a Rosją, ale również o naszym geopolitycznym położeniu światowym pomiędzy centrami kapitalizmu amerykańskiego i zachodnioeuropejskiego, a peryferiami tegoż kapitalizmu globalnego Południa świata. Jesteśmy bowiem krajem półperyferyjnym w globalnym położeniu światowym. A to położenie jest strukturalnie decydujące dla naszej przyszłości w długim okresie czasu, również w wymiarze europejskim. Z tego bowiem płyną zagrożenia już w dużym stopniu zrealizowanym neokolonialnym podporządkowaniem gospodarczo-technologicznym Polski wobec Niemiec. Stąd płyną zagrożenia przekształceniem całej Europy Środkowo-Wschodniej w bezpośredni obszar zaplecza niemieckiej gospodarki, z wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami dla jej rentowności i wydajności, a w konsekwencji jej suwerenności gospodarczej. Stąd też wynika wyzwanie stworzenia nowego obszaru integracji geopolitycznej i geogospodarczej Międzymorza dla krajów tej części Europy oraz powód szukania wsparcia w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi.

W tym kontekście szczególnie jaskrawo widoczna jest druga zasadnicza przyczyna wpadnięcia w amerykańską pułapkę dla naszej polityki zagranicznej. Tą przyczyną jest równoległy sojusz z ściśle powiązanym z USA Izraelem. A to jest już strategicznym błędem samego Jarosława Kaczyńskiego, który jako lider partii rządzącej zadeklarował go publicznie w zeszły roku przy okazji wręczania polskich nagród za ratowanie Żydów przez Polaków podczas II wojny światowej. Prezes J. Kaczyński posunął się nawet do stwierdzenia, iż krytyka polityki państwa Izrael jest współczesnym przejawem antysemityzmu. To był kardynalny błąd. Tu nie chodzi o pokłady głębokiego antypolonizmu wśród znaczącej części izraelskiego społeczeństwa. Chodzi o to, że Polska nie ma żadnych strategicznych interesów wspólnych z Izraelem. Nasza przyszłość od niego nie zależy. To są wyłącznie bieżące wspólne interesy, od gospodarczych i technologicznych, po turystyczne. Mamy za to dużo interesów sprzecznych, choć poza zjawiskiem antypolonizmu nie bilateralnych a międzynarodowych, wynikających ze skonfliktowania Izraela z państwami Bliskiego i Środkowego Wschodu. Międzynarodowa awantura, wywołana przez antypolską wypowiedź izraelskiego ministra spraw zagranicznych, jest dobrą okazją do zasadniczego resetu stosunków polsko-izraelskich i wycofania się z oferty strategicznego sojuszu z tym państwem.

Problem w tym, że zdystansowaną i zniuansowaną, a przy tym strukturalnie wyważoną konsekwentną politykę zagraniczną mogą prowadzić długookresowo tylko patriotyczne i kompetentne polskie elity polityczne. Tymczasem od 30 już lat mamy do czynienia z negatywną selekcją tych elit i ich samoreprodukcją, dzięki mechanizmowi proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu. Choć zawsze można liczyć na koniunkturalną poprawę naszej polityki zagranicznej, to długofalowo można ją prawidłowo sformułować jedynie poprzez rozpoczęcia pozytywnej selekcji polskich polityków, poprzez wprowadzenie ordynacji jednomandatowych okręgów wyborczych. Bez tego z każdym nowym rządem może dojść do katastrofalnych zmian w naszym położeniu międzynarodowym, łącznie ze skrajną wasalizacją polityczną Polski w relacjach z Berlinem, Paryżem i Brukselą, a o falach emigrantów już nie wspominając. Możemy za parę zaledwie lat obudzić się w obcym kraju.

14 marca 2019

104 wyświetlen